piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 24

Rozdział XXIV

Trechevile organizuje naradę wojenną

Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i rozpoczął naradę wojenną. Należało dokładnie omówić sprawę pościgu za złodziejami dokumentu, a także podzielić się zdobytymi już informacjami. Były one bowiem bardzo przydatne.
- Niestety nie dowiedziałem się wiele - rzekł na wstępnie Trechevile - Mój informator doszedł do tego, że dokument skradł jeden z ministrów. Z całą pewnością ten sam, który ma na swoich usługach Febre’a.
- Febre’a? - zapytał Raul.
- Tak. Tego samego, którego ty znasz jako „człowieka w czerni” - wyjaśnił swemu podopiecznemu kapitan.
- Ach, jego. To on nazywa się Febre?
- Właśnie ten, jednak nie to jest teraz ważne. Wiemy, że te łotry, które odpowiadają za kradzież dokumentu, na pewno będą chcieli go sprzedać ambasadorowi Hiszpanii, albo też innego kraju. Zależy, kto więcej zapłaci. Nie znamy miejsca, gdzie może dojść do owej transakcji. Przypuszczam, że nie jesteśmy w stanie tego odgadnąć. Można sądzić, że będzie to raczej miejsce odludne i z dala od wścibskich oczu.
- Skąd ta pewność? - zapytał Francois.
- Jeszcze potrafię co nieco wydedukować. Rozum podpowiada mi, że podejrzane interesy powinno się przeprowadzać w miejscach odludnych, gdyż wtedy nikt nie zwróci na handlujących uwagi. Im mniej ciekawych oczu do patrzenia, tym lepiej.
- Niewątpliwie. A co jeszcze wiemy? - zapytał Fryderyk.
- A o to już ja zapytam was. Czego się dowiedzieliście?
- Ja niewiele - rzekł Francois - Koło kancelarii kręcił się ostatnio jakiś człowieczek, zdaje się, że sekretarz jednego z ministrów. Lokaje jednak nie umieli go zidentyfikować.
- Czyli znów minister, ale nie wiemy jaki - podsumował Trechevile - No dobrze. A ty, Fryderyku?
- Przekupiłem paru służących i dowiedziałem się, że ten wszędobylski sekretarz to Niemiec.
- Niemiec?
- Tak - potwierdził Fryderyk - Nazywa się Gruner czy Grusner, nie pamiętam. Ważne jednak jest to, że pracuje on dla ministra Colgena.
- Colgena?! - zawołali jednocześnie Trechevile i Francois.
- Tak. Tego samego, któregoś my wtedy go wraz z Raulem i Francois uwolnili z rąk bandytów.
- Myślisz, że to on stoi za tą kradzieżą? - zapytał kapitan patrząc na niego uważnie.
Fryderyk pokręcił załamany głową.
- Nie wiem.
- Ale ja wiem - odezwał się Raul pewnym głosem.
- Jak to? - zapytała pozostała trójka, patrząc na niego uważnie.
- Tak to. Wiem z całą zresztą pewnością, że to Colgen stoi za kradzieżą. I nie tylko to wiem. Posiadam również pewne wiadomości na temat, gdzie zamierzają się spotkać z ambasadorami i kto będzie wiózł dokument.
Następnie Raul opowiedział wszystko, czego dowiedział się od Luizy. Przyjaciele wysłuchali go uważnie, ale ich zdania na temat prawdziwości tych wiadomości były podzielone.
- Skąd o tym wiesz? - zapytał jak zwykle podejrzliwy Trechevile.
- Czy to ważne? Nie lepiej zostać przy tym, że to wiem?
- Wieści twoje są na wagę złota, mój chłopcze, ale niestety, mogą być one fałszywe, jeśli pochodzą ze złego źródła.
Raul zatem powiedział przyjaciołom, skąd ma te wieści.
- Od Luizy.
- Od Luizy? - zdziwił się Trechevile.
- Od Luizy? - powtórzył zdumiony Francois.
- Od Luizy? - dodał równie zdziwiony Fryderyk.
- Tak jest, przyjaciele. Właśnie od panny Luizy Colgen, córki naszego intryganta, szlachetnej panienki, która jest o niebo lepsza od swojego ojca - zakończył Raul.
- Nie wątpię w szlachetność tej panienki, ale jaką mamy gwarancję, że mówi ona prawdę? - zapytał Trechevile.
- Właśnie. Skąd możemy wiedzieć, że nie kłamie? - dodał Fryderyk.
- Panna Luiza na pewno nie kłamie! - zawołał Francois uderzając pięścią w stół - I każdy, kto jej to zarzuci, to…
- Uspokój się, przyjacielu - rzekł kapitan, kładąc mu rękę na ramieniu - Nikt tu nie obraża twojej ukochanej. Po prostu musimy mieć całkowitą pewność co do tych wieści.
- Ręczę za ich prawdziwość - zarzekł się Raul.
- Ja także - dodał wręcz zapalczywie Francois.
Trechevile spojrzał na nich wzrokiem pełnym politowania.
- Nie wątpię, moi drodzy, jednakże obawiam się, że nie będziecie w tej sprawie bezstronni. Musimy mieć całkowitą pewność.
- Pewność? Więc dam wam tę pewność! - zawołał Charmentall.
- Jak?
- Za pomocą logiki. Pomyślmy przez chwilę: jaki będzie miała panna Luiza pożytek z okłamywania nas? Co jej z tego przyjdzie?
- Ona sama żaden, ale jej tatuś, to i owszem - rzekł zgryźliwie Fryderyk.
- Więc dowiedz się, mój drogi, że nie popiera ona jego poglądów na życie.
- To ona tak twierdzi, jednak nie wiemy tego z całą pewnością. A jeśli została wysłana, żeby zdobyć nasze zaufanie i podstępem wywieść nas w pole?
- W jej słowach była szczerość. Na pewno nie kłamała.
- Możliwe. Ale to tylko przypuszczenia. A potrzebna nam jest przecież pewność, a nie domysły.
- Obawiam się, że on ma rację - rzekł smutnym tonem kapitan - Nie zapominaj, że ona jest jego córką. Podświadomie więc będzie chciała dobra swojego ojca.
- Ale jest też patriotką i chce dobra ojczyzny! - zawołał Raul nie dając się przekonać argumentom dowódcy.
- Tego to ja już nie wiem.
- Ale my z Raulem to wiemy - rzekł Francois zapalczywym głosem - A poza tym, logicznie rzecz ujmując, to jaki my mamy właściwie wybór? To jedyne informacje, jakie posiadamy. Innych już nie zdobędziemy. A zanim je znajdziemy, to Febre zdąży odjechać z dokumentem i spokojnie dokonać transakcji. W czasie, kiedy my tu się spieramy o intencje panny Luizy, on już może być w drodze. Jeżeli mu nie przeszkodzimy wybuchnie wojna, na której zginą tysiące. Nie możemy do tego dopuścić. Więc może skończmy te jałowe dysputy i ruszajmy tam, gdzie ma się odbyć kupno tego dokumentu. Odzyskajmy go, zanim będzie za późno.
- Mądrze mówisz, mój drogi przyjacielu - zgodził się z nim kapitan - Rzeczywiście, nie mamy innego wyjścia, jak tylko zaufać słowom panny Colgen i wyruszyć w drogę kierując się jej wskazówkami. Gdy dotrzemy na miejsce zaczaimy się, poczekamy i w sprzyjającym momencie odbierzemy dokument. A potem wrócimy szybko do Paryża. Tak. Właśnie tak zrobimy. Innego wyjścia nie ma.
- Też tak sądzę - powiedział Francois zadowolony, że udało mu się przekonać swego dowódcę.
- Ja też - rzekł Raul.
- I ja - dodał, nie do końca jednak przekonany Fryderyk.
- A poza tym, tak dla waszej informacji, ja od dawna podejrzewałem Colgena o spisek.
- Jak to? - spytała trójka jego podwładnych.
Trechevile opowiedział im wszystko, czego dowiedział się o Febrze od Versnera. Przemilczał jedynie szczegóły dotyczące hrabiny de Willer i jej prawdziwej tożsamości. Przyznał się, że wie o tym, iż człowiek w czerni służy jakiemuś politykowi i ma kochankę, która pracuje prawdopodobnie do tego samego urzędnika, co on sam.
- Wywnioskowałem więc z tego - mówił dalej kapitan - że kochanką Febre’a jest pani hrabina Paulina de Willer. Teraz te wnioski zaczynają się potwierdzać. Podejrzewałem to znacznie wcześniej, ale niestety nie miałem dowodów na potwierdzenie swych racji. Tylko domysły. Zawsze istniało bowiem ryzyko, że hrabina może i pracuje dla Colgena (bo to, że pracuje, nietrudno było odkryć) ale za to jej kochanek służy komuś innemu. Komuś, kto nie ma nic wspólnego z Colgenem i jego planami. Tak więc z powodu braku dowodów i pewności, milczałem. Ale po tym, co się dziś od Raula dowiedziałem, wszelkie moje wątpliwości się rozwiały. Wszystko zaczęło mi się wreszcie układać w logiczną całość. Rozumiecie, moi drodzy, że sytuacja jest poważna.
- Oczywiście. A więc co musimy zrobić? - zapytał Raul - Teraz, kiedy już wszystko wiemy, co nam będzie potrzebne?
- Przede wszystkim ja udam się do królowej i przekażę jej najnowsze wieści. Powiem, że wiemy kto ukradł dokument i po co. Zapewnię królową o naszym oddaniu dla sprawy i o tym, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby ów dokument odzyskać - odpowiedział Trechevile.
- Może lepiej nie - zaoponował przeciw takiemu pomysłowi Francois.
- Właśnie, Colgen może to podsłuchać - dodał Fryderyk - Albo też dowiedzieć się o tym, a wówczas podpiszemy na siebie tym oskarżeniem wyrok śmierci.
- Zgadzam się z Fryderykiem - rzekł Raul - Nie postępujmy pochopnie.
- Ale królowa prosiła mnie, abym zameldował jej, jeśli wpadnę na jakiś trop. Po prostu wypełnię jej rozkaz.
- Jeśli tak, to co innego, ale doradzam ostrożność - rzekł Francois.
- To w takim razie nie wspomnę nic o nazwisku winnego. Po prostu powiem, że wpadliśmy właśnie na trop dokumentu i zapewnię Jej Wysokość o naszej wierności. Co wy na to?
Przyjaciele stwierdzili, że jest to o wiele lepszy pomysł. Trechevile uśmiechnął się radośnie.
- Dobrze. To tyle o mnie. Wy zaś, moi drodzy, spakujcie niezbędne do podróży rzeczy. Mówię tu oczywiście o broni, zapasie prochu i amunicji, a także prowiancie na drogę. O niczym nie możemy zapomnieć. Czeka nas bowiem daleka droga, zaś czasu mamy coraz mniej. Przepustka jest już jak wiadomo załatwiona. Na czas tak długi, jaki tylko będzie nam potrzebny. Istnieje jednak ryzyko, że niektórzy z nas z tej wyprawy już nie powrócą. Radzę więc, żebyście spisali swoje ostatnie wole i przekazali je zaufanym ludziom.
- Ja nie mam takiego problemu - powiedział Raul dość ponurym tonem - Jestem ostatni z rodu i nie posiadam prawie nic. Więc to, co posiadam, odziedziczą moi przyjaciele, czyli wy.
- Ja z kolei mam co dziedziczyć, więc może jednak spiszę testament - rzekł Francois i zabrał się do spisywania.
- Ja także - dodał Fryderyk.
Młodzi ludzie szybko się uwinęli. Na swojej kartce Francois napisał:

Będąc jeszcze zdrów na ciele i umyśle, ale nie mając pewności, czy wrócę z planowanej przeze mnie wyprawy w obronie mojej ukochanej ojczyzny, zapisuję cały mój majątek, przynależny do tytułu barona de Morce mojemu ojcu i matce, a także proszę ich o wypłacenie należnej nagrody za szlachetność i przyjaźń ze mną szlachetnym panom Raulowi Charmentall, Fryderykowi de Saudier oraz kapitanowi Andre Trechevile’owi.

Francois de Morce

Pismo to bardzo wzruszyło wszystkich obecnych w tym pokoju panów, którzy prócz tego podpisali się pod testamentem jako świadkowie.
Fryderyk zaraz z miejsca napisał coś podobnego, chociaż może nie tak wyciskającego łzy. Brzmiało to tak:

Ponieważ nie mam pewności, czy wrócę z obecnie przygotowywanej wyprawy, zapisuję wszystko co posiadam mojej kochanej ciotce, hrabinie Helenie de Saudier, wdowie po pułkowniku Ludwiku de Saudier.

