Rozdział VIII
Pan i jego demon
Pan i jego demon
Po pożegnaniu ostatnich gości i odejściu Luizy do jej sypialni, Colgen udał się do swojego gabinetu, usiadł na fotelu przed kominkiem, masując sobie głowę. Dzisiaj mocno go bolała. Postanowił chwilę posiedzieć i odpocząć przed snem. Nagle regał z książkami przesunął się i do pokoju wszedł tajemniczy mężczyzna ubrany na czarno. Miał on ok. czterdziestu pięciu lat, czarne włosy, zmarszczki na twarzy. Fizjonomię miał złowrogą niczym u diabła i przeraziłby nią nawet najbardziej odważnego człowieka.
Colgen nie wydawał się jednak być tym widokiem zaskoczony. Nie oznaczało to bynajmniej, żeby rozchmurzył się na jego widok. Jednakże patrząc na twarz owego jegomościa raczej nie będziemy mu się dziwić. Była to wyraźnie strasznie zakazana fizis, po której mogły się śnić jedynie same koszmary.
- No i jak tam przyjęcie urodzinowe szanownej córeczki? - zapytał przybysz ironicznym tonem.
- Całkiem, całkiem - odpowiedział Colgen obojętnym tonem - A czemu pytasz?
- Ponieważ nie mogłem się na nim zjawić.
- Nie mów mi, że tego żałujesz - mruknął zmęczonym tonem Colgen.
- Owszem, żałuję. Dawno nie miałem jakieś burdy, dawno nikogo nie zabiłem. A wie pan, panie ministrze, że ja, jak nie zabiję co najmniej jednego człowieka na miesiąc, zaczynam tracić zmysły.
- Czyś ty oszalał?! - zawołał wściekły Colgen, ale szybko ściszył głos, nie chcąc, żeby ktoś ze służby go usłyszał - Chcesz robić burdy w moim domu i atakować moich gości?!
- Przecież nie zaatakowałbym ich wszystkich, proszę pana. Wybrałbym sobie tylko jednego delikwenta na chybił trafił i pokłóciłbym się z nim. Oczywiście w mój specjalny sposób. Mianowicie tak, żeby wyglądało na to, że to on mnie wyzwał, a nie ja jego. Potem poszlibyśmy w ustronne miejsce i zabiłbym go w walce.
- I właśnie dlatego nie dostałeś zaproszenia na ten bal. A zresztą, mieszkańcy Francji nie darzą cię wielką sympatią.
- Trudno im się dziwić, bo w końcu niejednemu z nich odebrałem krewnego. I to nie tylko mężczyzn, ale również kobiety. To ostatnie jednak rzadziej. Zabijanie kobiet nie należy do tych przyjemnych rzeczy, które chętnie wykonuję. Zazwyczaj drą się jak opętane, trzeba je kneblować i wiązać, a ja tego nie lubię. Lepiej jest mi zabijać mężczyzn. To jest bardziej pasjonujące.
Colgen spojrzał uważnie w twarz swego pomagiera.
- Wiesz co? Brzydzę się tobą.
- Jeśli wydaję się panu ministrowi tak obrzydliwy, dlaczego więc szanowny pan minister trzyma mnie na swojej służbie?
- Bo jesteś mi potrzebny. Wiesz przecież, jaki mam plan. Polega on na całkowitym zmianie niektórych osób u władzy. Jeśli się to uda, wówczas los rodu Colgenów, wywodzący się od orleańskiej linii Burbonów, dostanie to, na co zasłużył. Coś, co mu się należy od dawna.
- Szafot?
- Nie strój sobie żartów. Wiesz o czym mówię.
- Owszem, wiem.
