Rozdział XI
Niezwykła opowieść pana de Morce i jeszcze bardziej niezwykła opowieść pana Trechevile
Niezwykła opowieść pana de Morce i jeszcze bardziej niezwykła opowieść pana Trechevile
Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile siedzieli razem w pokoju Raula jedząc kolację lekko zakrapianą winem. Przy jedzeniu opowiadali sobie, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, różne ciekawe historie. Najczęściej dotyczyły one wydarzeń z przeszłości. Tym razem jednak temat rozmów zmienił się, choć do wspomnień nasi bohaterowie mieli jeszcze powrócić.
Czterej przyjaciele rozpoczęli rozmowę na temat najnowszych nowinek z Paryża. Charmentall i de Morce zdali dokładny raport ze swojej wizyty u panny Colgen. Obaj zgodnie wychwalali urodę i erudycję Luizy, parę słów padło również na temat hrabiny Pauliny de Willer. Tą osobą szczególnie zainteresował się kapitan Andre Trechevile. Wypytywał on swoich młodych podopiecznych o jej wygląd, charakter itp. Przyjaciele nie potrafili co prawda odpowiedzieć na wszystkie jego pytania, lecz na większą część zdołali znaleźć właściwie i zgodne z prawdą odpowiedzi. Co zaś do Fryderyka, ten z kolei wypytywał się o Luizę. Nigdy jej nie widział, bowiem kiedy miało miejsce przyjęcie urodzinowe panny Colgen, on leżał chory w łóżku. Bardzo więc go owa panna zainteresowała, zwłaszcza, że nie miał jej okazji poznać. Można by nawet chwilami odnieść wrażenie, iż przemawia przez niego zazdrość. Ale było to dość dziwne i niezrozumiałe dla Raula, dlatego porucznik muszkieterów szybko odrzucił taką możliwość.
- Ciekawa jest wasza relacja - rzekł Trechevile - Jednakże proponuję, żebyśmy już zmienili temat rozmowy. Ile można w kółko ciągle tylko trajkotać na temat jakieś panienki, choćby nawet wyjątkowo ładnej?
- Nawet pan nie wie, jak bardzo ładnej - rzekł Francois rozmarzonym tonem.
- Już ci mówiłem, że gdy jesteśmy sami, to mówcie mi na ty - rzekł kapitan ze śmiechem na ustach - A poza tym to nie uroda jest u kobiety najważniejsza ani wcale nie świadczy o jej charakterze. Znałem już kilka ładnych kobiet, które były zwykłymi nędznicami.
- Luiza na pewno nie jest taka - zapeszył się Francois.
- Nie wiem, nie znam jej tak dobrze, jak ty. Ale znam inne i uwierz mi, przyjacielu, po ich głębszym poznaniu, mam serdecznie dość kobiet. Bez wyjątków. One wszystkie są przewrotne i nędzne.
- Przecież są wyjątki - wystąpił w obronie uczuć swojego przyjaciela Raul.
- Może i tak, ale czy nie wiesz, że wyjątek tylko potwierdza regułę?
- A jak brzmi ta reguła? - spytał zaciekawiony Fryderyk.
- „Wszystkie kobiety są niegodne naszego zaufania, ponieważ to istoty podstępne i okrutne. A co najważniejsze, mściwe”.
- Mężczyźni też są mściwi - wtrącił Fryderyk.
- Ale nie tak bardzo, jak kobiety - odpowiedział mu kapitan.
- A wiecie, w tym stwierdzeniu jest jakieś ziarno prawdy - powiedział Francois nalewając sobie wina do kieliszka.
- No, nareszcie ktoś racjonalnie myślący - ucieszył się Trechevile podsuwając swój kieliszek, żeby sierżant i jemu nalał.
- Ale dlatego potwierdzasz teorię naszego drogiego kapitana? - zapytał Charmentall.
- No właśnie - dodał równie zaciekawiony Fryderyk - Dlaczego?
- Ponieważ potwierdza ją historia mojego ojca.
Francois nalał kapitanowi wina, po czym postawił butelkę na stole, rozsiadł się wygodniej w fotelu i powoli zaczął sączyć czerwony płyn.
- Opowiedz, chętnie posłuchamy - rzekł Trechevile uśmiechając się do niego.
- Z wielką przyjemnością - dodał bardzo zaciekawiony Raul.
Fryderyk nie powiedział nic, jedynie lekko pokiwał głową na znak, że podziela zdanie towarzyszy.
- Liczyłem na to, że mnie o to poprosicie - zaśmiał się Francois - Od czego by tu zacząć?
- Najlepiej od początku - stwierdził wesoło kapitan, nalewając sobie kolejną szklankę wina.
- Racja, masz rację. A więc tak... Mój ojciec, jak wiecie, jest bardzo szanowanym szlachcicem, co może potwierdzić obecny tu pan kapitan.
- To prawda - Trechevile kiwnął głową.
- Otóż, jak to często bywa z młodymi ludźmi, miał on raczej burzliwą przeszłość. Wiecie, co mam na myśli. Alkohol, kobiety et cetera.
- Któż z nas tego nie miał? - zapytał Trechevile pobłażliwym tonem.
- Ja - mruknął Fryderyk.
Jego trzej przyjaciele zaśmiali się tylko ironicznie na znak, że niezbyt uwierzyli w jego słowa.
- Cóż... Być może jeszcze i nie miałeś, ale kiedyś może to nastąpić - powiedział Raul – Wszystko przed tobą.
- Mnie tam do kobiet nie ciągnie.
- A co? Może ciągnie cię do mężczyzn ? - zakpił sobie kapitan.
Jednak zanim zarumieniony na całej twarzy Fryderyk zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kapitan śmiejąc się poprosił Francois, aby ten kontynuował swoją opowieść, co sierżant z przyjemnością uczynił.
- Więc, jak już mówiłem, mój ojciec podczas tych podbojów zaliczył kilka romansów, czemu zresztą trudno się dziwić. Przystojny mężczyzna był z niego. Panny przyciągał do siebie niesamowicie. I wcale im się nie dziwię. Swego czasu był z niego mężczyzna na schwał, postawny i silny. Szatyn, oczy zielone, mina tęga, szarmancki charakter... Kobietom się podobał, bo wyczuwały…
- Pieniądze - zachichotał Trechevile.
Francois zaśmiał się delikatnie, gdy to usłyszał.
- To też. Ale przede wszystkim czuły, że jest to mężczyzna, któremu można się w pełni poświęcić. Jednak te romanse mijały jeden za drugim. Pewnie powodem było to, iż mój kochany ojczulek nie umiał się zakochać. Aż w końcu przyszła kryska na Matyska i ojciec zakochał się do szaleństwa w pięknej dziewczynie z ubogiej, szlacheckiej rodziny. A żeby było jeszcze lepiej, ona również go pokochała. Spotykali się potajemnie, ponieważ ani jego rodzina, ani jej, raczej nie patrzyły na taki związek zbyt przychylnie. Najpierw były to spotkania od czasu do czasu, rzadkie. Potem następowały one coraz częściej. Zakochani wyznawali sobie miłość. Ojciec oczu nie mógł od niej oderwać. Kapitanie... to znaczy... Andre, ty na pewno wiesz, jak to jest w tym wieku. Ta albo inna. Ślub z nią albo wieczna samotność. Innej drogi wtedy przed człekiem nie ma.
- Tak, znam to uczucie - powiedział kapitan zamyślonym tonem.
To mówiąc smutny odłożył kieliszek na stolik.
- No właśnie. Więc ojciec, pomimo poważnych wątpliwości, powziął w końcu decyzję. „Niech się dzieje co chce, zabiorę ją i pokaże rodzinie”, powiedział. I tak też zrobił. Jak się możecie domyślać, rodzina była oburzona. Wszystkie ciotki i babcie starowinki mdlały już na samą myśl, że taka oto „chłopka”, jak pogardliwie ją nazywali, ma wejść do ich sfery, a do tego ma nosić ich jakże szlachetne nazwisko. To było nie do pomyślenia. Naciskali mojego ojca, żeby natychmiast ją porzucił i wybrał sobie na żonę kogoś bardziej odpowiedniego. Najbardziej naciskała moja świętej pamięci babunia. Była ona matką mojego ojca oraz głową rodziny. To ona w niej rządziła. Jako babcia była raczej nie do wytrzymania. Okropna i okrutna. Prawdziwa dewotka, a do tego jeszcze wyjątkowo podła i bezwzględna. Już na sam widok swej przyszłej synowej dostawała spazmów. Jedynym sojusznikiem mego ojca był jego ojciec, a mój dziadek. On również został swego czasu zmuszony do rozstania z ukochaną, wiedział więc doskonale, co czuje jego syn. Poza tym był od dawna w konflikcie z szanowną familią swej żonki. I już samo to było dla niego pretekstem, żeby utrzeć nosa tym nietolerancyjnym, uperfumowanym lalusiom. Dzielnie więc stał po stronie mego ojca. Mając więc jego błogosławieństwo mój ojciec wreszcie poślubił swoją ukochaną. Rodzina była oburzona, ale musiała uznać ten związek. Musiała, bowiem zapanowała wyższa konieczność.