Fryderyk de Saudier

- Z całym szacunkiem, przyjacielu, ale czemu nie zapisałeś nic swojej kuzynce, pannie Francesce? - zapytał Raul, zerkając na właśnie napisany testament.
- Właśnie. Dlaczego niby tylko twoja ciotka ma otrzymywać majątek, a kuzynka to już nie? - dodał Francois.
Fryderyk lekko zmieszał się i przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć.
- Ona jest bardzo honorowa. Nigdy nie przyjęła by ode mnie pieniędzy, od żywego czy martwego.
- Ale mimo wszystko powinieneś jej coś zapisać - rzekł Raul.
- Kiedy ciocia umrze (czego oczywiście jej nie życzę), to Francesca odziedziczy cały majątek. Jest tego tyle, by starczyło na całe życie.
- Dobrze, już dobrze, dajcie już temu spokój. Każdy rozporządził swym majątkiem tak, jak to uznał za stosowne - przerwał Trechevile - Jeszcze tylko podpisy świadków.
I sam podpisał się pod testamentem Fryderyka.
- No, panowie. Wasza kolej.
Raul i Francois również złożyli pod dokumentem swoje podpisy.
- A ty, stryjku? - zapytał Raul - Jak rozporządziłeś swoim majątkiem?
- No właśnie - wtrącił się Francois - Pan nie zrobił zapisu.
- Moja ostatnia wola została już dawno temu spisana. I powierzyłem ją memu zaufanemu słudze. Na wypadek więc mojej śmierci dziedziczy po mnie moja siostra oraz jej potomstwo. Ale wy nie będziecie pokrzywdzeni, zapewniam was. No dobrze, skoro już wszystko jest jasne, podpiszcie swoje dokumenty i zaświadczcie podpisem wiarygodność testamentów przyjaciół. Potem przekażcie swoje testamenty zaufanym ludziom i w drogę. Przed południem spotykamy się wszyscy „Pod Złamaną Szpadą” skąd ruszymy na spotkanie z przeznaczeniem.
Tak też się stało. Fryderyk udał się do pani Heleny i zostawił u niej testament. Zaś Francois dał go swemu wiernemu słudze z poleceniem, aby ten przekazał dokument państwu de Morce po ewentualnej śmierci ich syna. Raul nie załatwiał takich spraw, gdyż jak sam powiedział, nie miał prawie nic. Więc też przyjaciele prawie nic po nim dziedziczyli. Trechevile zaś zgodnie z zapowiedzią udał się do Królowej z meldunkiem. Przy okazji dowiedział się on, że kareta z panną Luizą i hrabiną pół godziny temu odjechała. Należało się zatem spieszyć.
Kiedy wszystkie formalności były załatwione, nasza czwórka spotkała się „Pod Złamaną Szpadą” i wskoczywszy na konie pomknęła w podróż za karetą, którą jechały hrabina de Willer, Febre, oraz Luiza.
- Oby im się udało - mówiła w duchu panna Colgen.
Zaś muszkieterowie mknęli traktem na spotkanie kolejnej przygody.
- Za mną, chłopcy! - wołał Trechevile - Ocalimy nasz kraj przed wojną albo polegniemy próbując tego dokonać.
- To prawda! - dodał Raul - Uratujemy historię naszego kraju, albo sami staniemy się historią! Naprzód!

KONIEC TOMU I

Rozdział 23

Rozdział XXIII

Uczona przemowa pani Heleny

Kapitan Trechevile bardzo szanował panią Helenę de Saudier. Z jej mężem nieboszczykiem, panem pułkownikiem de Saudier, żył on w wielkiej przyjaźni. Cenił w nim szlachetność, odwagę, hart ducha i bystrość umysłu. Podobne cechy posiadała pani Helena. Dlatego też nasz kapitan nie mógł sobie odmówić przyjemności odwiedzenia od czasu do czasu szlachetnej pani pułkownikowej i porozmawiania z nią na różne tematy. Część ich znajomych podejrzewała, że zamierzają się pobrać, ale ani pani Helena, ani kapitan nie mieli takiego zamiaru. Muszkieter czuł się doskonale w w stanie kawalerskim i wcale nie miał zamiaru go zmieniać. Ponadto, po zawodzie miłosnym, jaki go spotkał, (a który to, dzięki nam, Drodzy Czytelnicy już na pewno dobrze znają) nie potrafił się ponownie zakochać. A ożeniłby się tylko z miłości. Więc skoro nie był zakochany, to jakże mógł się ożenić? Było to dla niego bezsensowne. Co do pani Heleny, to ona również nie miała ochoty wstępować na ślubny kobierzec, nawet z tak sympatycznym człowiekiem jak kapitan. Zresztą zawsze szanowała kapitana i traktowała go jak brata. Trudno byłoby jej teraz zmienić te uczucia na takie bardziej intymne. Nie mówiąc już o tym, że uważała, iż dobrze jest tak, jak jest.
Tego wieczoru, gdy Raul zasięgał u Luizy niezbędnych dla swojej misji informacji, kapitan Andre Trechevile udał się na filiżankę gorącej czekolady do pani pułkownikowej. Kapitan, jak na człowieka dobrze wychowanego przystało, zawsze zapowiadał swoją wizytę, dzięki czemu był zawsze nie tylko miłym ale i niecierpliwie oczekiwanym gościem.
- Witam panią. Jakże zdrowie ? - zapytał kapitan, całując gospodynię w rękę.
- Dzięki Bogu, dopisuje mi - odpowiedziała pułkownikowa.
- Miło mi to słyszeć.
- Proszę. Niechże pan siądzie.
Helena de Saudier wskazała kapitanowi jego ulubiony fotel, na którym on natychmiast wygodnie się usadowił.
- Czy poznała pani najnowsze nowiny z dworu królewskiego? - zaczął rozmowę Trechevile.
- Tak. To jest naprawdę straszne - odpowiedziała pani Helena smutnym głosem - Wiadomo już, kto to zrobił?
- Jeszcze nie, jednakże powiem pani w zaufaniu (bo wiem, że mogę pani zaufać), iż to właśnie nam, to jest mnie oraz moim trzem najlepszym muszkieterom, powierzono zadanie odnalezienia owego dokumentu. Wśród tych wybrańców jest również bratanek pani męża.
- Fryderyk?
- Nie inaczej.
Helena de Saudier poczuła się dumna. Co prawda chłopak był zaledwie bratankiem jej zmarłego męża, ale czuła się tak, jakby była jego rodzoną stryjenką, a prócz tego traktowała go jak własnego syna.
- Wspaniale. Wreszcie będzie mógł się chłopak wykazać.
- Już się wykazał, łaskawa pani - wyjaśnił kapitan - Podczas obrony Jej Królewskiej Mości.
- A tak, słyszałam o tym incydencie. Ponoć Raul dowiódł swej niemal szaleńczej wierności naszej królowej i ojczyźnie. Niezwykła odwaga.
- To prawda. Ciekawi mnie tylko, jak to możliwe, że w tak młodych ludziach znajduje się aż tyle odwagi.
- Och, mój panie. To przecież bardzo proste - pani Helena popatrzyła na Trechevile z lekkim politowaniem.
- Daruje pani, ale nie dla mnie. Mogłaby pani to bliżej wyjaśnić?
- Oczywiście. Z przyjemnością to panu wytłumaczę.
Na twarzy pułkownikowej malowała się radość i zapał do opowiadania. Lubiła ona mówić i niesamowitą przyjemność sprawiało jej to, że ktoś zechce słuchać jednego z jej wywodów. Wyprostowała się więc w fotelu i zaczęła mówić:
- Widzi pan, nasze społeczeństwo, a raczej nasza młodzież została wychowana na historiach o walecznych rycerzach i muszkieterach, którzy własne życie potrafili dla ojczyzny poświęcić. My, to jest dorośli, raczymy naszych młodszych wiekiem podopiecznych tymi opowieściami i stawiamy im takie postacie za wzór. Wówczas to ci młodzi ludzie czują się tak, jakbyśmy im wskazali to, co w życiu najważniejsze i najpiękniejsze. Starają się więc do tego ideału dążyć za wszelką cenę. Musi ta nasza młodzież dokonać równie walecznych czynów, jakich kiedyś dokonali bohaterowie z naszych opowieści, w innym przypadku nasze nowe pokolenie czuje się niedowartościowanymi.
- Albo uważają, że nie są godni być naszymi synami czy bratankami - dokończył Trechevile z lekkim uśmiechem.
- Właśnie, właśnie. O to chodzi - potwierdziła jego słowa pani Helena - Widzę, że pan rozumiesz, o czym mówię. Młodzi ludzie nie potrafią żyć ze świadomością, że np. mają już dwadzieścia lat i wciąż nie spełnili oni żadnego szlachetnego lub bohaterskiego czynu. Są z tego niezadowoleni. Za wszelką cenę starają się udowodnić wszystkim dookoła, a zwłaszcza sobie samym, że potrafią dorównać słynnym przodkom. Stanowiącym przykład dla nich. I w tym największy problem.
- Jak to? - zdziwił się Trechevile.
- Ponieważ im bardziej chcą nam to udowodnić, tym bardziej im to nie wychodzi. Albo ich plan wcale się nie udaje, albo też wpadają w poważne tarapaty. Rzucają się w wir przygód i pojedynków, a w końcu giną, zaś nam, starym i rozsądnym, zostaje wtedy tylko opłakiwać tych biednych, młodych zapaleńców i przeklinać samych siebie, żeśmy im w głowę wbili te głupie rycerskie opowieści o wielkich bohaterach.
- Tak to już jest, moja pani - powiedział Andre Trechevile, smutnie spuszczając głowę - Ale nie wszyscy młodzi zapaleńcy giną.
- O tak, na całe szczęście nie wszyscy. Ci młodzi chłopcy zostają mężczyznami, biorą ślub, mają dzieci i poważnieją. A tymczasem dzieci dorastają i co się okazuje? Że postępują one tak samo, jak ich rodzice, gdy byli w ich wieku. Historia zatem zatacza koło.
- Oj, bardzo często tak się zdarza, moja pani - rzekł kapitan, popijając czekoladę z filiżanki.
- Zbyt często, mój panie, zbyt często. Może jeszcze cukru?
- Chętnie, ale odrobinę.
Trechevile kontynuował rozmowę, zmienił jednak jej temat.
- Czy pani popiera politykę merkantylizmu?
- Ach, merkantylizm - powiedziała z lekkim lekceważeniem Helena de Saudier - Od czasów śp. ministra Colberta nic innego we Francji już nie słychać, jak tylko „władza absolutna” albo „merkantylizm”. Jakby ludzie myśleli, że tylko taka polityka jest zdolna uratować nasz kraj. Śmieszni są ci urzędnicy z tą swoją władzą absolutną albo merkantylizmem.
- Nie popiera pani władzy absolutnej?
- Moim skromnym zdaniem (ufam wszak, że zachowa je pan dla siebie) władza absolutna nigdy doskonała nie była i nie będzie. Co prawda ukróci ona samowolę naszych wielkich panów, ale spowoduje korupcję i powoła do życia różnego rodzaju pasożyty żyjące na koszt państwa. Pasożyty zwane królewskimi urzędnikami. Zresztą, co ja mówię, spowoduje?! Ona już to spowodowała. Jednak swoją drogą przeciwwaga władzy absolutnej, to jest republika, wprowadzała niemalże to samo okropieństwo, tyle że pod inną nazwą. Nie popieram więc ani jednego systemu, ani drugiego. Uważam, że powinien panować trójpodział władzy. Bo jak król jest jednocześnie władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, to łatwo o pomyłkę w jednej z tych dziedzin. Ale cóż ja mogę o tym wszystkim wiedzieć? Jestem tylko skromną kobietą. Kto tam się liczy z moim zdaniem?