Colgen nagle wstał z fotela i zaczął przechadzać się po pokoju, jednocześnie tłumacząc swemu obrzydliwemu rozmówcy przyczyny tego planu. Tłumaczył, że jego ród zasłużył na coś o wiele więcej niż tylko teki ministrów. Jako krewni królewscy powinni wpływać poważnie na politykę, być osobistymi doradcami króla. Ale nie, nie umieli ich docenić. Dynastia Burbonów nie nadała im zaszczytów i honorów, ani tytułu książęcego, które choćby za pochodzenie od Filipa Orleańskiego Starszego im się należą. Lecz Burbonowie jeszcze za to zapłacą. A on będzie się śmiał ostatni. Będą prosić go o ratunek a on nie spełni tej prośby, spokojnie patrząc w oczy skamlących królewskich krewnych. Nie będzie miał dla nich litości.
W końcu zmęczył się tym i usiadł z powrotem na fotelu. Jego rozmówca chciał zrobić to samo, siadając naprzeciw niego, lecz on zawołał groźnym tonem:
- Pozwoliłem ci siadać?! Nie?! To precz z tego fotela!
Przybysz zmarszczył czoło. Nikomu innemu na to nie pozwoliłby. Ale Colgen miał w sobie to coś, co sprawiało, że mężczyzna w czerni nie umiał się mu przeciwstawić. Wykonał polecenie.
- Po coś przyszedł? - zapytał minister już spokojniejszym tonem.
- Złożyć meldunek.
- No i nareszcie coś sensownego słyszę z twoich ust - mruknął uradowany Colgen - Mów więc. Jakże posuwa się nasza sprawa?
- Bardzo dobrze. Nie na próżno jeździłem przez pół Francji. Pierwsze kilka setek jest już gotowe i czeka na nasze wezwanie. Wystarczy, że kiwniemy palcem, a przyjdą do nas. Starczy tylko jeden rozkaz.
- Pewni to ludzie?
- Bardzo pewni.
- Co to za rodzaj ludzi?
- Zgodnie z pańskim rozkazem prawdziwe rzezimieszki: mordercy, rozbójnicy, przemytnicy, galernicy, złodzieje, fałszerze monet, których łączy to, że świetnie posługują się bronią zarówno białą, jak i palną.
- Jednym słowem, cały kwiat naszego kochanego półświatka?
- Właśnie - uśmiechnął się mrocznie człowiek w czerni.
Colgen odpowiedział mu takim samym uśmiechem.
- Czyli udało ci się?
- Tak. Niektórzy z nich tym chętniej nam pomogą, gdyż już znają pana ministra.
- Ach, mówisz o moich „interesantach” - przypomniał sobie Colgen.
- Otóż to. Ale na planowane przez pana ministra kilka tysięcy musimy jeszcze trochę poczekać. Nie zwiedziłem przecież jeszcze wszystkich, że tak powiem, „odpowiednich” miejsc naszego kraju. Chociaż, prawdę mówiąc, nie będę musiał robić tego osobiście.
- O! A dlaczegóż to?
- Ponieważ wysłałem już kilku zaufanych ludzi w tym celu. Oni znajdą brakujących kandydatów.
- To dobrze. Widzę, że ten twój pusty łeb służy ci nie tylko do noszenia kapelusza. Bardzo mnie to cieszy.
Choć uwaga była bardzo złośliwa, człowiek w czerni nie zareagował na nią w ogóle.
- Wykonuję skrupulatnie powierzone mi zadanie - powiedział.
- A propos twojej skrupulatności, to powiedz mi, czy pamiętasz może pana Charmentalla?
- Gastona Charmentall? A i owszem. Zdaję się, że zlikwidowałem go jakieś dziewiętnaście lat temu.
- Dwadzieścia - poprawił Colgen.
- Nieważne - odparł człowiek w czerni - A dlaczego pan o to pyta? Charmentall został przecież zabity.
- Owszem. A pamiętasz, jaki był cel tej misji, którą ja, nie chwaląc się, tobie zleciłem?
- Tak. Zabić Gastona, porwać jego żonę dla pana i nie zostawić przy tym żadnych świadków.
- Otóż to. I jak ci poszło?
- I dobrze i nie dobrze.