- To znaczy? Co rozumiesz przez określenie „wyższa konieczność”? - zapytał Raul wpatrując się uważnie w przyjaciela.
Francois uśmiechnął się, przepłukał sobie gardło kolejnym łykiem wina, po czym kontynuował swoją opowieść.
- Otóż ukochana mego ojca była już przy nadziei. Z początku nie było tego widać, co zresztą jest chyba normalne. Ale wreszcie wszystko się wydało. Więc chcąc nie chcąc moja szanowna familia wyraziła swoją zgodę. Oczywiście, na znak oburzenia większość z nich nie przyjechała na wesele, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował. Zresztą ojciec zrekompensował to sobie zapraszając na tę uroczystość wszystkich swoich przyjaciół z gwardii muszkieterów.
- O tym szczególe to ja akurat wiem, bo sam tam byłem, miód i wino piłem - wtrącił Trechevile – Ale nadal nie dostrzegam tu potwierdzenia mojej teorii.
- Już do tego zmierzam - rzekł Francois i kontynuował swą opowieść - Tuż po ślubie matka mego ojca oświadczyła, że z chłopką nie będzie mieszkać pod jednym dachem i wyprowadziła się z naszego zamku tak ceremonialnie, iż nawet najbardziej zawzięci przeciwnicy lubej mego ojca byli tym oburzeni. Oczywiście dziadek nie przejął się tym. I tak nigdy jej nie kochał. Ale ojciec był zmartwiony. Kochał matkę i chciał się z nią pogodzić. Jeździł od czasu do czasu do jej rodowej posiadłości ponawiając prośbę, aby wróciła. Ale zawsze dostawał to samo ultimatum, którego nie mógł przyjąć: „Wyrzuć tę wieśniaczkę z domu, wtedy wrócę. Albo ona, albo ja”. Perswazje i błagania nic nie pomogły. Nawet rodzina, dotąd zawzięta, teraz stała po jego stronie starając się ją przekonać do zmiany zdania. Ale wola mojej drogie, kochanej babki, pochodzącej z książąt de Horen, było nieugięta. Ojciec w końcu zrezygnował z kolejnych, bezowocnych prób pogodzenia się z matką.
Tymczasem luba mojego ojca urodziła mu synka. Był on zdrowy i śliczny, a do tego niezwykle podobny do swego rodzica, że nawet gdyby chciał (a mogę was zapewnić, że nie chciał) nie wyparł by się go. Rodzina została udobruchana, babka zaś opuściła nasze ziemię i nigdy nie wróciła. Myślałby kto, że teraz wszystko dobrze się ułoży. Było to jednak błędne twierdzenie.
- A cóż się stało? - zapytał Fryderyk, którego opowieść zdążyła już bardzo wciągnąć.
- Żona mojego ojca zaczęła dostawać anonimowe listy z pogróżkami. Ich autor, czy też autorka pisał, bądź też pisała, że ta szlachetna dama jest wieśniaczką i ladacznicą, że zapłaci za to, iż wdarła się do naszej rodziny. Żona mego ojca z początku niszczyła te listy, gdy jednak przychodziły następne, wreszcie pokazała je swemu mężowi. Ten, z pomocą swego ojca, a mojego dziadka, rozpoczął śledztwo. Domyślano się, że to ktoś z rodziny. Ale kto? Nie sposób odgadnąć. Anonimy stawały się coraz groźniejsze. Pisano, że porwą ojcu jego „bękarta”, by dziecko z nieprawego łoża nie dziedziczyło ziem tego jakże szlachetnego rodu. Zaczęto więc pilnować chłopca jak oka w głowie. Dziecko miało wówczas trzy latka. Pewnego dnia mój ojciec wyjechał z przyjaciółmi na polowanie. Kiedy wrócił zastał matkę pogrążoną w rozpaczy. Okazało się, że w czasie jego nieobecności do ogrodu wdarli się zbójcy i porwali jego syna. Natychmiast wszczęto pościg. Szybko znaleziono bandytów. Otoczono ich, schwytano oraz uwięziono. Niestety dziecka nie było z nimi, a ci łotrzykowie nie chcieli zdradzić miejsca ukrycia ani zleceniodawcy porwania, nawet wtedy, gdy ich wzięto na tortury. Nawet łamani kołem nie pisnęli ani słówka. Ojciec popadł w rozpacz, a jego żona posiwiała, pogrążała się w smutku, aż wreszcie umarła ze zgryzoty.
Jak się możecie domyślać, mój ojciec po jej śmierci popadł w jeszcze większą rozpacz. Żebyście wtedy widzieli moją babunię, która natychmiast wróciła pocieszyć swego syna. Czuła, troskliwa, żałująca swej mściwości, jednocześnie również bezczelnie pchająca mego ojca w ramiona pięknej szlachcianki, córki swojej najlepszej przyjaciółki. Tak go popychała, aż w końcu poślubił ową panienkę. Żyje zresztą ona do dzisiaj, a owocem owego związku jestem ja.
Pewnego dnia moja babka zachorowała. Jej zdrowie pogarszało się z każdym dniem, aż w końcu została na stałe przykuta do łóżka. Przed śmiercią wezwała ona mojego ojca i kazała mu sprowadzić spowiednika. Ojciec wezwał go, mnich pojawił się u jej łoża, a ona zaczęła spowiedź. I co się okazało? Że to właśnie ona pisała te anonimy i to ona porwała mego przyrodniego brata. Tłumaczyła się tym, iż musiała to zrobić, aby jej syn nie nosił na swoim czole piętna hańby. A poza tym, dała słowo matce mojej matki, że jej syn poślubi jej córkę, a słowo księżnej Horen zawsze było święte. Skazując się więc na wieczne potępienie wynajęła zbójów, żeby porwali dziecko. Plan wykonano. Mieli oni potem zabić dziecko, ale coś poszło nie tak i jeden ze zbójów nie wiadomo dlaczego (być może liczył on na większy zysk), ukradł dziecko kompanom, pozostawiając ich na pastwę żandarmów, a sam zniknął w górach. Mój brat przepadł na zawsze.
Babka skończyła swoją opowieść i poprosiła mnicha o rozgrzeszenie. Wówczas jej spowiednik zsunął z głowy kaptur. Okazało się wówczas, że tym spowiednikiem był mój ojciec, który bardzo chciał poznać tajemnicę, jaką skrywała przed nim jego matka. Gdy ją poznał ujawnił się i powiedział, co myśli o swojej rodzicielce. A nie było to miłe, zapewniam was. Babka przerażona tym wszystkim dostała apopleksji i umarła. Nikt jednak się tym specjalnie nie przejął, bowiem ojciec mój wszystko, co usłyszał, ujawnił całej rodzinie. Każdy teraz się dowiedział, do czego była zdolna matka mojego ojca. Także pogrzeb tej okrutnej i pozbawionej wyższych uczuć kobiety był bardzo skromny, niewielu ludzi na nim się zjawiło, jeśli w ogóle ktokolwiek się pojawił. Jedno jest pewne, ja na nim nie byłem. Mój ojciec także nie.
Tak oto wygląda, panowie, historia mojego ojca. Potwierdza ona całkowicie mściwość kobiet. Wyjaśnia również sposób, w jaki to straciłem swojego starszego brata. Nigdy go nie poznałem i pewnie nie poznam. Musi mieć już pewnie trzydzieści lat, o ile wciąż żyje. Nie wiem, jakie były jego dalsze losy. Może tam gdzie żyje jeszcze na tym ponurym świecie? Może ten bandyta-porywacz wychował go i razem z nim bezpiecznie przebywa on gdzieś w jakiś odległym miejscu? Może nawet nieświadomie moją krew kiedyś wytoczy – zakończył smutno swą historię Francois.
A zakończywszy ją wypił jednym duszkiem pełną szklankę wina.
Opowieść ta zainteresowała wszystkich zebranych. Nie trzeba chyba również dodawać, że również wzruszyła. Szczególnie Fryderyka, który po cichu otarł z oka łzę.
- Smutna to historia - rzekł Trechevile smutnym tonem - Ale masz rację, potwierdza ona moją teorię. Pozwolicie zatem, że opowiem wam inną, która jeszcze bardziej ją potwierdzi?
- Prosimy bardzo - rzekli chórem jego przyjaciele.