- Ja na przykład.
- Czyżby? To miło z pana strony. Jednak w tej sprawie lepiej się nie wyrażać. A co do merkantylizmu, to według mnie posiada on wiele wad.
- Jakich to?
Helena de Saudier ponownie spojrzała na swego rozmówcę z lekkim uśmiechem jakby politowania.
- Jakże to, jakich? Panie Trechevile, weź pan wysil teraz swoją uroczą główkę i swój uroczy rozum. Chyba, że są one obecnie na przepustce.
- Mój rozum nigdy nie ma przepustki - odpowiedział kapitan nieco urażony jej słowami - Nie może jej mieć, gdyż zbyt jest potrzebny.
- To logiczne. Więc skoro nie jest na wakacjach, to niech pomyśli przez chwilę logicznie. Gospodarka, wymyślona przez pana Colberta, mówi nam wyraźnie o wspomaganiu eksportu rodzimego towaru oraz o nakładaniu wysokich ceł na towary importowane zza granicy. Teraz pomyśl pan. Jakby tak wszystkie kraje postępowały tak samo, to kto wtedy kupowałby towary wyprodukowane w innych krajach? Odpowiedź wydaje się prosta - nikt, bo w ogóle nie dochodziłyby one do granicy, gdyż cła by były zbyt wielkie.
Trechevilowi odpowiedź, że większość krajów niektórych towarów nie jest w stanie produkować i musi je kupować gdzie indziej, jakoś nie chciała przejść przez gardło. Bo jak tu wytłumaczyć zacietrzewionej rozmówczyni, że większość krajów nie może tychże towarów produkować, a to z powodu trudności natury technicznej lub z powodu braku surowców? Choćby do produkcji broni potrzebna jest ruda żelaza i specjaliści, którzy ją przetapiają na stal oraz płatnerze, którzy z niej wyrabiają broń, rusznikarze itd. To jest bardzo trudna sztuka. Większość krajów musi więc kupować towary zza granicy. Choćby takie wina. Przecież winorośl rośnie tylko tam, gdzie jest ciepło. Jeśli więc mieszkańcy północnych krajów chcą pić wino, to muszą je kupować w krajach leżących na południu Europy i żadne cła tu nie pomogą. Przezornie kapitan zachował swoje spostrzeżenia dla siebie, a pani Helena nadal krytykowała niefortunny jej zdaniem, pomysł pana Colberta.
- Rynki zapełnione tylko tym towarem, który jest dostępny w kraju, a rzeczy zza granicy, potrzebne bardzo wielu ludziom, nie docierają do nas w ogóle. Pomyśl pan o losie kobiet pozbawionych dostępu do piór zdobiących nasze kapelusze tylko dlatego, że ptaki, od których pochodzą, mają kaprys przebywania na terytorium będącym pod władaniem Anglii lub Hiszpanii. To okrutne! Albo koronki, czy porcelana? Wysokie cła powodują wysokie ceny na te towary i jeśli np. ja pragnę kupić sobie modny kapelusz lub też częstować gości czekoladą nalaną do porcelanowej filiżanki, to muszę zapłacić o wiele więcej, niż płaciłabym, gdyby tego cła w ogóle nie było! To niesprawiedliwe i bardzo, ale to bardzo krzywdzące. Powiem więcej, to jest wręcz barbarzyństwo!
- Z tego co pani mówi, można by pomyśleć, że merkantylizm jest sam w sobie zły - zachichotał Trechevile.
- A nie jest? - zapytała Helena de Saudier.
Pan Andre Trechevile nie bardzo wiedział, jak ma wytłumaczyć pani Helenie istotę merkantylizmu tak, aby w żaden sposób jej nie urazić. Starał się mówić bardzo delikatnie i ostrożnie. Wszak pani Helena była niezwykle mądrą kobietą, ale nawet jej mądrość miała swoje granice, czego właśnie teraz mógł doświadczyć.
- Oczywiście, że nie. Widzi pani, na szerszą skalę to może groziłoby poważnymi konsekwencjami, ale w obrębie Francji nie grozi to niczym.
- Niczym, uważa pan? No dobrze, a któż panu zaręczy, że nagle kupcy, którzy muszą płacić te gigantyczne cło, nie zbuntują się i nie wstrzymają dostawy towaru do nas? Zostaniemy wówczas bez piór, koronek, porcelany, niektórych tkanin i innych niezbędnych do życia rzeczy!
- Mają zdrowy rozsądek. Będą niezadowoleni, ale zapłacą cło, byleby tylko sprzedać swoje towary. Rynki zbytu nie są aż tak rozległe. Sprzedadzą na pewno, może z mniejszym zyskiem, ale nie zrezygnują z tak wielkiego odbiorcy towarów, jakim jest Francja.
- O ho, ho! Taki pan pewien jest, że nie zrezygnują?
- Oczywiście. Zbyt im zależy na sprzedaży i zysku, żeby się buntowali.
- Ale jeżeli mimo to się zbuntują, to co wtedy? Wojna gospodarcza? - spytała Helena de Saudier.
- Jaka tam wojna, moja pani. Najwyżej drobne niezadowolenie, ale nic poza tym.
- Na pana miejscu nie byłabym tego taka pewna. Ale cóż, nie jestem na pana miejscu.
- I dobrze, że pani nie jest, proszę pani. Każdy lepiej sprawuje się na swoim miejscu. Na cudzym mu nie wychodzi. Dlatego też tyle zamachów stanu się nie powiodło.
- Ja tam sobie myślę, że nie powiodły się dlatego, iż ci, przeciw którym robiono te zamachy stanu, byli zbyt czujni i zbyt wielu agentów mieli na swoich usługach.
- To też możliwe.
- Pan, panie kapitanie, to też jest niewątpliwie okazem takiego agenta do zadań specjalnych.
- Jakże to?
- A tak to. Król powierzył teraz panu poważne zadanie do wykonania. Od powodzenia tej misji zależy spokój w naszej ukochanej Francji. Jeśli pan i pańscy towarzysze zawiodą, wówczas wybuchnie wojna, w której zginie wielu. Tymczasem spiskowcy na pewno, z łatwością przeprowadzą zamach stanu i przejmą władzę.
- Sądzi pani, że tylko po to, wywoływaliby wojnę, aby przeprowadzić zamach stanu?
- Owszem - odpowiedziała pani Helena z miną doświadczonej osoby - Nie wiesz pan, że najłatwiej przejąć władzę, kiedy trwa wojna? Cała uwaga skierowana jest wtedy na pole walki. Nikt nie myśli o spiskach, oczywiście oprócz samych spiskowców. Nie mówiąc już o tym, że gdyby królowi nie udało się prowadzić walki korzystnie dla Francji, to wówczas lud byłby niezadowolony i podatny na nawoływania do buntu. Gdy pojawi się ktoś, kto będzie potrafił przemówić do ludzi, to będą gotowi obalić prawowitego władcę a na tronie osadzić nawet pana, choć przecież nie masz pan ani kropli królewskiej krwi w swoich żyłach. No, a jeszcze, kiedy pod pana dowództwem nieprzyjaciel zostanie pokonany, to pański sukces jest już pewny. Zostaniesz pan koronowanym władcą. Pierwszym z nowej dynastii Trechevile’ów.
Kapitan uśmiechnął się lekko, po czym odpowiedział:
- Tak, ale musiałbym w takim wypadku tę wojnę wygrać. A co, jeśliby mi się nie powiodło? Albo też co będzie, jeśli ktoś się upomni o Burbonów i zechce ich przywrócić na tron? Mam na myśli oczywiście władców innych krajów, którzy przecież nie będą obojętni na to, że byle kto rządzi Francją.
- Może zareagują, może nie zareagują. Kto wie? Król Anglii Henryk IV był najpierw wasalem i rycerzem Ryszarda II, a potem go obalił i sam się koronował. I co? Jakoś wszyscy go uznali za władcę.
- Ale to miało miejsce w Anglii, w tym barbarzyńskim kraju.
- We Francji może też kiedyś podobnie bywało.
- Wiesz dobrze, pani, że u nas nigdy tego nie było.
- Oj tam, może nie było… ale wszak mogłoby być! Faktem jest, że tak naprawdę historię piszą zwycięzcy. Jak w starożytnym Rzymie. Wygraj pan wojnę, a lud nawet koronę Francji panu odda.
- Ale jak już powiedziałem, najpierw trzeba jeszcze tę wojnę wygrać. A jeśli się jej nie wygra, to co wtedy?
- Wtedy to, jak już mówiłam, koniec. Nie będzie wówczas nikomu po francusku mówić.
- Dlaczego takie czarne barwy?
- A dlaczego takie różowe?
- Nie wszystko musi się kończyć źle.
- Niby nie, jednakże większość intryg w naszym kraju wywołuje więcej zamieszania niż zaplanowano. Najgorsze jednak są konsekwencje intryg. Są one straszne, bo nieuniknione. Każdy czyn ma swoją konsekwencję. Dobry czy zły. I prędzej czy później każdy z nas ponosi konsekwencje tego, co robi.
- Być może ja swoich już doznałem. Konsekwencje, czy raczej karę za głupotę młodości, ale mniejsza o to. Swoją drogą, nie uważa pani, że to zbrodnia? - zapytał kapitan, nalewając sobie jeszcze czekolady i dosypując cukru.
- Co jest zbrodnią?
- Otóż zbrodnią jest to, że ludzie potrafią dla zaspokojenia własnych ambicji wywołać wojnę i poświęcić setki ludzkich istnień, byleby tylko osiągnąć swoje nędzne cele - wyjaśnił Trechevile.
- A tak, mój panie, a tak - potwierdziła pani Helena kiwając głową na znak zgody - Zgadzam się z panem całkowicie. To prawdziwa zbrodnia. Ludzie, którzy tak robią, to prawdziwi zbrodniarze.
- I zdrajcy.
- No, nie powiedziałabym tego.
- Nie rozumiem - kapitan był wyraźnie zdumiony.
- To proste - pułkownikowa szybko pośpieszyła z wyjaśnieniem - Otóż moim zdaniem zdrada to często wyłącznie kwestia dat. Na przykład teraz ci spiskowcy, o których mowa, to zdrajcy, a my jesteśmy patriotami. Ale jeśli (co nie daj Boże) oni przejmą władzę, to wówczas ci zamachowcy będą patriotami, a my zdrajcami. Widzi pan, wszystko zależy od dat, które wszak szybko się zmieniają.
- Ja bym sądził, że wiele zależy od panujących i rządu, a to zmienia się równie szybko. No i od osądu własnego sumienia.
- To bardzo trafna uwaga. Widzę, mój panie, że mam w panu godnego rozmówcę.
Trechevile był mile połechtany tym komplementem.
- Ja go również mam w pani.
- Miło mi to słyszeć.
Rozmowa toczyła się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie kapitan wstał, pożegnał się i wyszedł. Pani Helena de Saudier zaś jeszcze chwilę siedziała i zastanawiała się nad tym, o czym dzisiaj mówili. Według niej Trechevile podchodził do omawianych spraw z sercem, a ona z rozumem. Uznała więc tę rozmowę za wspaniały przykład odwiecznej utarczki serca i rozumu. Tym razem jednak oba te czynniki zdawały się zgadzać w wielu sprawach. A bardzo rzadko kiedy to się zdarzało. Zbyt rzadko. Serce zawsze powinno iść w parze z rozumem. Ale niestety tak nie jest. Niestety.