- Mów dokładniej.
- To znaczy, zabiłem Gastona, ale jego żona…
- Zginęła - odparł Colgen smutnym tonem i z trudem tłumiąc łzy - Zabiłeś ją. Zabiłeś moją Annę Marię. Kobietę, którą chciałem poślubić, z którą wiązałem bardzo poważne plany. Zastrzeliłeś ją jak psa.
Był wściekły, ale starał się nie podnosić głosu, by nie zwrócić na siebie nie potrzebnej uwagi swej służby, nie wtajemniczonej w sprawy swego pana.
- To nie moja wina! - zaczął bronić się morderca.
- Nie krzycz. Chcesz, żeby nas usłyszeli? - strofował go Colgen.
Człowiek w czerni szybko się opanował i dodał już spokojniejszym tonem:
- Przepraszam. Nie ufa pan swoim ludziom?
- Ja nie ufam nikomu i niczemu, co ma uszy, oczy i własny rozum. Mów więc dalej.
- Ta kobieta sama jest sobie winna. Ruszyła ratować męża z moich rąk i wtedy… Jeden z moich ludzi, straszny nadgorliwiec…
- Ją zastrzelił - dokończył Colgen.
Człowiek w czerni pokiwał posłusznie głową.
- Tak. Nic nie mogłem zrobić - powiedział.
- Może tak, może nie - mruknął pan minister nie wierząc ani trochę w jego słowa - Nieważne. Wiesz, dlaczego o to pytam?
- Nie.
- Ponieważ niedawno przejeżdżałem karetę po lesie i napadli mnie zbóje od Krwawego Georgesa. Słyszałeś o nim?
- Trudno było o nim nie słyszeć. A czemu pan pyta?
- Bo teraz cała jego banda puka do bram Św. Piotra. A wiesz czyja to zasługa?
- Domyślam się, że nie pana, panie ministrze.
- I dobrze się domyślasz, bo to nie ja wysłałem tego zbója na tamten świat. Zrobił to pan Charmentall.
Człowiek w czerni przeraził się nie na żarty, gdy usłyszał te słowa.
- Charmentall? Gaston Charmentall?
- Jaki tam Gaston? Mówię o kimś innym. Mówię o jego synu.
- Synu? - tajemniczy czarny osobnik był coraz bardziej zdumiony.
- Tak - odparł Colgen, przeciągając odpowiedź - Przypomnij mi, jaki był twój raport na jego temat.
- No cóż - nastąpiła chwila wahania - Martwy tak, jak jego ojciec.
- Ano właśnie. Więc wyjaśnij mi, jak to możliwe, że ktoś, kogo ty podobno zabiłeś, teraz sobie spokojnie żyje?! Mało tego, ratuje mnie ze swoim kolegą przed zbójami i zapewnia mi ochronę! Rozumiesz, co teraz mówię? Ochronę, czyli coś, czego ty i twoje zbiry nie umieliście mi zapewnić. Ale mniejsza o to. Inna sprawa jest tu o wiele ważniejsza. Myślałem, że jeśli ktoś znajdzie sie w twoich rękach, to już nie uchodzi z nich żywy.
- Bo tak jest!
- Więc wytłumacz mi, jak to jest możliwe, że ten młodzik wciąż żyje?
- Nie wiem. Osobiście dźgnąłem tego chłopaka szpadą. Był on ciężko ranny. Nie mógł przeżyć spotkania ze mną. Zwłaszcza, jeżeli nikt go nie znalazł.
- Czy jak odjeżdżałeś z miejsca swego (że tak powiem) rękodzieła, to ten chłopak oddychał czy nie?
- Chyba nie, nie pamiętam.
- Lepiej sobie przypomnij.
Człowiek w czerni zastanowił się przez chwilę.
- Nie oddychał… Chociaż… Nie, pomyliłem się. Jeszcze dychał, kiedy odjeżdżałem. Ale nie mógł przeżyć. Chyba, że…
- Chyba, że co? - Colgen był coraz bardziej zdenerwowany.