- A więc moi drodzy - zaczął kapitan - Otóż, zapewne sądzicie, że ja, hrabia Andre Trechevile, nigdy w życiu się nie zakochałem. Otóż muszę wam powiedzieć, iż jesteście w błędzie. Pokochałem i ta miłość silniejsza była ode mnie.
- Jak się nazywała ta wybranka, bo zakładam, że to była kobieta? - zapytał Raul, nalewając wszystkim wino.
- Bardzo śmieszne - mruknął Trechevile, którego żart ten wcale nie ubawił, po czym ciągnął dalej: - Jej nazwiska wam nie zdradzę. Nie mogę. Zresztą nie potrafię je wymówić. Przez gardło mi ono przejść nie może i dlatego wolę zachować je dla siebie. Powiem wam tylko, iż miała na imię Paulina i była zniewalająco piękna. Poznałem ją, kiedy wstępowałem do muszkieterów. Jako jedyny z mojego rodzeństwa obrałem ten zawód. Najstarszy brat mój, Rene, romansował z kobietami, zwłaszcza z mężatkami i cudzymi narzeczonymi. W końcu jednak spotkało go to, co już dawno mu wszyscy przepowiadaliśmy i zginął on w pojedynku. Zabił go jeden z tych mężczyzn, którym rogi przyprawił. Średni brat, Henryk, został dziedzicem większości ziemi, których jednak wiele nie było z powodu długów, jakich narobił mój ojciec i do których dołożył się swoim hulaszczym trybem życia mój kochany braciszek. Jednak część majątku ocalała. Było tego na całe szczęście wystarczająco, aby móc dostatnio żyć. Mieliśmy jeszcze siostrę, najmłodszą z całej naszej czwórki. Roztaczaliśmy nad nią z Henrykiem opiekę do ukończenia przez nią pełnoletniości. Planowała po jej osiągnięciu wstąpić do klasztoru. Potem jednak zmieniła plany, ale o tym później. Ja więc wstąpiłem do muszkieterów. Wyjechałem do Paryża wywożąc ze sobą porady brata i całusy siostry. Dotarłem do stolicy i zapoznałem się z kapitanem królewskich muszkieterów. Nie chciał mnie on jednak przyjąć do gwardii, gdyż nie walczyłem na wojnie ani też nie dokonałem żadnego bohaterskiego czynu. Poradzili mi, abym wstąpił do gwardii królewskiej i odsłużył dwa lata, to wtedy mnie przyjmą. Tak też postanowiłem zrobić. Zostałem gwardzistą. Codziennie biegałem przed bramą pałacu z wiernym muszkietem w ręku mierząc z niego do każdego, co zbliżał się do bramy, a nie miał rozsądnego uzasadnienia, czemu to robi. Wolne chwile spędzałem w Paryżu, korzystając (i chyba słusznie) z całych jego uroków. Kiedyś jeden z moich znajomych wprowadził mnie na salony pewnej damy. Poznałem tam moją ukochaną. Nosiła ona imię Paulina. Była daleką krewną nasze gospodyni, a do tego była piękna, a mówiąc słowo „piękna“ mam na myśli, iż była oszałamiająca pod każdym względem. Nie zdziwicie się więc chyba, jeśli powiem, że pokochałem ją bardzo.
- I zakładam stryjku, że i ona pokochała ciebie - powiedział Raul.
- Ano tak - odpowiedział Trechevile kiwając głową - Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Rozumiecie więc chyba, iż nie mogłem długo wytrzymać bez widoku jej słodkiej buzi. Zachodziłem do niej częściej, dowiedziałem się bowiem, gdzie mieszka. Rozmawialiśmy, piliśmy wino, spacerowaliśmy długo ulicami miasta, aż wreszcie, miesiąc po naszym poznaniu, wyznałem jej moje uczucie. Ona jednak oznajmiła mi, że wyjdzie jedynie za muszkietera. Spytałem więc, czy zaczeka jeszcze dwa lata, aż nim zostanę. Odpowiedziała…
- Że tak? - spytał Francois.
- Jeśli chcesz poznać dalszy ciąg, to mi nie przerywaj. Oczywiście, że tak. Więc zabrałem się gorliwie do służby. Oddawałem swoje usługi Jego Królewskiej Mości i wszystkie me obowiązki wykonywałem skrupulatnie. I nie skłamię, jeśli powiem, że nie było jeszcze nikogo tak pilnego w dążeniu do celu, jak ja.
Kilka miesięcy po moich oświadczynach moja ukochana wyjechała na wieś, która znajdowała się w sąsiedztwie naszego hrabstwa. Powiedziała mi, że będzie tam na mnie czekać. Więc ja, jak kto głupi, pożegnałem ją z radością. Służyłem dalej w gwardii, wykonywałem polecenia i rozkazy bez szemrania.
Aż wreszcie przyszła ta upragniona i długo oczekiwana przeze mnie chwila, że zostałem przyjęty w poczet muszkieterów. Nie było końca mojej radości. Chciałem się teraz szybko ożenić. Poprosiłem więc o przepustkę i wyjechałem do domu. Najpierw pobiegłem do mojego zamku i wpadłem w objęcia mojej młodszej siostry. Następnie biegnę do brata, aby prosić go o błogosławieństwo. No bo w końcu był on teraz najstarszym z rodziny i to od jego woli zależało, czy się ożenię czy nie. I zgadnijcie, kogo zastaję w jego pokoju?
- Pewnie jego żonę? - zapytał Fryderyk.
- A żonę. Żebyś wiedział, że żonę. A tą żoną była… wiecie jaka dama? Moja Paulina. Tak, moi drodzy, ta sama dama, dla której ja straciłem głowę. Oszukała mnie. Od roku była już moją bratową. Byłem wściekły.
- To zrozumiałe - rzekł Francois głosem pełnym zrozumienia.
- Korzystając z urlopu spędziłem tydzień w naszym zamku, szukając pociechy w rozmowach z siostrą. Moja droga, mała Henrietta. Była wtedy prawdziwym balsamem na moje rany. Gdyby nie była moją siostrą, ją bym poślubił. Ale niestety. Jak to jest, że najlepsze kobiety, jakie znamy, są albo zajęte, albo są z nami blisko spokrewnione i w żadnym razie nie może z nimi się związać? Los niekiedy naprawdę bywa bardzo podły wobec ludzi. Ale nic to.
Wracając do mojej historii, to muszę wam wyznać, że wyjechałem z zamku zły jak diabli, co nie powinno was zresztą dziwić. Wściekły rzuciłem się w wir służby wojskowej. Nie myślałem wcale o kobietach, no może z wyjątkiem Henrietty. Jednak ta podła istota, Paulina... Ona nadal bezczelnie wchodziła mi do umysłu i nie miała najmniejszego zamiaru go opuścić. Doprowadzało mnie to do szału. Zacząłem więc pić, jednak z umiarem, pamiętając, aby nie przedobrzyć. Mogłem bowiem w każdej chwili wypić o wiele więcej niż powinienem, a wówczas zrobiłbym coś głupiego i pożegnał się z karierą wojskową. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Teraz tylko ona mi została. Dlatego piłem i piłem i piłem. Nawiązałem również kontakty z tzw. półświatkiem. Ale mniejsza o to. Popełniłem wtedy wiele grzechów mniejszych lub większych, o których jednak nie warto się rozpowiadać.
Rok po tym wydarzeniu przybywa do mnie służący mego brata i czego się od niego dowiaduję? Otóż mój kochany braciszek zmarł przed dwoma dniami. Chociaż nadal byłem wściekły na niego i na nią, to jednak wróciłem do naszej rodowej posiadłości. Oczywiście musiałem przedtem wziąć kolejną przepustkę od kapitana, który jednak nie miał nic przeciwko temu, gdyż ostatecznie nie brałem przepustek zbyt często, co go nawet dziwiło. Nie miałem jednak ku temu powodów. Nie miałem do kogo jechać ani kogo odwiedzać w wolnych dniach. Nigdy też nie uchybiałem się od pełnienia obowiązków. Tym chętniej więc przystano na moją prośbę. Wybaczcie, rozgaduję się. Summa summarum, w końcu przybyłem na miejsce i wziąłem udział w pogrzebie mego brata. Przedtem jednak poznałem szczegóły jego śmierci. Okazało się, że w dniu swego zgonu urządził on bal na zamku, podczas którego wypił zbyt dużo wina, także wyszedłszy na balkon stracił równowagę i wyleciał z niego zabijając się na miejscu.
- Wyleciał z balkonu? - spytał Raul podejrzliwym tonem - Nie obraź się, stryjku, ale na twoim miejscu nabrałbym jakiś podejrzeń, gdyż ta cała historia jest bardzo dziwna. Pachnie mi morderstwem na milę.