Rozdział 22

Rozdział XXII

Panna Luiza działa

Raul przechadzał się po swoim pokoju i rozmyślał o tym, co wydarzyło się dzisiejszego wieczoru. On wraz Francois, Fryderykiem i Trechevilem zostali wezwani przez króla i królową do sali tronowej. Tam opowiedziano im o kradzieży ważnego dla kraju dokumentu, którego to opublikowanie mogłoby wywołać wojnę. Oczywistym wydaje się fakt, że nie można do tego dopuścić. Zadanie czwórki naszych bohaterów miało więc wyglądać następująco: znaleźć dokument, odzyskać go i dostarczyć do archiwum lub też zniszczyć, gdy nie będzie innego wyjścia. Niby nic prostszego, jednakże Raul już u początku tej misji widział bardzo poważne trudności. Nie chodziło wcale o przepustkę, ponieważ otrzymali ją na czas niezbędny do wykonania zadania. Nie myślał też o niebezpieczeństwach. Ich już dawno przestał się bać. To, czy straci swoje życie, czy też nie, teraz nie miało dla niego żadnego znaczenia. Kraj stał na krawędzi przepaści i jeśli jedynym sposobem uratowania go byłoby oddanie za niego życia, nie zawahałby się przed tym.
Problem polegał na tym, że Raul nie miał pojęcia, jak można ten dokument odzyskać. Jego przyjaciele również tego nie wiedzieli. I to było właśnie największą trudnością w całej tej szaleńczej misji. Przecież nie wiedzieli oni nawet, gdzie ów dokument jest ani kto go ukradł. To były podstawowe pytania, na które powinni umieć sobie odpowiedzieć, aby móc rozpocząć poszukiwania. Ale na razie, jeszcze nie umieli tego dokonać, a ponieważ nie umieli, to nie mogli rozpocząć poszukiwań, bo niby jak? W takiej sytuacji to było niewykonalne.
Charmentall dusił się z wściekłości. Ich kraj był zagrożony, złodziej z dokumentem pewnie jest już w drodze, a oni nie mogli zrobić nic, aby temu zapobiec. Nic a nic. Bo niby co mogli teraz zrobić? Wiadomo, iż w takiej sytuacji należałoby ścigać, łapać i aresztować drani, jednakże nie wiadomo nawet kogo i gdzie ścigać. Wojna z Hiszpanią wisi na włosku, zaś oni mogą jedynie bezczynnie siedzieć. Myśl ta doprowadzała go do szaleństwa.
Gdyby chociaż mieli oni jakiś trop, jakąś wskazówkę, cokolwiek, co mogłoby ich naprowadzić na ślad tych łajdaków. Ale nic. Nic nie mają. To okropne.
- Boże miłosierny - mówił do siebie w myślach Raul - Ześlij nam pomoc. Jakąkolwiek. Coś, co by nam wskazało drogę poszukiwań.
Wtem drzwi się otworzyły i do pokoju weszła jakaś tajemnicza osoba w płaszczu z kapturem. Starannie zamknęła za sobą drzwi, rozejrzała się dookoła i powiedziała:
- Musi pan uciekać, panie Charmentall.
Raul spojrzał na swego gościa ze zdumioną miną.
- Kim jesteś? - zapytał - I dlaczego muszę uciekać?
- Nie pora na wyjaśnienia, mój przyjacielu - odpowiedziała tajemnicza osoba przerażonym głosem - Musi pan się ukryć. Idą po pana.
- Kto?
- Ludzie ministra Colgena. Jest z nimi ten podły człowiek w czerni. Chcą odprowadzić pana do Bastylii pod pretekstem zdrady stanu.
- Zdrady stanu? Dlaczegóż to?
- Żeby pan w więzieniu zmiękł i stał się bardziej uległy. Liczą, że wtedy przyjmie pan ich propozycje.
Raul nie posiadał się ze zdumienia. Słowa tajemniczego gościa wydawały mu się co najmniej dziwne, jednakże nie były pozbawione sensu. A więc Colgen był jego wrogiem pomimo tego, iż Raul uratował mu życie? Dlaczegóż by nie? W końcu politycy nie mają żadnych przyjaciół, a jedynie sojuszników, których bardzo łatwo zmieniają, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Kim jesteś, mój wybawicielu? - zapytał znowu Raul.
Głos osoby w płaszczu z kapturem wydawał mu się dziwnie znajomy.
- Przyjacielem - odpowiedział nieznajomy.
Raul pogłaskał delikatnie dłonią rękojeść swojej szpady. Po ostatnich wydarzeniach wolał zachować ostrożność, zwłaszcza przy osobach, które z jakiegoś powodu zakrywają przed nim swoją twarz, tak jak teraz to robi jego tajemniczy nocny gość.
- Jesteś przyjacielem? - zapytał nasz muszkieter wciąż wpatrując się uważnie w swego rozmówcę - Ale jakim?
- Życzliwym.
Po tych słowach tajemnicza postać nareszcie zrzuciła z głowy kaptur i ukazała swoją twarz. Gdy Raul ją zobaczył, to aż jęknął ze zdumienia.
Ową tajemniczą postacią była Luiza Colgen.
- Luiza? - zapytał zdumiony chłopak.
Nazywał ją Luizą, nie zaś panną Colgen, jak  nakazywała grzeczność. Dziewczyna bowiem powiedziała mu, że kiedy będą na osobności, może jej mówić po imieniu i wcale się przy tym nie ma krępować. Początkowo nie szła mu ta sztuka zbyt dobrze, potem jednak udało mu się tego dokonać.
- Tak, to ja. Luiza Colgen - odpowiedziała dziewczyna.
- Ale skąd ty...
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Musisz stąd uciekać!
Wtem do ich uszu dotarł dźwięk mrocznych głosów pytających o niego. Raul i Luiza wyjrzeli szybko zza balustrady i dojrzeli sześć osób rozmawiających o muszkieterze z gospodarzem, który właśnie wskazywał im palcem, w którym to pokoju mieszka pan Charmentall. Czterech z owych sześciu ludzi było gwardzistami pana ministra, pozostali zaś to byli hrabia de Bernice i człowiek w czerni.
- Człowiek w czerni - szepnął Raul mściwym tonem.
Natychmiast skierował swą rękę ku szpadzie. Ale Luiza powstrzymała go łapiąc młodzieńca za ramię.
- Idą tutaj, musimy uciekać - powiedziała.
- Ten człowiek zamordował moich rodziców. Nie pozwolę mu tak spokojnie stąd wyjść!
- Nie masz wyboru, przyjacielu - powiedziała stanowczym głosem Luiza - Twoje życie może ocalić całą Francję. Nie marnuj go zatem tak pochopnie. Bo teraz zginiesz niechybnie, jeśli wdasz się z nim w walkę.
Raul nie miał czasu sobie tego wszystkiego dokładnie przemyśleć, gdyż sześciu ludzi właśnie ruszyło w kierunku jego pokoju. Muszkieter złapał więc Luizę za rękę i zdążył w ostatniej chwili schronić się z nią na strychu, po czym oboje położyli się na podłodze i przez szparę w deskach widzieli, jak ich wrogowie chodzą zdenerwowani po pokoju bezskutecznie próbując go w nim znaleźć.
- Nie ma go tu! - zawołał wściekły de Bernice.
- To widzę, ty głupcze! Pytanie tylko, gdzie on teraz jest?! - mruknął wściekły Febre, a następnie skierował się do gwardzistów - Przeszukać pokój! Tylko dokładnie!
Gwardziści zabrali się do dzieła. Niczego jednak nie zdołali znaleźć, co było dla Raula oczywiste, gdyż przecież nie było go w pokoju.
- Nigdzie go nie ma - zameldowali.
- Sprawdziliście pod łóżkiem? - zapytał Febre.
- Tam także nic.
- Trudno. Najwyżej zaniesiemy panu ministrowi niewesołą nowinę. Zachwycony nie będzie, to pewne, ale mniejsza z tym. Wyjdźcie stąd, muszę przez chwilę pomyśleć.
Czterej gwardziści wyszli. W pokoju zostali tylko Febre i de Bernice.
- Jak myślisz, de Bernice... Jak to jest możliwe, że go tu nie ma choć gospodarz wyraźnie nas zapewniał, że ten człowiek wcale nie wychodził ze swojego pokoju? - zapytał Febre.
- Zakładam, że ktoś go musiał ostrzec - wysunął swój wniosek po krótkim namyśle de Bernice.
- No, proszę. Widzę, iż od czasu do czasu i ty potrafisz logicznie myśleć - zakpił sobie Febre - Ale mniejsza o twój intelekt. Dobrze mówisz, ktoś tego drania ostrzegł i to nie był byle kto. O naszych planach wiedzieli tylko ludzie z naszego najbliższego otoczenia. Czyli to musiał być ktoś z gwardii.
- Ręczę za moich ludzi.
- Wiem, że jesteś ich kapitanem, de Bernice i honor nakazuje ci tak mówić. Ale nie zapominaj, że faktycznym ich dowódcą jestem ja i to ja decyduję o tym, czy warto za tych ludzi ręczyć, czy też nie.
- Nie zapominaj, że formalnie dowódcą jestem ja, bo ty nie możesz się wszak pokazywać w wytwornym towarzystwie.
Febre prychnął tylko i dalej niczym sęp krążył po pokoju.
- Ty i to twoje wytworne towarzystwo. Jeszcze ono zatańczy tak, jak ja mu zagram. A każdy, kto będzie tańczył nie na tę nutę, zostanie ukarany. Uwierz mi, wiem co mówię.
- Nie wątpię - powiedział de Bernice wpatrując się w niego uważnie - Lecz póki co to towarzystwo, które tak wyśmiewasz, rządzi, więc co za tym idzie ty nie możesz się wychylać.
- Wiem o tym dobrze i to bez twojego głupiego gadania - warknął zdenerwowany Febre - Ale to się wkrótce zmieni. Zapewniam cię.
- A co z Charmentallem? I z całą resztą tej jego bandy?
- Nie stanowią dla nas większego zagrożenia. Co prawda minister kazał go aresztować, a nam się to nie udało, lecz nie ma obawy. Jeśli ten gaskoński wieśniak stanie nam na drodze, to po prostu go usuniemy. Tak jak usunąłem jego głupiego tatusia.
Raul, słysząc te podłe słowa, o mało nie zdemaskował się. Poruszył się bowiem tak gwałtownie, że nędznicy będący w pokoju usłyszeli go.
- Słyszałeś to? - zapytał Febre rozglądając się dookoła.
- Nie. Ja nic nie słyszałem. A co? - zdziwił się de Bernice.
- Nieważne. Pewnie to na dole. Tak czy inaczej Charmentall na pewno się nam nie wymknie. Prędzej czy później dołączy on do swego tatusia.
- No, a ten zdrajca? Przecież on jest groźny. Może nam wszystko zepsuć. Jeśli go nie znajdziemy, musimy liczyć się z porażką.
- Owszem, ale póki jeszcze nic nie wiemy o nim, udajemy, że nic się nie dzieje, zrozumiano?! - zawołał do niego Febre - Ty pilnuj swojej gwardii, a ja z hrabiną zajmę się dokumentem oraz panem Charmentallem. Będziemy wobec niego bezlitośni. A jak już zdołam ustalić, kto go dzisiaj ostrzegł, to wobec tego gaduły też litości mieć nie będę. Zabiję go jak psa!
Kiedy powiedział te ostatnie słowa wyrwał szpadę, po czym wbił ją ze wściekłości w dach pokoju. Ostrze szpady wbiło się pomiędzy głowy Raula i Luizy. Cudem tylko oboje nie krzyknęli. Na szczęście tego nie zrobili. Zaś Febre wyrwał wściekły szpadę z dachu i schował ja do pochwy.
- No i co tak stoisz?! Ruszaj się! Pan minister na nas czeka! - zawołał po chwili z gniewem człowiek w czerni.
To mówiąc wraz z de Bernicem opuścili pokój.
Kiedy już Raul i Luiza upewnili się, że ich przeciwnicy są daleko, odetchnęli z ulgą.
- O mały włos - rzekła dziewczyna - Już myślałam, że nas zauważy.
- Ja też - dodał Raul - A tak właściwie, to jak ty mnie znalazłaś?
- Przecież sam kiedyś mówiłeś, że mieszkasz „Pod Złamaną Szpadą”. Wystarczyło więc tylko zaczekać na ciebie i zobaczyć, do którego pokoju wchodzisz. Reszta już była dziecinnie prosta.
Luiza powiedziała to w taki sposób, jakby informowała go o tym, jaka jest właśnie pogoda na dworze. Raul zaśmiał się lekko słysząc ton, w jakim to mówiła.
- Ale jak wyszłaś z domu sama?
- No cóż... - Luiza wzięła bardzo głęboki wdech - Nie było to łatwe. Musiałam się przebrać i wyjść drzwiami dla służby. Musiałam też uważać, żeby nikt mnie nie zagadał. Służbie wszak ufać nie mogę. Wydaje mi się, że wszędzie w domu są szpiedzy tego diabła.
- Jakiego diabła?
- Mojego ojca. Zresztą tak właściwie to jakiego ojca? Nazywam go tak już tylko z przyzwyczajenia, bo po tym, co mi ostatnio powiedziałeś, to nie ma on prawa żądać ode mnie, abym go tak jeszcze nazywała. Jednak teraz to nie jest ważne. Przyszłam też do ciebie z ważną wieścią. To mój… ojciec (ach, ten głupi nawyk) ukradł ten traktat. A właściwie nie on, ale Grusner, jego sekretarz. To on go teraz ma, zaś jutro rano ów łotr, człowiek w czerni wraz z moją guwernantką pojadą powozem na spotkanie z hiszpańskim ambasadorem w mieście Forell na prowincji, aby sprzedać mu dokument i wywołać wojnę. Ja mam jechać z nimi, żeby wyglądało to na zwyczajną wycieczkę młodej panienki z opiekunką. Musisz jechać za nami i odzyskać traktat za wszelką cenę. Sama bym go ukradła i ci go przyniosła, ale niestety nie wiem, gdzie on jest. Zdaje się, że Grusner ma go wciąż przy sobie i w odpowiednim momencie przekaże go hrabinie de Willer. Musisz nie dopuścić do tego, żeby dokument dostał się w ręce Hiszpanów. Od tego zależy los naszego kraju. Ale to przecież wiesz. Ja będę się starała co jakiś czas cię informować o ich wszystkich poczynaniach. Będę ci pozostawiać wiadomości na każdym postoju, w którym się zatrzymamy. Przekaż te wieści swoim towarzyszom.
Raul aż z radości ucałował Luizę w policzek.
- Jesteś niezrównana, dziewczyno.
- Wiem o tym - zaśmiała się panna Luiza Colgen - Ale muszę już iść. Powodzenia zatem, a przy okazji, przekaż to Francois.
Po tych słowach pocałowała go czule w czoło.
Raul lekko zarumienił się i powiedział:
- No, wiesz, ale nie wiem, czy ja jestem odpowiednim pośrednikiem. Poza tym, to nie będzie już to samo.
- W takim razie powiedz mu, że go kocham.
- To mu mogę przekazać. Ale pozwolisz, że odprowadzę cię chociaż kawałek. Bo jeszcze cię napadnie jakiś zbój czy inny zbir.
- Nie boję się zbójów ani innych zbirów - zaśmiała się Luiza - Na takich drani mam to.
To mówiąc wyjęła zza sukienki pistolet.
- Umiem się nim posługiwać, kiedy trzeba.
Raul popatrzył na nią z nieukrywanym podziwem. Zuch dziewczyna.
- To dobrze. Jednakże jak zapewne wiesz, taka pukawka to może być za mało, aby się obronić w ciemnej ulicy.
Luiza uśmiechnęła się wesoło.
- Wobec tego mnie eskortuj, panie muszkieterze.
- A żebyś wiedziała, że to zrobię, panienko. Żebyś wiedziała.
To mówiąc użyczył jej swojego ramienia, które oczywiście Luiza z prawdziwą radością przyjęła.