- Trechevile - wydyszał człowiek w czerni.
- Kto?
- Porucznik Andre Trechevile. Królewski muszkieter. Przyjaźnił się z Charmentallem. Podobno miał przybyć do nich w odwiedziny, akurat tego dnia, kiedy ja ich zabijałem. On mógł znaleźć chłopaka i uratować go. To jedyne wytłumaczenie, jakie widzę. To ten porucznik wszystko zepsuł.
- „Ten porucznik” jest już kapitanem i dowódcą Raula Charmentalla. I wyobraź sobie, że był dzisiaj na urodzinach mojej córki. Tańczył nawet z panią de Saudier.
- Trechevile tutaj? - człowiek w czerni wyglądał na przerażonego - To niemożliwe. Nie on. Nie teraz, kiedy mamy zrealizować nasz plan. On nam wszystko zepsuje.
- Coś mi się wydaje, że go bardzo dobrze znasz.
- Owszem. Kilka razy walczyliśmy ze sobą, nie osobiście rzecz jasna. To jest wyjątkowo sprytny człowiek. To on namawiał muszkieterów, aby współpracowali z żandarmerią i wspólnie zwalczali świat przestępczy. Ma wielki posłuch u muszkieterów. Wśród żandarmów zresztą też. Przeszkodził kilku poważnym planom zorganizowanym przeze mnie. Na szczęście, nie wie, jak ja wyglądam, gdyż nigdy mnie nie spotkał. Moi ludzie wiedzieli, że w ich interesie leży, aby żaden z nich nie odważył się mnie wydać. Więc nigdy nie dowiedział się niczego o mojej skromnej osobie, w każdym bądź razie nie tyle, żeby mnie rozpoznać. Nie wiem, czy nawet zna moje imię. Ale ja go znam. Znam go, panie ministrze i mogę pana zapewnić, że wystarczy, iż wpadnie na trop naszego planu, a zrobi wszystko, żeby nam przeszkodzić. Nawet poświęci własne życie.
- Więc umożliwimy mu to poświęcenie - rzekł Colgen mściwym tonem.
Człowiek w czerni jednak był wyraźnie zaniepokojony.
- Nie lepiej zrezygnować? - zapytał - Albo odłożyć plan na bardziej korzystną okazję? Obecność Trechevile’a zmienia wszystko.
- To niczego nie zmienia. Jeden podstarzały muszkieter ani cudownie ocalały chłopak, będący ostatnim potomkiem wspaniałego i szlachetnego rodu Charmentallów, nie powstrzymają mnie przed zrealizowaniem naszego projektu. Wykonam go tak czy inaczej, a ty mi w tym pomożesz, rozumiesz mnie?
- Oczywiście.
- A tak przy okazji... Wiesz, że Raul poprzysiągł ci zemstę? I szukał cię przez dwadzieścia lat - napomknął Colgen mimochodem.
Na twarz człowieka w czerni ponownie wrócił podły uśmieszek.
- Póki co jeszcze mnie nie znalazł - mruknął - I nie zdąży mnie znaleźć. Bo to ja znajdę go pierwszy. Znajdę go i dokończę dzieła.
- Nie!
Człowiek w czerni był bardzo zdumiony. Nie rozumiał tego. Zawsze, jeżeli ktoś stawał im na drodze, minister kazał go usunąć. Ojciec chłopaka stał na drodze miłości ministra, więc musiał umrzeć. Dlaczego w takim razie nie może umrzeć ten głupi szczeniak? Zapytał o to, lecz usłyszał:
- Nie zabijesz go.
- Dlaczego?
- Primo dlatego, że ja ci tak każę, a secundo dlatego, iż ten chłopak uratował mi życie. Nie chcę, aby ktokolwiek mówił, że minister Colgen nie umie się odwdzięczyć.
- Nikt się nie dowie o pana udziału w tej sprawie, mój panie. Zrobię to po cichu.