- A myślisz, że mnie nie pachniało? - zapytał Trechevile - I to jeszcze jak. Pachniało niczym przez miesiąc nie zmieniana onuca. Ale do rzeczy. Jak się domyślacie, lwią część ziemi mego brata odziedziczyła oczywiście jego żona, Paulina. Mieszkała ona w swojej części zamku, a ja i Henrietta nie wchodziliśmy jej w drogę. Zrozumiałem też, że jestem teraz ostatnim męskim potomkiem rodu Trechevile, więc postanowiłem osiedlić się tu na stałe. W tym celu napisałem list do kapitana. On to zrozumiał, zaznaczył jednak, że mogę w każdej chwili wrócić do formacji, być może nawet z patentem oficerskim. Rozstaliśmy się obaj jako przyjaciele.
I tak ja i moja siostra, oraz ta moja „bratowa” (wybaczcie, ale mnie mdli, kiedy wypowiadam to słowo) żyliśmy w zamku w dość ponurej atmosferze. Siostra moja ciągle wracała myślami do klasztoru, jednakże odradzałem jej to. Wiedziałem dobrze, że jeśli ona to zrobi, to wówczas stracę mojego jedynego przyjaciela w tym domu. Służbę bowiem trudno nazwać przyjaciółmi. Poza pewnymi wyjątkami bowiem ich przyjaźń można kupić za marny grosz. Dlatego im nie dowiedziałem i moja siostra była wtedy moim jedynym wsparciem.
Przez całe dwa lata trwała ta okrutna udręka, aż wreszcie stało się coś ciekawego. Otóż służący oznajmił mi, że moja bratowa chce się ze mną widzieć. Byłem wściekły. Myślałem sobie, czego ona jeszcze ode mnie chce? Jeśli pieniędzy, to niech lepiej o nich zapomni. Przyjąłem ją jednak i czekałem na to, co ona powie. Ona do mnie, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mi coś zaproponować. Coś dla mnie niezmiernie ważnego. Wzdragała się przed tym cały czas, aż wreszcie nie wytrzymała i przyszła. Ja jej jednak oświadczyłem, że propozycje od takiej osoby, co to bardzo lekko traktują sobie słowo dane ukochanemu nic mnie nie obchodzą. Ona oczywiście tłumaczy się bezczelnie, iż nie chciała męża, co to ciągle wyjeżdża z domu i nigdy nie wiadomo, kiedy go znowu zobaczy. I właśnie dlatego wyszła za mojego brata, gdyż ten dawał jej poczucie stabilności. Ale teraz, ponieważ jestem dziedzicem posiadłości, proponuje, żebyśmy połączyli razem nasze ziemie poprzez związek małżeński. Zaśmiałem się jej prosto w twarz. Ona śmie mi to proponować? Teraz, po tym wszystkim? Widziałem jej oczy. Nie było w nich wcale miłości, a jedynie zwykła chciwość. Nadzieja na zyski jakie mogła osiągnąć, gdyby została mą żoną. Co za kobieta! Dostała tak dużo, a wciąż jej było mało. Wyjaśniłem jej więc jasno, że może o tym zapomnieć, a ona na w płacz, który szybko przemienił się w wściekłość. Wybiegła z pretensjami, że co ja sobie myślę, żeby tak odrzucać wielkie uczucie, jakie mi ona oferuje? Dodała też, że jestem łotrem bez serca, że kiedyś tego pożałuję i czy po to ona to wszystko robiła, żebym teraz ją odtrącał? Ja na to, co ona takiego zrobiła? A ona, iż zrobiła tak wiele (tu muszę wam powiedzieć, Paulina krzyczała i nie panowała nad sobą), to jest obdarzyła mnie miłością i zaufaniem, oddała swoje serce i tym podobne bzdury. Śmiać mi się chciało, kiedy tego słuchałem. W końcu znudzony tym wszystkim poprosiłem ją, żeby poszła do siebie, a ona nie, dalej w krzyk!. Wreszcie zawołała do mnie: „Nie próbuj mnie odtrącać, bo skończysz jak twój braciszek. A może ty także chcesz być wyrzucony z balkonu?”. Tu zatkała sobie usta przerażona tym, co powiedziała, ale było za późno. Już wszystko wiedziałem i nie tylko ja. Jej krzyki słyszała cała służba i jeszcze moja siostra. W tej samej chwili wszystko stało się już dla mnie jasne. Nie mogłem w to uwierzyć. Więc Paulina zabiła mojego brata? Ona, ta kobieta, którą kochałem? Natychmiast wezwałem służbę i kazałem tą ladacznicę zamknąć w lochu, a rano wezwać sędziego i rozpocząć proces. Co prawda, jako hrabia tych ziem sam mogłem wydać wyrok, ale wolałem, aby zrobiła to osoba postronna. Ja mógłbym ulec jej argumentom i powodowanym dawnym uczuciem do niej ją ułaskawić. Nie chciałem do tego dopuścić.
Rano więc odbył się proces tej występnej ladacznicy. Trwał on około tygodnia. Podczas niego wyszło na jaw, że mój brat nie był jej pierwszą ofiarą. Miała ona wcześniej dwóch narzeczonych (notabene jednocześnie). Nabuntowała jednego na drugiego doprowadziła do tego, że pocięli się śmiertelnie w pojedynku, zapisawszy pierwej na nią całe swoje majątki. Dowody były jednoznaczne, świadkowie zjawili się i opowiedzieli nam to wszystko. Uwierzyliśmy im, bo nie było najmniejszych wątpliwości, że to, co mówią, jest prawdą. Zatem wyrok mógł być tylko jeden - śmierć poprzez ścięcie. Paulina oczywiście broniła się dzielnie, ale nic to jej nie dało. Została ścięta następnego dnia. Byłem tam osobiście. Jeszcze na szafocie błagała mnie o litość, tłumaczyła się bezczelnie, że zrobiła to wszystko dla mnie. Ale ja nic. Byłem bez litości dla tej okrutnej morderczyni. Ścięli ją na moich oczach. Ja zaś wróciłem do zamku i po kilku miesiącach ostatecznie ponownie wstąpiłem do gwardii królewskich muszkieterów, gdzie szybko zdobyłem stopień porucznika, oddając małą przysługę Paryżowi, podczas której zresztą zdobyłem tę bliznę na szyi.
- A cóż to była przysługa? - zapytał Raul.
Trechevile jednak odchrząknął i mówił dalej, ignorując pytanie swego wychowanka:
- Nie musiałem się bać o moją siostrę, gdyż ten wielce mi drogi skarb przeszedł w dobre ręce. Tuż przed moim wyjazdem poślubił ją Anglik, John Pirshley, hrabia Warthumberland. Po ślubie zabrał ją ze sobą do Anglii, zaś ja służyłem swojej ojczyźnie. W tym ciężkim dla mnie okresie pociechą dla mnie stał się twój ojciec, Raulu. Tak, tak, słuch cię nie myli. Twój ojciec, Gaston Charmentall. Zaprzyjaźnił się ze mną, podnosił na duchu i pomagał przezwyciężyć słabość mojej duszy. Bez jego pomocy nie wiem, czy widzielibyście mnie tutaj, gdyż często kusił mnie pistolet i wybawienie od ziemskich problemów, jakie niesie jeden dobry strzał skierowany porządnie w skroń. Gdyby nie twój ojciec, mój młody przyjacielu, skończyłbym jako samobójca bez godności i honoru. Ja, ostatni z rodu Trechevile, hrabiów na... a wszystko jedno na czym. Teraz to już bez znaczenia. Praktycznie całe nasze ziemię zajęli dłużnicy. Zaś to, co mi zostało, to marna resztka w porównaniu z tym, co było. Pensja wojskowa nie jest jeszcze tak wysoka, by móc za nią utrzymać wielkie ziemskie posiadłości. Zresztą nie mam tam już nikogo, kto by mnie mógł przyciągać do siebie. Tak więc teraz żyję i odwdzięczam się memu śp. druhowi dbając o jego jedynego syna.
- Już się odwdzięczyłeś, stryjku - powiedział Raul dotykając po przyjacielsku jego kolana - Wychowałeś mnie, a także dbałeś o mnie od mych najmłodszych lat.
- Muszę przyznać, że twa historia w pełni potwierdza twoją teorię - rzekł po chwili Francois - I zgadzam się z nią całkowicie. Kobiety są po prostu perfidne.
- A ja jednak mam jeszcze pewne wątpliwości, czy aby na pewno teoria ta jest prawdziwa - powiedział Fryderyk sceptycznym tonem.
- Możesz je mieć, nikt ci tego nie broni - odpowiedział mu Trechevile łaskawym tonem - Ale kiedyś jeszcze się przekonasz, że jest prawdziwa. Zobaczysz, jeszcze się przekonasz.