Rozdział 21

Rozdział XXI

W którym dowiadujemy się, że dokumenty, które mogą zaszkodzić państwu, należy niszczyć, a nie trzymać w archiwum

- Zginął! Przepadł! Nie ma go!
Takie oto odgłosy dobiegały z kancelarii królewskiej wieczorem, tuż po zakończeniu całego dnia pracy, kiedy to zaufany dworzanin Jego Królewskiej Mości poszedł sprawdzić, czy aby wszystkie dokumenty są na swoim miejscu. Przejrzał on dokładnie każdy papierek, każdy dokument, najmniejszy nawet świstek. Zawsze tak robił, należało to bowiem do jego obowiązków. Była to praca co najmniej nużąca i żmudna, ale dowodziła ona wielkiego zaufania, jakim obdarzał owego urzędnika król. Dlatego też ów urzędnik wykonywał swoje obowiązki najbardziej skrupulatnie, jak się tylko dało. Tego wieczora też tak było. I gdy już miał stwierdzić, że nic nie zginęło, to nagle zauważył, iż brakuje jednego z najbardziej ważnych dokumentów dla tego kraju. Z początku pomyślał, że się po prostu pomylił w obliczeniach, więc przeliczył wszystkie papiery jeszcze raz. Niestety było tak, jak się tego obawiał. Brakowało jednego traktatu, bardzo ważnego dla Francji, a zarazem wyjątkowo niebezpiecznego. Tak niebezpiecznego, że gdyby wpadł on w niepowołane ręce, to konsekwencje, jakie by z tego wynikły, byłyby straszne.
Z największym więc przerażeniem, na jakie stać tylko prawdziwych patriotów, pobiegł do króla i królowej, aby przekazać im te straszne wieści. Władcy z początku nie chcieli w to uwierzyć. Pomyśleli, że może to być żart albo też fałszywy alarm. Kiedy jednak dworzanin zaczął zapewniać, że wszystko, co mówi to szczera prawda, król przejął się na poważnie.
- To nie wygląda dobrze, moja droga - rzekł Ludwik XV do Marii Leszczyńskiej - Obawiam się, że z tego nie wyniknie nic dobrego.
- Ale to przecież tylko jeden dokument - powiedziała królowa nie rozumiejąc przerażenia swego męża - Jestem pewna, że nie jest on w stanie wywołać wojny. Prawda?
- Właśnie, że jest w stanie - odparł król.
Po tych słowach spojrzał on uważnie na urzędnika, który pokiwał znacząco głową.
- To prawda, Najjaśniejsza Pani - rzekł wierny sługa - Ten dokument ma w sobie moc wywołania konfliktu na skalę europejską.
- Jak to? Co było w tym dokumencie? - królowa nie pochodziła się ze zdumienia.
Urzędnik spojrzał na Jego Królewską Mość, który dał mu znak ręką oznaczający wyrażenie zgody na wyjaśnienie wszystkiego królowej.
- To był traktat, szykujący Francję do ewentualnej wojny z Hiszpanią. Były w nim plany sojuszu z Anglią i Prusami przeciwko Hiszpanii. Co prawda nie było dotąd okazji, żeby ten plan zrealizować…
- I chwała Bogu - mruknęła Maria Leszczyńska, zdecydowanie nie przepadająca za wojnami.
Sługa króla skinął głową potakująco i mówił dalej:
- Niestety fakt, iż traktat nie został zrealizowany niczego nie zmienia. Ten dokument to wciąż iskra na prochy. Wystarczy, że teraz ktoś opublikuje go albo przekaże Hiszpanii lub Austrii, to wówczas będzie koniec! Nastąpi wojna, a jak znam życie, to nasi ewentualni sojusznicy wszystkiego się wyprą i zostaniemy w tym konflikcie sami. To będzie wojna, której wygrać nie zdołamy. A nawet jeśli, to osiągniemy jedynie pyrrusowe zwycięstwo.
- Więc trzeba ten dokument odzyskać - stwierdziła królowa.
Powiedziała to takim tonem, jakby to było oczywiste samo przez się. Król Ludwik XV oraz urzędnik nie byli jednak tak optymistycznie do całej sprawy nastawieni, jak ta szlachetna córka polskiego narodu.
- Tak, odzyskać - powiedział urzędnik - Pytanie tylko, jak to zrobić, Najjaśniejsza Pani? Przecież nawet nie wiemy, kto go ukradł. A nawet, jak się dowiemy, to zanim to odkryjemy, on będzie już z pewnością bardzo daleko. Nie znajdziemy go. Krótko mówiąc jesteśmy zgubieni.
Ludwik XV załamał ręce z rozpaczy. Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamanym wzrokiem. Nie sądziła, że jej małżonek byłby zdolny tak szybko się poddać i nawet nie spróbować walczyć w obronie swojego kraju. Dla niej takie zachowanie było po prostu nie do przyjęcia. Gdyby ona była mężczyzną bez najmniejszego wahania podjęłaby wszystkie możliwe starania, aby tylko obronić kraj, który został jej oddany pod władanie. Francja była dla niej drugą ojczyzną i jeśli jej małżonek nie chciał zrobić wszystkiego, co w jego mocy, by ocalić Francję, to ona to zrobi.
- Mój drogi, jeszcze nie wszystko stracone - powiedziała królowa Maria spokojnym głosem ukrywającym złość - Nie zapominaj, że mamy jeszcze muszkieterów. Naszych wiernych i oddanych muszkieterów.
- Ale o ile mnie pamięć nie myli, to są żołnierze, nie żandarmi. Nie rozwiązują oni zagadek.
- Aleś ty mądry, mój królewski małżonku. To prawda, muszkieterowie nie są może przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości, lecz zapewniam cię, że są nie do pokonania. Na pewno odkryją, kto stoi za kradzieżą. I zrobią wszystko, by ten dokument odzyskać.
- Jeśli wolno wyrazić swoje zdanie... - zaczął urzędnik.
Królowa spojrzała na niego przyzwalająco.
- Wyraź je.
- To więc jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, Najjaśniejsza Pani, to lepiej ów dokument zniszczyć. Po jego zniszczeniu nic by już nam potem nie zagrażało z jego strony.
Królowa była bardzo zadowolona z takiego wyjścia. Jednakże jej królewski małżonek nie był do końca przekonany do takiego rozwiązania.
- Może to i dobre wyjście - rzekł - Ale gdyby nadal ten traktat istniał, wtedy mielibyśmy zapewniony sojusz na ewentualną wojnę.
Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamując ręce.
- Mężu mój... Panie mój drogi... Na jaką ty ewentualną wojnę liczysz? Nie rozumiesz, że gdyby wojna z Hiszpanią miała zostać zrealizowana, to już dawno by do niej doszło? A skoro dotychczas ta wojna jeszcze nie została rozpoczęta, to chyba jest największy dowód na to, że nikt jej nigdy nie rozpocznie? Hiszpania nie przeszkadza teraz żadnemu krajowi Europy. Pojmij to wreszcie, mój Panie. Do wojny nie dojdzie. A nasi sojusznicy prędzej zmienią front niż pozwolą sobie na taki koszt jak wojna po naszej stronie przeciwko Hiszpanii, która wszak jest potęgą.
Ludwik XV spojrzał na swoją królewską małżonkę niezbyt przekonany jej argumentacją, lecz jednak pokiwał głową na znak zgody.
- Niech i tak będzie - powiedział smutnym głosem - Jednak komu powierzyć tę niezwykle trudną misję?
Maria Leszczyńska uśmiechnęła się w sposób bardzo tajemniczy.
- Znam kogoś odpowiedniego do tego zadania. Ci ludzie nie zawahają się przed oddaniem życia za swój kraj. I na pewno nie poniosą porażki.
- Znam ich?
- Ależ oczywiście, mój Panie. To ci sami ludzie, którzy już raz mnie uratowali.
- Ta wesoła czwórka? - król odzyskał humor.
- Właśnie o nich mówię, Najjaśniejszy Panie - królowa obdarzyła swego męża przyjemnym uśmiechem.
Ludwik XV odwzajemnił uśmiech. Powoli zaczął odzyskiwać wiarę w odnalezienie dokumenty i ocalenie kraju od zguby.
- Tak... Wydaje mi się, że będą oni wiedzieli, co robić. Jednakże, moja droga, czy jesteś pewna, że im się uda?
- Skoro udało im się uratować mnie przed co najmniej dwunastoma kandydatami na moich aniołów śmierci, to czymże dla nich będzie taki dokument? Znajdą go choćby na końcu świata.
- Obawiam się, że rzeczywiście będą musieli go tam szukać.
- Nawet jeśli, to i tak go znajdą. Oni są najlepsi - powiedziała królowa z całą pewnością siebie w głosie.
- Doskonale! Sprowadzić mi tu ich! - zawołał Ludwik XV do służącego.

***

- I cóż, Grusner, mój drogi przyjacielu? - zapytał Colgen, kiedy jego sekretarz wszedł do pokoju - Masz to?
- Ja, Herr Colgen! - zawołał Niemiec.
- No, to pokaż!
Grusner wyjął za pazuchy dokument zwinięty w rulonik i przewiązany sznurkiem z pieczęcią. Colgen z chciwością pochwycił go w ręce, rozerwał pieczęć i zaczął czytać.
- Tak, to jest to! Brawo, spisałeś się! - wołał, aż podskakując z radości - Mam to nareszcie. Teraz już nic nie stoi mi na przeszkodzie. Wreszcie zrealizuję wszystkie moje plany. Zakładam, że nie było żadnych trudności, Grusner?
- Nein, Herr Minister - odpowiedział sekretarz - Chociaż, nie powiem, był taki eine kleine szczególik, ale zasadniczo nieistotny.
- Mianowicie?
- Herr Trechevile coraz bardziej podejrzliwie na mnie patrzy. Sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
- Przypominam ci, przyjacielu, że nie ty tu jesteś od myślenia, tylko ja - zakpił sobie Colgen - I póki co, niech lepiej tak pozostanie.
- Rozumiem, Herr Minister. Jednakże, jeśli kapitan coś podejrzewa, to może nam popsuć szyki.
- Nie bój się, on niczego się nie domyśla. Aż taki bystry to on nie jest. Ręczę ci za to. Zresztą, ja bym się tu obawiał kogoś zupełnie innego, niż Trechevile’a.
- Ja? A kogo, jeśli wolno spytać?
- Charmentalla i tego jego kompana, barona de Morce. Obawiam się, że mogli wpaść na jakiś trop, zwłaszcza po tym incydencie spowodowanym przez samowolny czyn tego idioty, de Bernice’a. Wiesz, że on chciał tego młodego barona zakopać w ogrodzie domu mojej córki? Zakopać go w ogrodzie i to żywcem! A wszystko przez zwykłą zazdrość.
- Och, Herr Good! - zawołał wyraźnie przerażony sekretarz wykonując znak krzyża.
- No właśnie - zgodził się z nim Colgen - Musimy więc działać szybko, jeśli nasz plan ma się powieść.
- Co mam zrobić?
- Ty już nic. Ale Febre i owszem. On może zrobić i to dużo.
- Was, Herr Colgen?
- Przekaż mu, aby natychmiast aresztował Charmentalla i osadził go w Bastylii. Przynajmniej na jakiś czas, póki nie dokonamy transakcji.
- Pod jakim zarzutem, mein Minister?
- Nie obchodzi mnie, o co się go oskarży, Grusner. Chodzi o tylko o to, żeby go usunąć na pewien czas z naszej drogi. Za dużo węszy, a to źle. W końcu wpadnie na właściwy trop, a tego sobie nie życzę. Musimy być szybsi i zareagować pierwsi. Kiedy już będzie po wszystkim, będziemy mogli go wypuścić. Bo usunięcie go byłoby... że tak powiem, głupie. Na wojnie jego szpada może nam się jeszcze przydać.
- Rozumiem. A jeśli będzie stawiał opór lub próbował ucieczek? - zapytał Grusner zaciekawiony, jaką dostanie odpowiedź.
- On jest mądrym człowiekiem, Grusner - rzekł Colgen, specjalnie przeciągając słowa, aby dodać im w ten sposób mroku - Nie będzie tego robił. Dla własnego dobra nie będzie.