- Powiedziałem nie! Spłacę swój dług wobec tego chłopaka czyniąc z niego nietykalnym dla twojej szpady. On i jego przyjaciel, baron de Morce, który pomógł mu mnie ocalić, mają teraz u mnie zagwarantowaną całkowitą nietykalność! Rozumiesz, co mówię? Nie wolno ci ich ruszyć. Ani tobie, ani twoim zabijakom. Czy wyrażam się wystarczająco jasno?!
- Aż za bardzo. Tylko naprawdę nie pojmuje czegoś takiego.
- Bo nie masz za grosz honoru. Ale nie martw się. Póki pan Raul Charmentall będzie siedział cicho i nie wtrącał się do nie swoich spraw, to damy mu spokój. Lecz jeżeli zacznie nam poważnie szkodzić, to wówczas go powstrzymamy. Najpierw postraszymy i damy szansę naprawy błędu. Będzie miał do wyboru albo przejść na naszą stronę lub też pozostać neutralnym, co w sumie na jedno wychodzi, albo też stanąć przeciwko nam. Jeśli wybierze to pierwsze, tym lepiej dla niego. Jeśli nie, trudno. Wtedy i tylko wtedy, zostawię ci wolną rękę co do niego. Zrobisz z nim wówczas to, co uznasz za stosowne.
- Dziękuję ci, mój panie.
- Możesz odejść.
Człowiek w czerni już miał wyjść, gdy wtem zatrzymał go głos pana ministra:
- A tak przy okazji, uprzedź hrabiego Filipa de Bernice, że nie życzę sobie podobnych wystąpień, jak to jego dzisiejsze po przyjęciu. To, że obiecałem mu ślub z moją córką, jeśli ta go zechce, nie oznacza, iż jest ona jego własnością. Zechce, to za niego wyjdzie, a nie zechce, to nie wyjdzie. I niech ten dureń to sobie wreszcie wbije do tego swego pustego łba. Więcej powtarzać się nie będę. Przekaż mu to i obaj dobrze sobie zapamiętajcie, co do was mówię. Lepiej mi się nie sprzeciwiajcie, bo źle na tym wyjdziecie.
Skończywszy swoją przemowę mężczyzna usiadł z powrotem w fotelu, zaś tajemniczy człowiek w czerni wyszedł tą samą drogą, jaką wszedł.
Colgen nie wydawał się jednak być tym widokiem zaskoczony. Nie oznaczało to bynajmniej, żeby rozchmurzył się na jego widok. Jednakże patrząc na twarz owego jegomościa raczej nie będziemy mu się dziwić. Była to wyraźnie strasznie zakazana fizis, po której mogły się śnić jedynie same koszmary.
- No i jak tam przyjęcie urodzinowe szanownej córeczki? - zapytał przybysz ironicznym tonem.
- Całkiem, całkiem - odpowiedział Colgen obojętnym tonem - A czemu pytasz?
- Ponieważ nie mogłem się na nim zjawić.
- Nie mów mi, że tego żałujesz - mruknął zmęczonym tonem Colgen.
- Owszem, żałuję. Dawno nie miałem jakieś burdy, dawno nikogo nie zabiłem. A wie pan, panie ministrze, że ja, jak nie zabiję co najmniej jednego człowieka na miesiąc, zaczynam tracić zmysły.
- Czyś ty oszalał?! - zawołał wściekły Colgen, ale szybko ściszył głos, nie chcąc, żeby ktoś ze służby go usłyszał - Chcesz robić burdy w moim domu i atakować moich gości?!
- Przecież nie zaatakowałbym ich wszystkich, proszę pana. Wybrałbym sobie tylko jednego delikwenta na chybił trafił i pokłóciłbym się z nim. Oczywiście w mój specjalny sposób. Mianowicie tak, żeby wyglądało na to, że to on mnie wyzwał, a nie ja jego. Potem poszlibyśmy w ustronne miejsce i zabiłbym go w walce.