Czterej przyjaciele rozpoczęli rozmowę na temat najnowszych nowinek z Paryża. Charmentall i de Morce zdali dokładny raport ze swojej wizyty u panny Colgen. Obaj zgodnie wychwalali urodę i erudycję Luizy, parę słów padło również na temat hrabiny Pauliny de Willer. Tą osobą szczególnie zainteresował się kapitan Andre Trechevile. Wypytywał on swoich młodych podopiecznych o jej wygląd, charakter itp. Przyjaciele nie potrafili co prawda odpowiedzieć na wszystkie jego pytania, lecz na większą część zdołali znaleźć właściwie i zgodne z prawdą odpowiedzi. Co zaś do Fryderyka, ten z kolei wypytywał się o Luizę. Nigdy jej nie widział, bowiem kiedy miało miejsce przyjęcie urodzinowe panny Colgen, on leżał chory w łóżku. Bardzo więc go owa panna zainteresowała, zwłaszcza, że nie miał jej okazji poznać. Można by nawet chwilami odnieść wrażenie, iż przemawia przez niego zazdrość. Ale było to dość dziwne i niezrozumiałe dla Raula, dlatego porucznik muszkieterów szybko odrzucił taką możliwość.
- Ciekawa jest wasza relacja - rzekł Trechevile - Jednakże proponuję, żebyśmy już zmienili temat rozmowy. Ile można w kółko ciągle tylko trajkotać na temat jakieś panienki, choćby nawet wyjątkowo ładnej?
- Nawet pan nie wie, jak bardzo ładnej - rzekł Francois rozmarzonym tonem.
- Już ci mówiłem, że gdy jesteśmy sami, to mówcie mi na ty - rzekł kapitan ze śmiechem na ustach - A poza tym to nie uroda jest u kobiety najważniejsza ani wcale nie świadczy o jej charakterze. Znałem już kilka ładnych kobiet, które były zwykłymi nędznicami.
- Luiza na pewno nie jest taka - zapeszył się Francois.
- Nie wiem, nie znam jej tak dobrze, jak ty. Ale znam inne i uwierz mi, przyjacielu, po ich głębszym poznaniu, mam serdecznie dość kobiet. Bez wyjątków. One wszystkie są przewrotne i nędzne.
- Przecież są wyjątki - wystąpił w obronie uczuć swojego przyjaciela Raul.
- Może i tak, ale czy nie wiesz, że wyjątek tylko potwierdza regułę?
- A jak brzmi ta reguła? - spytał zaciekawiony Fryderyk.
- „Wszystkie kobiety są niegodne naszego zaufania, ponieważ to istoty podstępne i okrutne. A co najważniejsze, mściwe”.
- Mężczyźni też są mściwi - wtrącił Fryderyk.
- Ale nie tak bardzo, jak kobiety - odpowiedział mu kapitan.
- A wiecie, w tym stwierdzeniu jest jakieś ziarno prawdy - powiedział Francois nalewając sobie wina do kieliszka.
- No, nareszcie ktoś racjonalnie myślący - ucieszył się Trechevile podsuwając swój kieliszek, żeby sierżant i jemu nalał.
- Ale dlatego potwierdzasz teorię naszego drogiego kapitana? - zapytał Charmentall.
- No właśnie - dodał równie zaciekawiony Fryderyk - Dlaczego?
- Ponieważ potwierdza ją historia mojego ojca.
Francois nalał kapitanowi wina, po czym postawił butelkę na stole, rozsiadł się wygodniej w fotelu i powoli zaczął sączyć czerwony płyn.
- Opowiedz, chętnie posłuchamy - rzekł Trechevile uśmiechając się do niego.
- Z wielką przyjemnością - dodał bardzo zaciekawiony Raul.
Fryderyk nie powiedział nic, jedynie lekko pokiwał głową na znak, że podziela zdanie towarzyszy.
- Liczyłem na to, że mnie o to poprosicie - zaśmiał się Francois - Od czego by tu zacząć?
- Najlepiej od początku - stwierdził wesoło kapitan, nalewając sobie kolejną szklankę wina.
- Racja, masz rację. A więc tak... Mój ojciec, jak wiecie, jest bardzo szanowanym szlachcicem, co może potwierdzić obecny tu pan kapitan.
- To prawda - Trechevile kiwnął głową.
- Otóż, jak to często bywa z młodymi ludźmi, miał on raczej burzliwą przeszłość. Wiecie, co mam na myśli. Alkohol, kobiety et cetera.
- Któż z nas tego nie miał? - zapytał Trechevile pobłażliwym tonem.
- Ja - mruknął Fryderyk.
Jego trzej przyjaciele zaśmiali się tylko ironicznie na znak, że niezbyt uwierzyli w jego słowa.
- Cóż... Być może jeszcze i nie miałeś, ale kiedyś może to nastąpić - powiedział Raul – Wszystko przed tobą.
- Mnie tam do kobiet nie ciągnie.
- A co? Może ciągnie cię do mężczyzn ? - zakpił sobie kapitan.
Jednak zanim zarumieniony na całej twarzy Fryderyk zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kapitan śmiejąc się poprosił Francois, aby ten kontynuował swoją opowieść, co sierżant z przyjemnością uczynił.
- Więc, jak już mówiłem, mój ojciec podczas tych podbojów zaliczył kilka romansów, czemu zresztą trudno się dziwić. Przystojny mężczyzna był z niego. Panny przyciągał do siebie niesamowicie. I wcale im się nie dziwię. Swego czasu był z niego mężczyzna na schwał, postawny i silny. Szatyn, oczy zielone, mina tęga, szarmancki charakter... Kobietom się podobał, bo wyczuwały…
- Pieniądze - zachichotał Trechevile.
Francois zaśmiał się delikatnie, gdy to usłyszał.
- To też. Ale przede wszystkim czuły, że jest to mężczyzna, któremu można się w pełni poświęcić. Jednak te romanse mijały jeden za drugim. Pewnie powodem było to, iż mój kochany ojczulek nie umiał się zakochać. Aż w końcu przyszła kryska na Matyska i ojciec zakochał się do szaleństwa w pięknej dziewczynie z ubogiej, szlacheckiej rodziny. A żeby było jeszcze lepiej, ona również go pokochała. Spotykali się potajemnie, ponieważ ani jego rodzina, ani jej, raczej nie patrzyły na taki związek zbyt przychylnie. Najpierw były to spotkania od czasu do czasu, rzadkie. Potem następowały one coraz częściej. Zakochani wyznawali sobie miłość. Ojciec oczu nie mógł od niej oderwać. Kapitanie... to znaczy... Andre, ty na pewno wiesz, jak to jest w tym wieku. Ta albo inna. Ślub z nią albo wieczna samotność. Innej drogi wtedy przed człekiem nie ma.
- Tak, znam to uczucie - powiedział kapitan zamyślonym tonem.
To mówiąc smutny odłożył kieliszek na stolik.
- No właśnie. Więc ojciec, pomimo poważnych wątpliwości, powziął w końcu decyzję. „Niech się dzieje co chce, zabiorę ją i pokaże rodzinie”, powiedział. I tak też zrobił. Jak się możecie domyślać, rodzina była oburzona. Wszystkie ciotki i babcie starowinki mdlały już na samą myśl, że taka oto „chłopka”, jak pogardliwie ją nazywali, ma wejść do ich sfery, a do tego ma nosić ich jakże szlachetne nazwisko. To było nie do pomyślenia. Naciskali mojego ojca, żeby natychmiast ją porzucił i wybrał sobie na żonę kogoś bardziej odpowiedniego. Najbardziej naciskała moja świętej pamięci babunia. Była ona matką mojego ojca oraz głową rodziny. To ona w niej rządziła. Jako babcia była raczej nie do wytrzymania. Okropna i okrutna. Prawdziwa dewotka, a do tego jeszcze wyjątkowo podła i bezwzględna. Już na sam widok swej przyszłej synowej dostawała spazmów. Jedynym sojusznikiem mego ojca był jego ojciec, a mój dziadek. On również został swego czasu zmuszony do rozstania z ukochaną, wiedział więc doskonale, co czuje jego syn. Poza tym był od dawna w konflikcie z szanowną familią swej żonki. I już samo to było dla niego pretekstem, żeby utrzeć nosa tym nietolerancyjnym, uperfumowanym lalusiom. Dzielnie więc stał po stronie mego ojca. Mając więc jego błogosławieństwo mój ojciec wreszcie poślubił swoją ukochaną. Rodzina była oburzona, ale musiała uznać ten związek. Musiała, bowiem zapanowała wyższa konieczność.
- To znaczy? Co rozumiesz przez określenie „wyższa konieczność”? - zapytał Raul wpatrując się uważnie w przyjaciela.
Francois uśmiechnął się, przepłukał sobie gardło kolejnym łykiem wina, po czym kontynuował swoją opowieść.