Rozdział 20

Rozdział XX

Niefortunne zaloty pana de Morce

Noc już zasłoniła niebo ciemnym płaszczem pełnym złotych gwiazd i wyglądało na to, że cały Paryż pogrążył się już na dobre w głębokim śnie. Wydawałoby się więc, że nic nie zakłóci spokoju. Było to jednak błędne twierdzenie. W stronę domu przy ulicy Słonecznej kroczył tajemniczy osobnik w ciemnej pelerynie. Na głowie miał kapelusz który nasunął na twarz, aby jej nie było widać, a przy boku szpadę. Podbiegł do bramy i rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie zauważył. Kiedy upewnił się, że nie jest przez nikogo śledzony otworzył ją najciszej jak tylko potrafił i wkradł się do ogrodu przylegającego do domu. Następnie przemknął niezauważony przez ogród i dotarł do okna z balkonem. Przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie dźwięk przypominający huczenie sowy. Nie było to oczywiście zbyt podobne do sowich odgłosów, jednakże sygnał ów został doskonale odczytany i zrozumiany przez osobę, do której był skierowany, bowiem z balkonu odpowiedział tajemniczemu przybyszowi podobny dźwięk, po czym opadła z balkonu drabinka sznurowa. Nocny gość złapał ją, po czym szybko wspiął się po niej na balkon niczym pewien bohater pewnej sztuki Szekspira.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
Noc już zasłoniła niebo ciemnym płaszczem pełnym złotych gwiazd i wyglądało na to, że cały Paryż pogrążył się już na dobre w głębokim śnie. Wydawałoby się więc, że nic nie zakłóci spokoju. Było to jednak błędne twierdzenie. W stronę domu przy ulicy Słonecznej kroczył tajemniczy osobnik w ciemnej pelerynie. Na głowie miał kapelusz który nasunął na twarz, aby jej nie było widać, a przy boku szpadę. Podbiegł do bramy i rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie zauważył. Kiedy upewnił się, że nie jest przez nikogo śledzony otworzył ją najciszej jak tylko potrafił i wkradł się do ogrodu przylegającego do domu. Następnie przemknął niezauważony przez ogród i dotarł do okna z balkonem. Przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie dźwięk przypominający huczenie sowy. Nie było to oczywiście zbyt podobne do sowich odgłosów, jednakże sygnał ów został doskonale odczytany i zrozumiany przez osobę, do której był skierowany, bowiem z balkonu odpowiedział tajemniczemu przybyszowi podobny dźwięk, po czym opadła z balkonu drabinka sznurowa. Nocny gość złapał ją, po czym szybko wspiął się po niej na balkon niczym pewien bohater pewnej sztuki Szekspira.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
- Powoli, baronciu, powoli, bo jeszcze się spocisz - zakpił de Bernice - Na pana miejscu leżałbym spokojnie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul – Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul - Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.

Rozdział 19

Rozdział XIX

W którym dowiadujemy się, jak bardzo szkodliwą wadą jest zazdrość

Raul korzystając z zaproszenia odwiedził pannę Luizę i ze zdziwieniem stwierdził, że różni się ona znacznie od innych kobiet, które dotychczas znał. A mówiąc „innych” oczywiście miał na myśli jedną, konkretną kobietę, która złamała mu serce. Rzecz jasna mowa tu o dobrze znanej Czytelnikom pannie Francesce. Porównywał on teraz obie panny w swoich myślach i zauważył, jak skrajnie różniły się ich charaktery. Francesca była niezwykle wybuchowa, często najpierw działała, a potem myślała. Raul nie pamiętał także, aby jego wybranka kiedykolwiek rozmawiała z nim o dobrej literaturze, co najwyżej o tych raczej kiepskich romansach, w których się wciąż zaczytywała. Ale takich książek (przynajmniej zdaniem Raula) nikt normalny nie zaliczyłby do dobrej literatury, którą warto było poznać. Z Luizą było zaś zupełnie inaczej. Młodzieniec miał z nią wiele wspólnych tematów. Odnalazł w tej młodej kobiecie pokrewną duszę. Ach, gdyby tylko nie kochał się w niej Francois. Raul natychmiast skorzystałby z takiej okazji i zaczął starania o jej rękę. Bo chyba tylko głupiec nie skorzystałby z możliwości poślubienia tak wspaniałej niewiasty, jak ona. Jednak tu Raul, gdyby nawet miał takie zamiary, to natrafiłby na poważna przeszkodę w osobie swego najlepszego przyjaciela, który był wszak zakochany w pannie Colgen, a uczucia przyjaciela były dla naszego Gaskończyka rzeczą świętą, dlatego przeszkadzanie im nie wchodziło w grę.
Pojawił się jednak jeszcze jeden dylemat, który nie dawał naszemu bohaterowie spokoju. Otóż Raul, im częściej widywał pannę Luizę, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś ją widział. Wiedział, że to bardzo głupie uczucie, ale mimo wszystko czuł to. I to do tego zdawało mu się, iż od dawna przyjaźnili się ze sobą i żyli razem w doskonałej harmonii. Niczym jacyś starzy przyjaciele. Oczywiście to było raczej mało prawdopodobne, ale jak zwykła mawiać szanowna pani Helena de Saudier (którą on bardzo szanował) przeczucia nie mylą, a jeżeli już, to rzadko. Dlatego też Raul wierzył, że kiedyś, jak już pozna prawdę, to okaże się wówczas, że przeczucia go nie myliły.
Na razie jednak wystarczyło mu to, iż mógł odwiedzać pannę Luizę, toczyć niezwykle ciekawe dysputy na różne tematy, wymieniać poglądy, spostrzeżenia itp. rzeczy, jakie lubią robić ludzie w młodym wieku, kiedy łączy ich przyjaźń.
Co zaś do panny Colgen, to miała ona podobne odczucia co Raul. Nie przyznawała się jednak do nich nikomu, za wyjątkiem Raula Charmentalla, oczywiście. Czuła bowiem, że właśnie jemu i tylko jemu może swobodnie opowiedzieć wszystko, co tylko zechce, o każdym swoim problemie oraz przeczuciu. On jej nie wyśmieje ani nie wykpi, lecz wysłucha i mądrze doradzi. Tak, to jest prawdziwie szlachetny człowiek. Był jej niczym brat i przyjaciel. Czasami śniła w swoich największych marzeniach, że podobnie jak Viola i Sebastian ze sztuki Szekspira, tak i oni okażą się zaginionymi przed laty bliźniętami. Jednak wiedziała, iż to tylko zwykłe mrzonki. Chociaż, przyszłość była jej nie znana i wszystko mogło się wydarzyć.

***

Raul wrócił do swojego pokoju w gospodzie „Pod Złamaną Szpadą”, zjadł obiad i spytał gospodarza o swoich trzech druhów. Dowiedział się, że Trechevile został w koszarach, Fryderyk skorzystał z przepustki i odwiedził hrabinę de Saudier, zaś Francois dostał ponoć jakiś bilecik, po którego przeczytaniu wyleciał z gospody jak z procy i tyle go widziano.
- Ach, prawda, do jaśnie pana także jest pismo - zawołał gospodarz, przypominając sobie.
To mówiąc wyjął zza pazuchy list i podał je Charmentallowi.
Młodzieniec natychmiast rozerwał kopertę i odczytał pismo.

Jeśli jest pan człowiekiem honoru, proszę pana bardzo, aby raczył pan przyjść w nocy o dziewiątej do bramy Hotelu Luksemburskiego. Jestem zagrożona i potrzebuję pana pomocy. To bardzo ważne.

L.C.