- I właśnie dlatego nie dostałeś zaproszenia na ten bal. A zresztą, mieszkańcy Francji nie darzą cię wielką sympatią.
- Trudno im się dziwić, bo w końcu niejednemu z nich odebrałem krewnego. I to nie tylko mężczyzn, ale również kobiety. To ostatnie jednak rzadziej. Zabijanie kobiet nie należy do tych przyjemnych rzeczy, które chętnie wykonuję. Zazwyczaj drą się jak opętane, trzeba je kneblować i wiązać, a ja tego nie lubię. Lepiej jest mi zabijać mężczyzn. To jest bardziej pasjonujące.
Colgen spojrzał uważnie w twarz swego pomagiera.
- Wiesz co? Brzydzę się tobą.
- Jeśli wydaję się panu ministrowi tak obrzydliwy, dlaczego więc szanowny pan minister trzyma mnie na swojej służbie?
- Bo jesteś mi potrzebny. Wiesz przecież, jaki mam plan. Polega on na całkowitym zmianie niektórych osób u władzy. Jeśli się to uda, wówczas los rodu Colgenów, wywodzący się od orleańskiej linii Burbonów, dostanie to, na co zasłużył. Coś, co mu się należy od dawna.
- Szafot?
- Nie strój sobie żartów. Wiesz o czym mówię.
- Owszem, wiem.
Colgen nagle wstał z fotela i zaczął przechadzać się po pokoju, jednocześnie tłumacząc swemu obrzydliwemu rozmówcy przyczyny tego planu. Tłumaczył, że jego ród zasłużył na coś o wiele więcej niż tylko teki ministrów. Jako krewni królewscy powinni wpływać poważnie na politykę, być osobistymi doradcami króla. Ale nie, nie umieli ich docenić. Dynastia Burbonów nie nadała im zaszczytów i honorów, ani tytułu książęcego, które choćby za pochodzenie od Filipa Orleańskiego Starszego im się należą. Lecz Burbonowie jeszcze za to zapłacą. A on będzie się śmiał ostatni. Będą prosić go o ratunek a on nie spełni tej prośby, spokojnie patrząc w oczy skamlących królewskich krewnych. Nie będzie miał dla nich litości.
W końcu zmęczył się tym i usiadł z powrotem na fotelu. Jego rozmówca chciał zrobić to samo, siadając naprzeciw niego, lecz on zawołał groźnym tonem:
- Pozwoliłem ci siadać?! Nie?! To precz z tego fotela!
Przybysz zmarszczył czoło. Nikomu innemu na to nie pozwoliłby. Ale Colgen miał w sobie to coś, co sprawiało, że mężczyzna w czerni nie umiał się mu przeciwstawić. Wykonał polecenie.
- Po coś przyszedł? - zapytał minister już spokojniejszym tonem.
- Złożyć meldunek.
- No i nareszcie coś sensownego słyszę z twoich ust - mruknął uradowany Colgen - Mów więc. Jakże posuwa się nasza sprawa?
- Bardzo dobrze. Nie na próżno jeździłem przez pół Francji. Pierwsze kilka setek jest już gotowe i czeka na nasze wezwanie. Wystarczy, że kiwniemy palcem, a przyjdą do nas. Starczy tylko jeden rozkaz.
- Pewni to ludzie?
- Bardzo pewni.
- Co to za rodzaj ludzi?
- Zgodnie z pańskim rozkazem prawdziwe rzezimieszki: mordercy, rozbójnicy, przemytnicy, galernicy, złodzieje, fałszerze monet, których łączy to, że świetnie posługują się bronią zarówno białą, jak i palną.
- Jednym słowem, cały kwiat naszego kochanego półświatka?
- Właśnie - uśmiechnął się mrocznie człowiek w czerni.
Colgen odpowiedział mu takim samym uśmiechem.
- Czyli udało ci się?
- Tak. Niektórzy z nich tym chętniej nam pomogą, gdyż już znają pana ministra.