- Otóż ukochana mego ojca była już przy nadziei. Z początku nie było tego widać, co zresztą jest chyba normalne. Ale wreszcie wszystko się wydało. Więc chcąc nie chcąc moja szanowna familia wyraziła swoją zgodę. Oczywiście, na znak oburzenia większość z nich nie przyjechała na wesele, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował. Zresztą ojciec zrekompensował to sobie zapraszając na tę uroczystość wszystkich swoich przyjaciół z gwardii muszkieterów.
- O tym szczególe to ja akurat wiem, bo sam tam byłem, miód i wino piłem - wtrącił Trechevile – Ale nadal nie dostrzegam tu potwierdzenia mojej teorii.
- Już do tego zmierzam - rzekł Francois i kontynuował swą opowieść - Tuż po ślubie matka mego ojca oświadczyła, że z chłopką nie będzie mieszkać pod jednym dachem i wyprowadziła się z naszego zamku tak ceremonialnie, iż nawet najbardziej zawzięci przeciwnicy lubej mego ojca byli tym oburzeni. Oczywiście dziadek nie przejął się tym. I tak nigdy jej nie kochał. Ale ojciec był zmartwiony. Kochał matkę i chciał się z nią pogodzić. Jeździł od czasu do czasu do jej rodowej posiadłości ponawiając prośbę, aby wróciła. Ale zawsze dostawał to samo ultimatum, którego nie mógł przyjąć: „Wyrzuć tę wieśniaczkę z domu, wtedy wrócę. Albo ona, albo ja”. Perswazje i błagania nic nie pomogły. Nawet rodzina, dotąd zawzięta, teraz stała po jego stronie starając się ją przekonać do zmiany zdania. Ale wola mojej drogie, kochanej babki, pochodzącej z książąt de Horen, było nieugięta. Ojciec w końcu zrezygnował z kolejnych, bezowocnych prób pogodzenia się z matką.
Tymczasem luba mojego ojca urodziła mu synka. Był on zdrowy i śliczny, a do tego niezwykle podobny do swego rodzica, że nawet gdyby chciał (a mogę was zapewnić, że nie chciał) nie wyparł by się go. Rodzina została udobruchana, babka zaś opuściła nasze ziemię i nigdy nie wróciła. Myślałby kto, że teraz wszystko dobrze się ułoży. Było to jednak błędne twierdzenie.
- A cóż się stało? - zapytał Fryderyk, którego opowieść zdążyła już bardzo wciągnąć.
- Żona mojego ojca zaczęła dostawać anonimowe listy z pogróżkami. Ich autor, czy też autorka pisał, bądź też pisała, że ta szlachetna dama jest wieśniaczką i ladacznicą, że zapłaci za to, iż wdarła się do naszej rodziny. Żona mego ojca z początku niszczyła te listy, gdy jednak przychodziły następne, wreszcie pokazała je swemu mężowi. Ten, z pomocą swego ojca, a mojego dziadka, rozpoczął śledztwo. Domyślano się, że to ktoś z rodziny. Ale kto? Nie sposób odgadnąć. Anonimy stawały się coraz groźniejsze. Pisano, że porwą ojcu jego „bękarta”, by dziecko z nieprawego łoża nie dziedziczyło ziem tego jakże szlachetnego rodu. Zaczęto więc pilnować chłopca jak oka w głowie. Dziecko miało wówczas trzy latka. Pewnego dnia mój ojciec wyjechał z przyjaciółmi na polowanie. Kiedy wrócił zastał matkę pogrążoną w rozpaczy. Okazało się, że w czasie jego nieobecności do ogrodu wdarli się zbójcy i porwali jego syna. Natychmiast wszczęto pościg. Szybko znaleziono bandytów. Otoczono ich, schwytano oraz uwięziono. Niestety dziecka nie było z nimi, a ci łotrzykowie nie chcieli zdradzić miejsca ukrycia ani zleceniodawcy porwania, nawet wtedy, gdy ich wzięto na tortury. Nawet łamani kołem nie pisnęli ani słówka. Ojciec popadł w rozpacz, a jego żona posiwiała, pogrążała się w smutku, aż wreszcie umarła ze zgryzoty.
Jak się możecie domyślać, mój ojciec po jej śmierci popadł w jeszcze większą rozpacz. Żebyście wtedy widzieli moją babunię, która natychmiast wróciła pocieszyć swego syna. Czuła, troskliwa, żałująca swej mściwości, jednocześnie również bezczelnie pchająca mego ojca w ramiona pięknej szlachcianki, córki swojej najlepszej przyjaciółki. Tak go popychała, aż w końcu poślubił ową panienkę. Żyje zresztą ona do dzisiaj, a owocem owego związku jestem ja.
Pewnego dnia moja babka zachorowała. Jej zdrowie pogarszało się z każdym dniem, aż w końcu została na stałe przykuta do łóżka. Przed śmiercią wezwała ona mojego ojca i kazała mu sprowadzić spowiednika. Ojciec wezwał go, mnich pojawił się u jej łoża, a ona zaczęła spowiedź. I co się okazało? Że to właśnie ona pisała te anonimy i to ona porwała mego przyrodniego brata. Tłumaczyła się tym, iż musiała to zrobić, aby jej syn nie nosił na swoim czole piętna hańby. A poza tym, dała słowo matce mojej matki, że jej syn poślubi jej córkę, a słowo księżnej Horen zawsze było święte. Skazując się więc na wieczne potępienie wynajęła zbójów, żeby porwali dziecko. Plan wykonano. Mieli oni potem zabić dziecko, ale coś poszło nie tak i jeden ze zbójów nie wiadomo dlaczego (być może liczył on na większy zysk), ukradł dziecko kompanom, pozostawiając ich na pastwę żandarmów, a sam zniknął w górach. Mój brat przepadł na zawsze.
Babka skończyła swoją opowieść i poprosiła mnicha o rozgrzeszenie. Wówczas jej spowiednik zsunął z głowy kaptur. Okazało się wówczas, że tym spowiednikiem był mój ojciec, który bardzo chciał poznać tajemnicę, jaką skrywała przed nim jego matka. Gdy ją poznał ujawnił się i powiedział, co myśli o swojej rodzicielce. A nie było to miłe, zapewniam was. Babka przerażona tym wszystkim dostała apopleksji i umarła. Nikt jednak się tym specjalnie nie przejął, bowiem ojciec mój wszystko, co usłyszał, ujawnił całej rodzinie. Każdy teraz się dowiedział, do czego była zdolna matka mojego ojca. Także pogrzeb tej okrutnej i pozbawionej wyższych uczuć kobiety był bardzo skromny, niewielu ludzi na nim się zjawiło, jeśli w ogóle ktokolwiek się pojawił. Jedno jest pewne, ja na nim nie byłem. Mój ojciec także nie.
Tak oto wygląda, panowie, historia mojego ojca. Potwierdza ona całkowicie mściwość kobiet. Wyjaśnia również sposób, w jaki to straciłem swojego starszego brata. Nigdy go nie poznałem i pewnie nie poznam. Musi mieć już pewnie trzydzieści lat, o ile wciąż żyje. Nie wiem, jakie były jego dalsze losy. Może tam gdzie żyje jeszcze na tym ponurym świecie? Może ten bandyta-porywacz wychował go i razem z nim bezpiecznie przebywa on gdzieś w jakiś odległym miejscu? Może nawet nieświadomie moją krew kiedyś wytoczy – zakończył smutno swą historię Francois.
A zakończywszy ją wypił jednym duszkiem pełną szklankę wina.
Opowieść ta zainteresowała wszystkich zebranych. Nie trzeba chyba również dodawać, że również wzruszyła. Szczególnie Fryderyka, który po cichu otarł z oka łzę.
- Smutna to historia - rzekł Trechevile smutnym tonem - Ale masz rację, potwierdza ona moją teorię. Pozwolicie zatem, że opowiem wam inną, która jeszcze bardziej ją potwierdzi?
- Prosimy bardzo - rzekli chórem jego przyjaciele.
- A więc moi drodzy - zaczął kapitan - Otóż, zapewne sądzicie, że ja, hrabia Andre Trechevile, nigdy w życiu się nie zakochałem. Otóż muszę wam powiedzieć, iż jesteście w błędzie. Pokochałem i ta miłość silniejsza była ode mnie.
- Jak się nazywała ta wybranka, bo zakładam, że to była kobieta? - zapytał Raul, nalewając wszystkim wino.