Inicjały na końcu listu dla Raula mówiły same za siebie. Muszkieter bez trudu odgadł po nich, kto jest autorem tego listu. L.C. to znaczy Luizy Colgen. Dziewczyna, skoro do niego napisała, to wyraźnie potrzebowała jego pomocy, a w takim wypadku on, jako szlachcic i żołnierz, a prócz tego jej najlepszy przyjaciel, musiał natychmiast pośpieszyć jej z pomocą. Dama w opresji to wszak wyzwanie dla honoru muszkietera. Każdy szanujący się człowiek pomaga ludziom w opresji, a robi to już zwłaszcza wtedy, jeśli tym człowiekiem jest kobieta.
Raul zaczekał więc na odpowiednią porę i punktualnie o dziewiątej był pod bramą Hotelu Luksemburskiego. Luizy jeszcze nie było, więc się nie spóźnił. Co prawda dziwiło go to, że dziewczyna wybrała taką porę i takie miejsce na spotkanie w niezwykle ważnej sprawie, jednak ostatecznie, jeśli taka jest wola, to niech tak będzie. Poza tym Luiza pisze, że jest zagrożona. Pewnie jedynie w nocy ma możliwość wyrwania się spod czujnych oczu ludzi, którzy jej zagrażają i spotkać się z nim, żeby mu powierzyć swój sekret. Tak, to było jedyne sensowne wytłumaczenie.
Chłopak zatem cierpliwie czekał. W końcu zobaczył jakąś postać w płaszczu z kapturem zbliżającą się w jego stronę. Pomyślał, że to na pewno Luiza, więc ruszył biegiem w kierunku tej osoby.
- Witam cię, pani. Jestem, tak jak było umówione. Cieszę się, że panią widzę - powiedział bardzo mocno przejęty licząc na odpowiedź.
Postać w kapturze jednak nie przemówiła do niego ani słowa. Cały czas tylko milczała.
- Mówiłaś pani, że grozi ci jakieś niebezpieczeństwo. Mów więc, o co chodzi - mówił dalej Raul.
Postać jednak nadal milczała.
- Pani, powiedz wreszcie, czy coś ci zagraża?
Postać kiwnęła tylko lekką głową, co oznaczało „tak”.
- Mów więc, pani, kim jest ten łajdak, który ci zagraża?
Zakapturzona postać wciąż milczała.
- Nie wstydź się pani. Mów ze mną otwarcie, kto to jest? - dopytywał się chłopak.
- Raul Charmentall - odezwała się wreszcie postać.
Raul był bardzo zdumiony. Nic z tego nie rozumiał. On sam stanowił zagrożenie dla Luizy? To niemożliwe. To musi być jakiś głupi dowcip. Ale czy panna Colgen wezwała go tu jedynie tylko po to, by stroić sobie z niego żarty? Jakoś mu to takie postępowanie nie pasowało do niej. To wszystko wyglądało dość podejrzanie.
Nagle postać zerwała płaszcz i odrzuciła go za siebie. Wówczas oczom zdumionego Gaskończyka ukazał się… Francois de Morce.
- To ty, Francois? - zapytał Raul.
- Tak, Raulu. To ja - odpowiedział de Morce, którego twarz i głos wyrażały wściekłość - Widzę, przyjacielu, że moja obecność tutaj bardzo cię dziwi.
- Oczywiście - rzekł Charmentall, który był coraz bardziej zdumiony tym, co właśnie miało miejsce – Spodziewałem się kogoś innego.
- Innego, tak? - zakpił sobie z niego Francois - Za pewne kobiety. Niech zgadnę. Chodzi o pannę Luizę, nieprawdaż?
- Owszem, nie zamierzam tego przed tobą ukrywać. Dostałem dzisiaj list od niej z wieścią, że grozi jej wielkie niebezpieczeństwo.
- Łżesz, ty łotrze! Strach cię obleciał, bowiem zamiast panny Colgen, którą tutaj podstępnie chciałeś zwabić, zastałeś mnie! Ale ja zostałem już uprzedzony, że będziesz tu czekał na nią, aby ją porwać i zastawiłem na ciebie pułapkę.
- O czym ty mówisz? - Raul był jednocześnie zdumiony i przerażony.
- Dobrze wiesz, o czym ja mówię, ty nędzniku! - krzyknął wściekle Francois - Wiedziałeś, że kocham pannę Luizę, ale bezczelnie ją uwodziłeś, a teraz chciałeś ją porwać i zniewolić. Ale to ci się nie uda!
- To zniewaga i potwarz!
- Boli cię prawda, czyż nie?! Trzeba było się zastanowić nad tym, czy warto bałamucić cudze ukochane!
- Nikogo nie bałamucę. Z Luizą łączy mnie jedynie przyjaźń.
- Dość tej gadaniny! Chwytaj za szpadę i broń się!
To mówiąc Francois schwycił za broń i wymierzył jej ostrze w pierś przyjaciela. Raul patrzył na niego z trudem zachowując stoicki spokój.
- Schowaj broń, przyjacielu - rzekł spokojnym tonem.
Ale Francois nie był skory do słuchania go. Opętała go żądza walki i wcale nie zamierzał z niej zrezygnować, nawet gdyby musiał zabić swego przeciwnika zupełnie bezbronnego, choć tego wolał uniknąć.
- Chwyć za szpadę - powtórzył wściekle Francois.
- Schowaj broń, dobrze ci radzę. Pojedynki są zakazane, wiesz o tym. Chcesz wylądować w Bastylii?
- Chwytaj szpadę. Chwytaj szpadę, bo ci łeb odetnę!
- Uspokój się, człowieku.
- Broń się!
- Bóg mi świadkiem, że nie ja chciałem tej walki - rzekł Raul i wyjął szpadę - Stawaj zatem, przyjacielu.
Francois natarł zaciekle na Raula, ten zaś skupił się przede wszystkim na obronie i unikaniu walki, gdyż nie chciał zabijać przyjaciela. Robił uniki i parował ciosy, co jakiś czas powtarzając „Schowaj broń, przyjacielu” albo „Uspokój się”. Słowa te jednak nic nie dały, bowiem Francois z natury był bardzo porywczy i słowa do niego nie docierały. A jeśli docierały, to z opóźnieniem. Wolał spory wyjaśniać za pomocą szpady zamiast rozmowy. Z przykrością musimy przyznać, że należało to do jego największych wad. Ale nie martwcie się, Drodzy Czytelnicy, miał on również wiele zalet. Będziemy mieli jeszcze okazję się o tym przekonać. Na razie jednak toczy się walka.
Raul, mając dość tego całego starcia, wykonał świetny zwrot i nim Francois zdążył się zorientować, to jego szpada poleciała w kąt. A on sam miał na sztychu szpady swego przeciwnika.
- Kończ sprawę - rzekł Francois.
Raul popatrzył na niego załamany.
- Uspokój się i wysłuchaj mnie - przemówił do niego tonem, którego nie powstydziłby się żaden kaznodzieja.
- Wysłucham cię, ale skamlącego o litość - warknął Francois.
Młody Charmentall popatrzył się z lekkim smutkiem i zawiedziony zachowaniem swego przyjaciela.
- Podnieś - mruknął do niego i odsunął od niego swoją broń.
Baron de Morce poszedł do swojej szpady i chwyciwszy ją zaatakował jeszcze zacieklej niż poprzednio. Raul z trudem już odpierał jego ciosy, ale mimo wszystko trzymał się dzielnie. Parował i robił uniki, lecz parę razy musiał sam zacząć uderzać, żeby uniknąć przebicia szpadą. Jednak w końcu zdenerwował się i chwilę po tym jak Francois o mało nie odrąbał mu głowy,sam ruszył do tak silnego oraz zaciekłego natarcia, że wkrótce ostrze szpady młodego barona pękło na pół. Francois zrozumiał, iż nadeszła jego ostatnia chwila.
- Dokończ dzieła - zawołał do niego.
Raul jednak rzucił mu swoją szpadę, a następnie wymierzył jej ostrze w swoją pierś.
- Ty dokończ, jeśli uważasz, że na to zasłużyłem - rzekł - Ale wiedz mi, że nigdy nie zdradziłem naszej przyjaźni. Szanuję pannę Luizę i lubię ją. Jednakże nigdy jej nie bałamuciłem.
- Dajesz na to słowo?
- Słowo szlachcica.
Broń wypadła Francois z ręki i łzy mu stanęły w oczach. Rzucił się Raulowi w objęcia.
- Wybacz mi, przyjacielu - płakał - Ale kiedy usłyszałem, że próbujesz zdobyć serce panny Luizy Colgen i chcesz ją porwać, zdenerwowałem się i przestałem myśleć racjonalnie.
- Ale jak mogłeś uwierzyć w coś takiego? - zdumiał się Raul, klepiąc przyjaciela po plecach.
- Pokazała mi list od ciebie do Luizy.
- Jak to, pokazała? Znaczy się kto?
- Hrabina de Willer.
Raul był zdumiony, gdy usłyszał to nazwisko.
- Hrabina?
- Tak, ona sama. Powiedziała mi, że odebrała twój list do panny Luizy i że próbujesz tą biedną dziewczynę zbałamucić. Nie wiesz nawet, jak jej słowa były przekonujące.
Raulowi pociemniało w oczach. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Przecież hrabina to taka dobra kobieta, opiekunka i nauczycielka Luizy. Przynajmniej tak mu się dotąd wydawało. Teraz natomiast okazało się, że to zwykła, nędzna intrygantka. Napuściła na siebie dwóch przyjaciół i to bez nijakiego powodu. Zapewne to ona również napisała do niego ten list. Ale dlaczego? Co jej z tego przyszło? Co chciała przez to osiągnąć? Wszystko to było mocno podejrzane. Zbyt wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi, co sprawiało, że Charmentall w głębi serca czuł się bardzo zaniepokojony, podobnie jak i jego przyjaciel.
- Powiedz mi, Raul - rzekł Francois - Czy możesz mi przysiąc, że nie wzywałeś tu dziś w nocy Luizy i nie chciałeś jej porwać?
- Oczywiście, mój drogi przyjacielu. Jak mogłeś choć przez chwilę tak pomyśleć?
- Wybacz mi, Raul. Gniew i zazdrość mnie zaślepiły, jak zresztą także i troska o życie i cześć mej ukochanej.
- Rozumiem to wszystko, co nie zmienia faktu, że jestem zawiedziony twoją postawą. A co do twoich zarzutów, to mogę ci, mój drogi, z łatwością udowodnić, że mówię prawdę.
- Niby w jaki sposób?
- Mam list potwierdzający moją niewinność.
- List? Jaki list?
- List, który rzekomo napisała do mnie panna Luiza, ale który zapewne jest autorstwa tej nędznej intrygantki.
Francois się bardzo ucieszył.
- Gdzie masz ten list?
- U siebie w pokoju. Chodź, to się przekonasz.
Wrócili obaj „Pod Złamaną Szpadę” i kiedy Raul pokazał Francois list, jaki otrzymał dziś rano. Ten zaś nie miał już żadnych wątpliwości wobec intencji przyjaciela.
- Ta cała hrabina wydaje mi się niezłą intrygantką - stwierdził.
- Mnie także - dodał Raul - Ale po co jej to było? Jaki by miała cel w tym, byśmy się nawzajem pozabijali?
- Nie wiem. Ale myślę, że lepiej powiedzieć o tym Trechevilowi.
- Też tak sądzę.
Rano więc kapitan królewskich muszkieterów dowiedział się o tym wszystkim, co wczoraj zaszło. Bardzo się tym zaniepokoił. Stwierdził, że całej tej sprawie należy się bacznie przyjrzeć. Na razie natomiast poradził przyjaciołom, żeby nie odwiedzali oni panny Luizy i hrabiny de Willer. Bo może być i tak, że obie kobiety zamieszane były w spisek. Co prawda przyjaciele nie bardzo w to wierzyli, lecz ostrożności nigdy za wiele.
Jednocześnie w domu hrabiny zjawił się znany nam już hrabia Filip de Bernice. Wyjawił on kobiecie, że jej plan niestety nie wypalił, zaś obaj muszkieterowie nadal są przyjaciółmi. Jego szanse uzyskania wzajemności Luizy zmalały do zera. Hrabina jednak pocieszyła go.
- Jeszcze nic straconego - rzekła - Ci dwaj są jednak bardziej sprytni niż sądziłam. Ale z lepszymi już sobie radziłam. Wymyślimy coś innego.
- Ale co? - dopytywał się hrabia.
- Na pewno nie będą nas teraz odwiedzać po tym incydencie. Jednakże możliwe, że młody de Morce nie wytrzyma i będzie chciał odwiedzić w nocy swą ukochaną, żeby wyznać jej swoje uczucia.
- I co z tego?
- To, że my będziemy wtedy na niego czekać. Z naszymi ludźmi, ma się rozumieć. Ponieważ nie możemy zabić naszych muszkieterów razem, więc wykończymy ich po-je-dyn-czo.
Dokładnie i powoli przesylabizowała to słowo, po czym uśmiechnęła się niczym jadowita żmija i dokończyła:
- Najpierw de Morce, a potem kolejno pozostali.
Hrabia Filip de Bernice uśmiechnął się do niej równie podle. Plan ten niezwykle mu się spodobał. A w głowie ustalał już jego szczegóły. Tak, teraz już ten nędzny baronek mu nie ucieknie. Dostanie go on w swoje ręce i wykończy bez pardonu, a Luiza wreszcie będzie tylko jego.
- Podoba mi się twój tok myślenia, pani - rzekł hrabia de Bernice, kiedy już skończył swe marzenia.
- Mnie także - zaśmiała się hrabina de Willer - Mnie także.