- Ach, mówisz o moich „interesantach” - przypomniał sobie Colgen.
- Otóż to. Ale na planowane przez pana ministra kilka tysięcy musimy jeszcze trochę poczekać. Nie zwiedziłem przecież jeszcze wszystkich, że tak powiem, „odpowiednich” miejsc naszego kraju. Chociaż, prawdę mówiąc, nie będę musiał robić tego osobiście.
- O! A dlaczegóż to?
- Ponieważ wysłałem już kilku zaufanych ludzi w tym celu. Oni znajdą brakujących kandydatów.
- To dobrze. Widzę, że ten twój pusty łeb służy ci nie tylko do noszenia kapelusza. Bardzo mnie to cieszy.
Choć uwaga była bardzo złośliwa, człowiek w czerni nie zareagował na nią w ogóle.
- Wykonuję skrupulatnie powierzone mi zadanie - powiedział.
- A propos twojej skrupulatności, to powiedz mi, czy pamiętasz może pana Charmentalla?
- Gastona Charmentall? A i owszem. Zdaję się, że zlikwidowałem go jakieś dziewiętnaście lat temu.
- Dwadzieścia - poprawił Colgen.
- Nieważne - odparł człowiek w czerni - A dlaczego pan o to pyta? Charmentall został przecież zabity.
- Owszem. A pamiętasz, jaki był cel tej misji, którą ja, nie chwaląc się, tobie zleciłem?
- Tak. Zabić Gastona, porwać jego żonę dla pana i nie zostawić przy tym żadnych świadków.
- Otóż to. I jak ci poszło?
- I dobrze i nie dobrze.
- Mów dokładniej.
- To znaczy, zabiłem Gastona, ale jego żona…
- Zginęła - odparł Colgen smutnym tonem i z trudem tłumiąc łzy - Zabiłeś ją. Zabiłeś moją Annę Marię. Kobietę, którą chciałem poślubić, z którą wiązałem bardzo poważne plany. Zastrzeliłeś ją jak psa.
Był wściekły, ale starał się nie podnosić głosu, by nie zwrócić na siebie nie potrzebnej uwagi swej służby, nie wtajemniczonej w sprawy swego pana.
- To nie moja wina! - zaczął bronić się morderca.
- Nie krzycz. Chcesz, żeby nas usłyszeli? - strofował go Colgen.
Człowiek w czerni szybko się opanował i dodał już spokojniejszym tonem:
- Przepraszam. Nie ufa pan swoim ludziom?
- Ja nie ufam nikomu i niczemu, co ma uszy, oczy i własny rozum. Mów więc dalej.
- Ta kobieta sama jest sobie winna. Ruszyła ratować męża z moich rąk i wtedy… Jeden z moich ludzi, straszny nadgorliwiec…
- Ją zastrzelił - dokończył Colgen.
Człowiek w czerni pokiwał posłusznie głową.
- Tak. Nic nie mogłem zrobić - powiedział.
- Może tak, może nie - mruknął pan minister nie wierząc ani trochę w jego słowa - Nieważne. Wiesz, dlaczego o to pytam?
- Nie.
- Ponieważ niedawno przejeżdżałem karetę po lesie i napadli mnie zbóje od Krwawego Georgesa. Słyszałeś o nim?
- Trudno było o nim nie słyszeć. A czemu pan pyta?
- Bo teraz cała jego banda puka do bram Św. Piotra. A wiesz czyja to zasługa?
- Domyślam się, że nie pana, panie ministrze.
- I dobrze się domyślasz, bo to nie ja wysłałem tego zbója na tamten świat. Zrobił to pan Charmentall.
Człowiek w czerni przeraził się nie na żarty, gdy usłyszał te słowa.
- Charmentall? Gaston Charmentall?
- Jaki tam Gaston? Mówię o kimś innym. Mówię o jego synu.
- Synu? - tajemniczy czarny osobnik był coraz bardziej zdumiony.