- Bardzo śmieszne - mruknął Trechevile, którego żart ten wcale nie ubawił, po czym ciągnął dalej: - Jej nazwiska wam nie zdradzę. Nie mogę. Zresztą nie potrafię je wymówić. Przez gardło mi ono przejść nie może i dlatego wolę zachować je dla siebie. Powiem wam tylko, iż miała na imię Paulina i była zniewalająco piękna. Poznałem ją, kiedy wstępowałem do muszkieterów. Jako jedyny z mojego rodzeństwa obrałem ten zawód. Najstarszy brat mój, Rene, romansował z kobietami, zwłaszcza z mężatkami i cudzymi narzeczonymi. W końcu jednak spotkało go to, co już dawno mu wszyscy przepowiadaliśmy i zginął on w pojedynku. Zabił go jeden z tych mężczyzn, którym rogi przyprawił. Średni brat, Henryk, został dziedzicem większości ziemi, których jednak wiele nie było z powodu długów, jakich narobił mój ojciec i do których dołożył się swoim hulaszczym trybem życia mój kochany braciszek. Jednak część majątku ocalała. Było tego na całe szczęście wystarczająco, aby móc dostatnio żyć. Mieliśmy jeszcze siostrę, najmłodszą z całej naszej czwórki. Roztaczaliśmy nad nią z Henrykiem opiekę do ukończenia przez nią pełnoletniości. Planowała po jej osiągnięciu wstąpić do klasztoru. Potem jednak zmieniła plany, ale o tym później. Ja więc wstąpiłem do muszkieterów. Wyjechałem do Paryża wywożąc ze sobą porady brata i całusy siostry. Dotarłem do stolicy i zapoznałem się z kapitanem królewskich muszkieterów. Nie chciał mnie on jednak przyjąć do gwardii, gdyż nie walczyłem na wojnie ani też nie dokonałem żadnego bohaterskiego czynu. Poradzili mi, abym wstąpił do gwardii królewskiej i odsłużył dwa lata, to wtedy mnie przyjmą. Tak też postanowiłem zrobić. Zostałem gwardzistą. Codziennie biegałem przed bramą pałacu z wiernym muszkietem w ręku mierząc z niego do każdego, co zbliżał się do bramy, a nie miał rozsądnego uzasadnienia, czemu to robi. Wolne chwile spędzałem w Paryżu, korzystając (i chyba słusznie) z całych jego uroków. Kiedyś jeden z moich znajomych wprowadził mnie na salony pewnej damy. Poznałem tam moją ukochaną. Nosiła ona imię Paulina. Była daleką krewną nasze gospodyni, a do tego była piękna, a mówiąc słowo „piękna“ mam na myśli, iż była oszałamiająca pod każdym względem. Nie zdziwicie się więc chyba, jeśli powiem, że pokochałem ją bardzo.
- I zakładam stryjku, że i ona pokochała ciebie - powiedział Raul.
- Ano tak - odpowiedział Trechevile kiwając głową - Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Rozumiecie więc chyba, iż nie mogłem długo wytrzymać bez widoku jej słodkiej buzi. Zachodziłem do niej częściej, dowiedziałem się bowiem, gdzie mieszka. Rozmawialiśmy, piliśmy wino, spacerowaliśmy długo ulicami miasta, aż wreszcie, miesiąc po naszym poznaniu, wyznałem jej moje uczucie. Ona jednak oznajmiła mi, że wyjdzie jedynie za muszkietera. Spytałem więc, czy zaczeka jeszcze dwa lata, aż nim zostanę. Odpowiedziała…
- Że tak? - spytał Francois.
- Jeśli chcesz poznać dalszy ciąg, to mi nie przerywaj. Oczywiście, że tak. Więc zabrałem się gorliwie do służby. Oddawałem swoje usługi Jego Królewskiej Mości i wszystkie me obowiązki wykonywałem skrupulatnie. I nie skłamię, jeśli powiem, że nie było jeszcze nikogo tak pilnego w dążeniu do celu, jak ja.
Kilka miesięcy po moich oświadczynach moja ukochana wyjechała na wieś, która znajdowała się w sąsiedztwie naszego hrabstwa. Powiedziała mi, że będzie tam na mnie czekać. Więc ja, jak kto głupi, pożegnałem ją z radością. Służyłem dalej w gwardii, wykonywałem polecenia i rozkazy bez szemrania.
Aż wreszcie przyszła ta upragniona i długo oczekiwana przeze mnie chwila, że zostałem przyjęty w poczet muszkieterów. Nie było końca mojej radości. Chciałem się teraz szybko ożenić. Poprosiłem więc o przepustkę i wyjechałem do domu. Najpierw pobiegłem do mojego zamku i wpadłem w objęcia mojej młodszej siostry. Następnie biegnę do brata, aby prosić go o błogosławieństwo. No bo w końcu był on teraz najstarszym z rodziny i to od jego woli zależało, czy się ożenię czy nie. I zgadnijcie, kogo zastaję w jego pokoju?
- Pewnie jego żonę? - zapytał Fryderyk.
- A żonę. Żebyś wiedział, że żonę. A tą żoną była… wiecie jaka dama? Moja Paulina. Tak, moi drodzy, ta sama dama, dla której ja straciłem głowę. Oszukała mnie. Od roku była już moją bratową. Byłem wściekły.
- To zrozumiałe - rzekł Francois głosem pełnym zrozumienia.
- Korzystając z urlopu spędziłem tydzień w naszym zamku, szukając pociechy w rozmowach z siostrą. Moja droga, mała Henrietta. Była wtedy prawdziwym balsamem na moje rany. Gdyby nie była moją siostrą, ją bym poślubił. Ale niestety. Jak to jest, że najlepsze kobiety, jakie znamy, są albo zajęte, albo są z nami blisko spokrewnione i w żadnym razie nie może z nimi się związać? Los niekiedy naprawdę bywa bardzo podły wobec ludzi. Ale nic to.
Wracając do mojej historii, to muszę wam wyznać, że wyjechałem z zamku zły jak diabli, co nie powinno was zresztą dziwić. Wściekły rzuciłem się w wir służby wojskowej. Nie myślałem wcale o kobietach, no może z wyjątkiem Henrietty. Jednak ta podła istota, Paulina... Ona nadal bezczelnie wchodziła mi do umysłu i nie miała najmniejszego zamiaru go opuścić. Doprowadzało mnie to do szału. Zacząłem więc pić, jednak z umiarem, pamiętając, aby nie przedobrzyć. Mogłem bowiem w każdej chwili wypić o wiele więcej niż powinienem, a wówczas zrobiłbym coś głupiego i pożegnał się z karierą wojskową. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Teraz tylko ona mi została. Dlatego piłem i piłem i piłem. Nawiązałem również kontakty z tzw. półświatkiem. Ale mniejsza o to. Popełniłem wtedy wiele grzechów mniejszych lub większych, o których jednak nie warto się rozpowiadać.
Rok po tym wydarzeniu przybywa do mnie służący mego brata i czego się od niego dowiaduję? Otóż mój kochany braciszek zmarł przed dwoma dniami. Chociaż nadal byłem wściekły na niego i na nią, to jednak wróciłem do naszej rodowej posiadłości. Oczywiście musiałem przedtem wziąć kolejną przepustkę od kapitana, który jednak nie miał nic przeciwko temu, gdyż ostatecznie nie brałem przepustek zbyt często, co go nawet dziwiło. Nie miałem jednak ku temu powodów. Nie miałem do kogo jechać ani kogo odwiedzać w wolnych dniach. Nigdy też nie uchybiałem się od pełnienia obowiązków. Tym chętniej więc przystano na moją prośbę. Wybaczcie, rozgaduję się. Summa summarum, w końcu przybyłem na miejsce i wziąłem udział w pogrzebie mego brata. Przedtem jednak poznałem szczegóły jego śmierci. Okazało się, że w dniu swego zgonu urządził on bal na zamku, podczas którego wypił zbyt dużo wina, także wyszedłszy na balkon stracił równowagę i wyleciał z niego zabijając się na miejscu.
- Wyleciał z balkonu? - spytał Raul podejrzliwym tonem - Nie obraź się, stryjku, ale na twoim miejscu nabrałbym jakiś podejrzeń, gdyż ta cała historia jest bardzo dziwna. Pachnie mi morderstwem na milę.
- A myślisz, że mnie nie pachniało? - zapytał Trechevile - I to jeszcze jak. Pachniało niczym przez miesiąc nie zmieniana onuca. Ale do rzeczy. Jak się domyślacie, lwią część ziemi mego brata odziedziczyła oczywiście jego żona, Paulina. Mieszkała ona w swojej części zamku, a ja i Henrietta nie wchodziliśmy jej w drogę. Zrozumiałem też, że jestem teraz ostatnim męskim potomkiem rodu Trechevile, więc postanowiłem osiedlić się tu na stałe. W tym celu napisałem list do kapitana. On to zrozumiał, zaznaczył jednak, że mogę w każdej chwili wrócić do formacji, być może nawet z patentem oficerskim. Rozstaliśmy się obaj jako przyjaciele.