Rozdział 18

Rozdział XVIII

Kapitan i łotr

Jak już wspominaliśmy w poprzednim rozdziale, kapitan muszkieterów Andre Trechevile udał się właśnie w pewne bardzo ponure miejsce, które bynajmniej nie budzi zaufania u ludzi uczciwych, dla łotrów natomiast jest prawdziwym rajem. Jeśli dodamy jeszcze, że była to deszczowa noc, to zdołamy na pewno odtworzyć prawdziwie groźną atmosferę. Wielu ludzi woli o tej porze siedzieć spokojnie w domu, ale nie nasz kapitan. Jednakże nie posądzajcie go o to, że był jakimś nocnym markiem. Bynajmniej, gdyż zdecydowanie wolał dzień. Tyle tylko, że czasami człowiek czuje potrzebę wędrowania pośród ciemności i odwiedzenia jakiegoś miejsca. Zwłaszcza jeżeli ma się w tym miejscu do załatwienia jakąś ważną dla siebie sprawę. A Trechevile miał właśnie taką sprawę do załatwienia. Udajmy się zatem za nim i pozwólmy mu ją załatwić.
Otóż on. Wchodzi do karczmy, podchodzi do lady i zamawia butelkę wina. Nalewa wino do szklanki i pyta karczmarza:
- Jest może Versner?
- Jest - odpowiedział mu karczmarz.
- A gdzie jest?
- A gdzie ma być? W swoim pokoju, wino żłopie.
- Zakładam, że za swoje pieniądze.
- A gdzie tam! Bierze na kredyt i to już dwa miesiące. Bardzo mnie to denerwuje.
- Czynsz, jak się domyślam, również na kredyt?
- A jakże. Oczywiście. Dwa miesiące już mi nie płaci. I codziennie słyszę od niego to samo: „Drogi panie, dostaniesz pan swoje pieniądze, ale jutro”. Ja, panie, tego jutra mam już dosyć. To jego „jutro” bokiem mi już wychodzi. Wyrzuciłbym go dawno, ale mam zbyt miękkie serce. Poza tym rozśmiesza mi gości, dzięki czemu oni częściej tu przychodzą.
„Czyli Versner nie ma przy sobie pieniędzy. To bardzo dobrze. W takim wypadku będzie pokorniejszy i przyjmie wszystkie warunki, jakie mu tylko postawię”, pomyślał sobie Trechevile, głośno zaś rzekł:
- Poproszę jeszcze jedną butelkę wina. Na wynos.
Kiedy otrzymał swoje zamówienie wziął ją, po czym poszedł na górę do pokoju, gdzie mieszkał pan Jules Versner.
Mądry Czytelnik na pewno zaraz się zapyta, kim był ten pan? Otóż odpowiedź jest prosta: był to złodziejaszek, włamywacz, płatny informator itp. Krótko mówiąc, przedstawiciel wolnego zawodu. Parał się on różnymi zajęciami, byleby starczyło na jedzenie i picie. Ale ponieważ rzadko kiedy starczyło, więc musiał podwoić swoje wysiłki i ograniczyć przyjemności, takie jak wino, kobiety i śpiew. Toteż od kilku miesięcy już nie śpiewał. Nie zmniejszyło to zbytnio jednak jego wydatków, ograniczył więc również kobiety. Ale wina już nie potrafił.
Andre Trechevile wiedział o tym bardzo dobrze, miał również kilka tajemniczych, nie do końca znanych nam dowodów jego jakże niecnych machinacji, ale trzymał je w tajemnicy. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy takie informacje mogą się przydać, do małego szantażu. Szantaż bowiem, użyty w uczciwym celu, może być narzędziem dobra. Poza tym cel uświęca środki, jak mawiał pewnie wielki człowiek, którego nazwiska tutaj nie wspomnimy z tej prostej przyczyny, że go nie znamy (choć chodzą słuchy, że był to niejaki Niccolo Machiavelli).
Trechevile myślał podobnie. Nie lubił szantażu i jeżeli już go używał, to robił to tylko w sytuacjach naprawdę wyjątkowych. Nie sprawiało mu to przyjemności. Po prostu czasem musiał go stosować. Wyznawał bowiem zasadę, że warto mieć kogoś takiego, o kim się wie coś, czego ten ktoś nie chciałby ujawnić przed innymi ludźmi. Ten fakt można wykorzystać później do własnych, dobrych oczywiście, celów. Taka prosta oraz bardzo wygodna mądrość życiowa.
Kapitan otworzył drzwi i wszedł do środka. W małym pokoiku na łóżku, siedział mężczyzna, mający ok. pięćdziesięciu lat. Na twarzy kilka zmarszczek, brązowe włosy, osiwiałe nieco od nadmiernego użalania się nad sobą oraz rozmaitych zmartwień. Oczy, niegdyś niebieskie, teraz były szare. Twarz natomiast zdobił mu wydatny, zakrzywiony lekko nos.
- Jules, wstawaj! Mam do ciebie sprawę! - zawołał Trechevile.
- Hej, co to ma być?! A cóż to są za maniery, prostaku?! Nie umiesz pukać?! Ja zawsze pukam, chyba, że się włamuję! - ryknął Versner głosem, który wyraźnie wskazywał, że nie jest już do końca trzeźwy.
Wydawało mu się, że wszedł karczmarz lub ktoś inny, ale spostrzegłszy Trechevile’a zaczął się śmiać i zawołał:
- Andre! To ty, mój stary druhu?! Mój drogi Andre! Cóż cię do mnie sprowadza?! - wołał, ściskając go mocno.
- A cóż by innego, jak nie interes, kochasiu? - odpowiedział mu pytaniem na pytaniem Trechevile.
- W takim razie czym chata bogata. Siadaj i opowiadaj.
Versner wskazał kapitanowi stolik i dwa krzesła. Obaj na nich usiedli.
- Wybacz mi moje niegrzeczne zachowanie. Myślałem, że to znowu ten drań, oberżysta. Naciska mnie ciągle i żąda pieniędzy. Ponoć zalegam mu z czynszem.
- A za ile mu zalegasz? - zapytał kapitan.
- Ponoć za miesiąc.
- Doprawdy? - zakpił sobie Trechevile - A ja słyszałem, że ponoć aż za dwa miesiące.
Versner zmieszał się lekko.
- Cóż, wersji jest kilka. Ale do rzeczy. Zakładam, że nie przyszedłeś tu z sentymentu do mej jakże skromnej osoby.
- I bardzo dobrze zakładasz.
- Mów więc Andre, jaki masz do mnie interes?
- Poważny - rzekł Trechevile.
- No, to ja rozumiem - zaśmiał się Versner - Ale jak bardzo poważny?
- Bardzo poważny.
- Domyślam się, Andre. Jednak wiesz przecież, że poważne interesy wymagają wyłożenia poważnego towaru na stół. Postaw więc butelkę, to wtedy porozmawiamy.
Trechevile spojrzał się wymownie na stół, gdzie stała opróżniona do połowy butelka.
- Nie sądzę, żeby ona ci w jakiś sposób pomogła - powiedział - Więc, jak się domyślasz, potrzebuję informacji…
- Wszystko w swoim czasie, mój drogi, ale najpierw postaw butelkę.
- A co? Przewróciła się? - zakpił sobie Trechevile.
Versner parsknął śmiechem, słysząc słowa kapitana muszkieterów.
- Ach, mój Andre! Ty zawsze miałeś poczucie humoru, chłopie. Ale na serio, postaw butelkę. Chyba mi nie skąpisz, co?
- Skądże. Ani mi to nie przyszło do głowy.
To mówiąc kapitan wyjął zza pazuchy butelkę wina i dwie szklanki.
- No! To już o wiele lepiej do mnie przemawia. Trzeba było tak od razu - zaśmiał się Versner.
Popili troszkę, a potem przeszli do interesów. Kapitan zapytał o to, co go interesowało, ale Jules podrapał się po głowie i rzekł:
- A może byś tak dał jeszcze jedną butelkę, żeby mi się jeszcze bardziej rozjaśniło w głowie.
- Co proszę? A niby co ci się może w tej twojej głowie rozjaśnić? Na pewno nie rozum, bo już go tam dawno nie ma.
- Jak to?
- A tak to. Skazałeś go wszak na śmierć głodową, to uciekł. Ale dość tego gadania o niczym. Wytęż więc swoją głowę, o ile ją jeszcze posiadasz. Co wiesz o pewnym człowieku ubranym na czarno?
- Zależy o jakiego człowieka ci chodzi. Bo bardzo wielu ludzi ubiera się na czarno.
Trechevile opisał więc poszukiwanego przez siebie człowieka. Wysoki, czarne włosy, oczy zielone, czarne wąsiki, a także długa szrama na policzku oraz brak połowy prawego ucha. Kiedy doszedł do tego szczegółu, Versner przerażony wyszeptał:
- Febre.
- Co powiedziałeś?
- Nie, nic.
- Mnie nie oszukasz, Versner. Mów więc, kim on jest, ten człowiek w czerni? Dla kogo pracuje, czym się zajmuje oraz gdzie chodzi?! Czy ma on jakąś kochankę? Mów wszystko!
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Ty go nie znasz. Gdyby się dowiedział, że ktoś udzielił ci informacji o nim, ta osoba na drugi dzień leżałaby na dnie Sekwany. Nie mam zamiaru umierać w tak młodym wieku.
- Młodym wieku - zakpił sobie kapitan - W młodym wieku byłeś jako dziecko. A teraz jesteś starym głupcem. Gadaj zaraz, bo się zdenerwuję!
Jules Versner lekko się oburzył słowami kapitana. Nie żeby nie słyszał gorszych wyzwisk pod swoim adresem, ale jednak wolałby oszczędzić sobie takich kpin, jakie właśnie usłyszał.
- Nie widzę powodów, dla jakich miałbym się bać twoich gróźb - powiedział dumnie.
- Czyżby? - zakpił sobie kapitan - Jednakże ja je widzę.
- O! A jakie to są powody? - spytał bezczelnie złodziejaszek.
- Proste.
- Proste to są szpady, a nie powody.
Trechevile trzasnął wściekły pięścią w stół.
- Posłuchaj mnie, gnido. Handlujesz kradzionymi starożytnymi wazami i innymi dziełami sztuki, wiem o tym.
- Co ty mi tu…
- Nie przerywaj! Handlujesz również bronią, która nie przeszła przez cło, ale została przemycona przez granicę, o tym również wiem. A że nie wspomnę o tych kilku włamaniach i fałszywych wekslach. Wiem o tobie praktycznie wszystko. A tym samym mam na ciebie takiego haka, że wystarczy, iż kiwnę palcem, a wylądujesz w Bastylii, zanim się obejrzysz! A być może Jego Królewska Mość, zgodnie z najnowszą modą, ześle cię na galery. Więc jeśli nie chcesz do końca życia machać wiosłem na starej łajbie po Morzu Śródziemnym, to lepiej ze mną współpracuj!
Jules Versner zadrżał trochę o własną skórę. Ostatecznie wolał już śmierć w rzece od „kariery” galernika. Dlatego też, mimo lekkiego wahania się, zaczął opowiadać.
- No dobrze, a więc, słuchaj. Ten człowiek w czerni nazywa się Febre. A przynajmniej sam się tak nazwał, gdyż jego prawdziwe nazwisko brzmi ponoć inaczej. Podobno jest synem jakiegoś szlachcica. Dzieckiem, ma się rozumieć, z nieprawego łoża. Jego matka została opuszczona przez swojego kochanka, a jego ojca. Urodziła dziecko w klasztorze. Tam też umarła przy porodzie. On zaś, kiedy tylko dorósł i dowiedział się, kto jest jego rodzicielem, natychmiast poszedł go poprosić o uznanie go za syna.
- Zakładam, że nie został uznany.
- I dobrze zakładasz, bo istotnie tak było. Więcej ci powiem. Ojciec wyśmiał go i przepędził. Chłopak zaś wściekły zapowiedział mu zemstę. Korzystając z tego, że jego ojciec brał ślub, podstępem wdarł się na ceremonię i tam go zabił. Przyszło mu to tym łatwiej, że pan młody był tak pijany, że ledwie trzymał się na nogach. Młodzieniec zastrzelił go z zimną krwią. Zabił potem jego żonę i jej ojca. Mając te trzy zabójstwa na sumieniu nie mógł już mieszkać w tej okolicy, w której te oto zbrodnie popełnił. Uciekł więc w głąb kraju i szukał dla siebie zajęcia. Wyuczył się szermierki i przybrawszy nazwisko Febre ruszył w świat. Wynajmował się do różnych zadań.
- Jakich?
- Jeszcze się pytasz? Zabijanie na zlecenie, oczywiście. Zabił ponoć ok. trzydzieści osób, zawsze szlachetnie urodzonych. Przykładowo taki hrabia de Garen. Jego żonę zadźgano nożem w łóżku, a on szybko po jej śmierci powtórnie się ożenił, jak się można domyślać, bogato. Nikt jednak nie wie, że to Febre zabił mu żonę, na jego zresztą polecenie. Albo ten szlachcic, Hannibal Leseart. Miał zeznawać w sądzie przeciwko jakiemuś mordercy. Zginął zastrzelony tuż przed salą sądową. Policji nigdy nie udało się ustalić tożsamości mordercy.
- A był nim Febre?
- Oczywiście. Zastrzelił go z okna sąsiedniej kamienicy, zaś nasza policja co prawda doszła do tego, ale nigdy nie odkryła, kto pociągnął za spust. Pełno było jeszcze podobnych ofiar, chociażby twój znajomy, Gaston Charmentall.
- O tej zbrodni to akurat doskonale wiem.
- To dobrze. No więc ostatnio Febre zniknął z pola widzenia. Nie wiem dokładnie, gdzie jest, ale prawdopodobnie znalazł sobie bogatego patrona, który go wynajmuje do różnych zadań i w zamian zapewnia mu ochronę.
- A któż to może być?
- Nie mam pojęcia. A bo to mało jest teraz arystokratów, którzy chcąc chronić swoją działalność, wynajmują najemnych zbirów, by ci wykonywali za nich brudną robotę? Nie mam zielonego pojęcia, kim jest ten łotr.
- To lepiej pomyśl - naciskał Trechevile.
- Nie wiem. Coś mi się kojarzy, ale pamięć mam zaćmioną.
- A może to ci ją rozjaśni? - zapytał zirytowany Trechevile, wyjmując pistolet i mierząc nim w Versnera.
Jules przeraził się teraz nie na żarty. Zrozumiał, że Andre to człowiek, którego nie można zbyć byle czym i który nie cofnie się przed niczym, byleby tylko wycisnąć z niego informacje.
- Ach, rzeczywiście, przypomniałem sobie - zawołał Versner, klepiąc się w czoło i udając, że dopiero teraz sobie przypomniał - To jest polityk.
Rozejrzał się, czy nikt nie widzi i szepnął do kapitana:
- Ponoć minister. Bardzo ważna figura. Rzekomo nawet spokrewniony z samym królem.
- No, to jest już coś konkretnego - rzekł Trechevile, ale pistoletu nie schował - A nie wiesz przypadkiem, jak on się nazywa? Ten minister?
- Nie.
Kapitan ustawił pistolet do strzału i szykował się do naciśnięcia spustu. Widząc to Jules Versner zaczął się pocić jak mysz.
- Człowieku, na miłość boską! Przysięgam ci, że nie wiem! Nie znam jego nazwiska! Naprawdę! Przecież bym cię nie okłamał!
- No, nie jestem pewien, czy byś mnie nie okłamał - zakpił sobie Trechevile - Kłamanie idzie ci przecież jak z nut.
- Naprawdę nie wiem! - krzyczał Versner ze łzami w oczach.
Andre przyjrzał mu się dokładnie. Stwierdził, że ten człowiek mówił prawdę. Naprawdę był przerażony i nic więcej nie wiedział. Trzeba było więc mu dać spokój, a także wynagrodzić za zdobyte informacje.
- No dobrze - rzekł kapitan muszkieterów chowając pistolet i rzucając na stół sakiewkę - Tu masz za swoje wiadomości. Niewątpliwie mi się one przydadzą. Do zobaczenia następnym razem, bo myślę, że się jeszcze spotkamy.
- Ja także - rzekł Versner, przeliczając pieniądze.
Trechevile zbierał się do odejścia, kiedy nagle zatrzymał go głos Jules.
- Pytałeś mnie, Andre, czy ten łajdak ma jakąś paniusię na boku.
- Tak. I co? Ma?
- A i owszem, ma. Kobieta ta nazywa się hrabina Paulina de Willer. Widziano ich razem kilkakrotnie. Najczęściej u niej.
- Paulina de Willer? - zastanowił się kapitan - Słyszałem o niej. A ty skąd to wiesz?
- Jej służba ma długi język, zwłaszcza po kilku szklanicach - zaśmiał się Versner, nie przestając liczyć pieniądze - Ale nie to jest najlepsze.
- Doprawdy? A co jest najlepsze?
- Mianowicie to, iż mówią o tej paniusi, że wcale nie nazywa się de Willer.
- Nie nazywa się?
- Ano nie. Ponoć to tylko nazwisko jednego z jej narzeczonych, który zginął w pojedynku. I to w pojedynku sprowokowanym przez nią.
- A jak ta pani nazywa się naprawdę? - zapytał zaciekawiony kapitan.
Wiadomości od Versnera wyraźnie go zaintrygowały.
- Reces.
Trechevile wyglądał tak, jakby zaraz miał zemdleć.
- Co ci jest? - zapytał Jules, który spostrzegł jego bladość.
- Nie, nic - odpowiedział Andre, machając lekceważąco ręką i dodał: - Jak mówiłeś, że ona się nazywa?
- Reces.
- To niemożliwe - wydyszał zdumiony kapitan.
- Mówię ci to, co słyszałem. Nie zakładam, że to prawda. To mogą być tylko plotki. Nie wiem.
- Nie powiesz mi chyba, że ona także pracuje dla tego całego ministra, którego nazwiska nie znamy?
- Owszem, niektórzy mówią, że ona i Febre pracują dla tego samego człowieka.
- A jaką pracę ona wykonuje? Może... guwernantki?
Versner zastanowił się trochę.
- Guwernantki, powiadasz? A owszem, to możliwe. Służba mówiła mi o jakieś panience, którą ona się opiekuje. To ponoć córka bardzo ważnej persony. Nie wiem jednak jakiej, nie padły żadne znane nazwiska. Przykro mi, Andre, że tak mało ci pomogłem.
- Przeciwnie, pomogłeś mi jak nigdy dotąd. Teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.
I wyszedł rzucając Versnerowi kolejną sakiewkę, którą on oczywiście przyjął.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...