I tak ja i moja siostra, oraz ta moja „bratowa” (wybaczcie, ale mnie mdli, kiedy wypowiadam to słowo) żyliśmy w zamku w dość ponurej atmosferze. Siostra moja ciągle wracała myślami do klasztoru, jednakże odradzałem jej to. Wiedziałem dobrze, że jeśli ona to zrobi, to wówczas stracę mojego jedynego przyjaciela w tym domu. Służbę bowiem trudno nazwać przyjaciółmi. Poza pewnymi wyjątkami bowiem ich przyjaźń można kupić za marny grosz. Dlatego im nie dowiedziałem i moja siostra była wtedy moim jedynym wsparciem.
Przez całe dwa lata trwała ta okrutna udręka, aż wreszcie stało się coś ciekawego. Otóż służący oznajmił mi, że moja bratowa chce się ze mną widzieć. Byłem wściekły. Myślałem sobie, czego ona jeszcze ode mnie chce? Jeśli pieniędzy, to niech lepiej o nich zapomni. Przyjąłem ją jednak i czekałem na to, co ona powie. Ona do mnie, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mi coś zaproponować. Coś dla mnie niezmiernie ważnego. Wzdragała się przed tym cały czas, aż wreszcie nie wytrzymała i przyszła. Ja jej jednak oświadczyłem, że propozycje od takiej osoby, co to bardzo lekko traktują sobie słowo dane ukochanemu nic mnie nie obchodzą. Ona oczywiście tłumaczy się bezczelnie, iż nie chciała męża, co to ciągle wyjeżdża z domu i nigdy nie wiadomo, kiedy go znowu zobaczy. I właśnie dlatego wyszła za mojego brata, gdyż ten dawał jej poczucie stabilności. Ale teraz, ponieważ jestem dziedzicem posiadłości, proponuje, żebyśmy połączyli razem nasze ziemie poprzez związek małżeński. Zaśmiałem się jej prosto w twarz. Ona śmie mi to proponować? Teraz, po tym wszystkim? Widziałem jej oczy. Nie było w nich wcale miłości, a jedynie zwykła chciwość. Nadzieja na zyski jakie mogła osiągnąć, gdyby została mą żoną. Co za kobieta! Dostała tak dużo, a wciąż jej było mało. Wyjaśniłem jej więc jasno, że może o tym zapomnieć, a ona na w płacz, który szybko przemienił się w wściekłość. Wybiegła z pretensjami, że co ja sobie myślę, żeby tak odrzucać wielkie uczucie, jakie mi ona oferuje? Dodała też, że jestem łotrem bez serca, że kiedyś tego pożałuję i czy po to ona to wszystko robiła, żebym teraz ją odtrącał? Ja na to, co ona takiego zrobiła? A ona, iż zrobiła tak wiele (tu muszę wam powiedzieć, Paulina krzyczała i nie panowała nad sobą), to jest obdarzyła mnie miłością i zaufaniem, oddała swoje serce i tym podobne bzdury. Śmiać mi się chciało, kiedy tego słuchałem. W końcu znudzony tym wszystkim poprosiłem ją, żeby poszła do siebie, a ona nie, dalej w krzyk!. Wreszcie zawołała do mnie: „Nie próbuj mnie odtrącać, bo skończysz jak twój braciszek. A może ty także chcesz być wyrzucony z balkonu?”. Tu zatkała sobie usta przerażona tym, co powiedziała, ale było za późno. Już wszystko wiedziałem i nie tylko ja. Jej krzyki słyszała cała służba i jeszcze moja siostra. W tej samej chwili wszystko stało się już dla mnie jasne. Nie mogłem w to uwierzyć. Więc Paulina zabiła mojego brata? Ona, ta kobieta, którą kochałem? Natychmiast wezwałem służbę i kazałem tą ladacznicę zamknąć w lochu, a rano wezwać sędziego i rozpocząć proces. Co prawda, jako hrabia tych ziem sam mogłem wydać wyrok, ale wolałem, aby zrobiła to osoba postronna. Ja mógłbym ulec jej argumentom i powodowanym dawnym uczuciem do niej ją ułaskawić. Nie chciałem do tego dopuścić.
Rano więc odbył się proces tej występnej ladacznicy. Trwał on około tygodnia. Podczas niego wyszło na jaw, że mój brat nie był jej pierwszą ofiarą. Miała ona wcześniej dwóch narzeczonych (notabene jednocześnie). Nabuntowała jednego na drugiego doprowadziła do tego, że pocięli się śmiertelnie w pojedynku, zapisawszy pierwej na nią całe swoje majątki. Dowody były jednoznaczne, świadkowie zjawili się i opowiedzieli nam to wszystko. Uwierzyliśmy im, bo nie było najmniejszych wątpliwości, że to, co mówią, jest prawdą. Zatem wyrok mógł być tylko jeden - śmierć poprzez ścięcie. Paulina oczywiście broniła się dzielnie, ale nic to jej nie dało. Została ścięta następnego dnia. Byłem tam osobiście. Jeszcze na szafocie błagała mnie o litość, tłumaczyła się bezczelnie, że zrobiła to wszystko dla mnie. Ale ja nic. Byłem bez litości dla tej okrutnej morderczyni. Ścięli ją na moich oczach. Ja zaś wróciłem do zamku i po kilku miesiącach ostatecznie ponownie wstąpiłem do gwardii królewskich muszkieterów, gdzie szybko zdobyłem stopień porucznika, oddając małą przysługę Paryżowi, podczas której zresztą zdobyłem tę bliznę na szyi.
- A cóż to była przysługa? - zapytał Raul.
Trechevile jednak odchrząknął i mówił dalej, ignorując pytanie swego wychowanka:
- Nie musiałem się bać o moją siostrę, gdyż ten wielce mi drogi skarb przeszedł w dobre ręce. Tuż przed moim wyjazdem poślubił ją Anglik, John Pirshley, hrabia Warthumberland. Po ślubie zabrał ją ze sobą do Anglii, zaś ja służyłem swojej ojczyźnie. W tym ciężkim dla mnie okresie pociechą dla mnie stał się twój ojciec, Raulu. Tak, tak, słuch cię nie myli. Twój ojciec, Gaston Charmentall. Zaprzyjaźnił się ze mną, podnosił na duchu i pomagał przezwyciężyć słabość mojej duszy. Bez jego pomocy nie wiem, czy widzielibyście mnie tutaj, gdyż często kusił mnie pistolet i wybawienie od ziemskich problemów, jakie niesie jeden dobry strzał skierowany porządnie w skroń. Gdyby nie twój ojciec, mój młody przyjacielu, skończyłbym jako samobójca bez godności i honoru. Ja, ostatni z rodu Trechevile, hrabiów na... a wszystko jedno na czym. Teraz to już bez znaczenia. Praktycznie całe nasze ziemię zajęli dłużnicy. Zaś to, co mi zostało, to marna resztka w porównaniu z tym, co było. Pensja wojskowa nie jest jeszcze tak wysoka, by móc za nią utrzymać wielkie ziemskie posiadłości. Zresztą nie mam tam już nikogo, kto by mnie mógł przyciągać do siebie. Tak więc teraz żyję i odwdzięczam się memu śp. druhowi dbając o jego jedynego syna.
- Już się odwdzięczyłeś, stryjku - powiedział Raul dotykając po przyjacielsku jego kolana - Wychowałeś mnie, a także dbałeś o mnie od mych najmłodszych lat.
- Muszę przyznać, że twa historia w pełni potwierdza twoją teorię - rzekł po chwili Francois - I zgadzam się z nią całkowicie. Kobiety są po prostu perfidne.
- A ja jednak mam jeszcze pewne wątpliwości, czy aby na pewno teoria ta jest prawdziwa - powiedział Fryderyk sceptycznym tonem.
- Możesz je mieć, nikt ci tego nie broni - odpowiedział mu Trechevile łaskawym tonem - Ale kiedyś jeszcze się przekonasz, że jest prawdziwa. Zobaczysz, jeszcze się przekonasz.
1 komentarz:
Trechevile niesprawiedliwe ocenia kobiety, skoro wszystkie postrzega przez pryzmat tej podłej i niegodziwej morderczyni, w której się zakochał, bo ona to rzeczywiście była pozbawiona wszelkich wyższych uczuć, więc ją ma pełne prawo porównywać do zwierzęcia, bo podobnie jak zwierzę myśli tylko o zaspokajaniu prymitywnych potrzeb, tak ona myślała tylko o bogaceniu się kosztem życia tych, którym udało jej się zawrócić w głowie. Babka Francoisa była równie bezwzględna, skoro w tak perfidny sposób pozbyła się niechcianego wnuka, tak że Francois może snuć jedynie domysły na jego temat, skoro nikt nie wie, co się z nim właściwie stało po tym porwaniu, choć trzeba przyznać, że ta podła babka zdobyła naprawdę godnych zaufania ludzi, skoro nawet na torturach nie puścili pary z ust.
Prześlij komentarz