- Tak - odparł Colgen, przeciągając odpowiedź - Przypomnij mi, jaki był twój raport na jego temat.
- No cóż - nastąpiła chwila wahania - Martwy tak, jak jego ojciec.
- Ano właśnie. Więc wyjaśnij mi, jak to możliwe, że ktoś, kogo ty podobno zabiłeś, teraz sobie spokojnie żyje?! Mało tego, ratuje mnie ze swoim kolegą przed zbójami i zapewnia mi ochronę! Rozumiesz, co teraz mówię? Ochronę, czyli coś, czego ty i twoje zbiry nie umieliście mi zapewnić. Ale mniejsza o to. Inna sprawa jest tu o wiele ważniejsza. Myślałem, że jeśli ktoś znajdzie sie w twoich rękach, to już nie uchodzi z nich żywy.
- Bo tak jest!
- Więc wytłumacz mi, jak to jest możliwe, że ten młodzik wciąż żyje?
- Nie wiem. Osobiście dźgnąłem tego chłopaka szpadą. Był on ciężko ranny. Nie mógł przeżyć spotkania ze mną. Zwłaszcza, jeżeli nikt go nie znalazł.
- Czy jak odjeżdżałeś z miejsca swego (że tak powiem) rękodzieła, to ten chłopak oddychał czy nie?
- Chyba nie, nie pamiętam.
- Lepiej sobie przypomnij.
Człowiek w czerni zastanowił się przez chwilę.
- Nie oddychał… Chociaż… Nie, pomyliłem się. Jeszcze dychał, kiedy odjeżdżałem. Ale nie mógł przeżyć. Chyba, że…
- Chyba, że co? - Colgen był coraz bardziej zdenerwowany.
- Trechevile - wydyszał człowiek w czerni.
- Kto?
- Porucznik Andre Trechevile. Królewski muszkieter. Przyjaźnił się z Charmentallem. Podobno miał przybyć do nich w odwiedziny, akurat tego dnia, kiedy ja ich zabijałem. On mógł znaleźć chłopaka i uratować go. To jedyne wytłumaczenie, jakie widzę. To ten porucznik wszystko zepsuł.
- „Ten porucznik” jest już kapitanem i dowódcą Raula Charmentalla. I wyobraź sobie, że był dzisiaj na urodzinach mojej córki. Tańczył nawet z panią de Saudier.
- Trechevile tutaj? - człowiek w czerni wyglądał na przerażonego - To niemożliwe. Nie on. Nie teraz, kiedy mamy zrealizować nasz plan. On nam wszystko zepsuje.
- Coś mi się wydaje, że go bardzo dobrze znasz.
- Owszem. Kilka razy walczyliśmy ze sobą, nie osobiście rzecz jasna. To jest wyjątkowo sprytny człowiek. To on namawiał muszkieterów, aby współpracowali z żandarmerią i wspólnie zwalczali świat przestępczy. Ma wielki posłuch u muszkieterów. Wśród żandarmów zresztą też. Przeszkodził kilku poważnym planom zorganizowanym przeze mnie. Na szczęście, nie wie, jak ja wyglądam, gdyż nigdy mnie nie spotkał. Moi ludzie wiedzieli, że w ich interesie leży, aby żaden z nich nie odważył się mnie wydać. Więc nigdy nie dowiedział się niczego o mojej skromnej osobie, w każdym bądź razie nie tyle, żeby mnie rozpoznać. Nie wiem, czy nawet zna moje imię. Ale ja go znam. Znam go, panie ministrze i mogę pana zapewnić, że wystarczy, iż wpadnie na trop naszego planu, a zrobi wszystko, żeby nam przeszkodzić. Nawet poświęci własne życie.
- Więc umożliwimy mu to poświęcenie - rzekł Colgen mściwym tonem.
Człowiek w czerni jednak był wyraźnie zaniepokojony.
- Nie lepiej zrezygnować? - zapytał - Albo odłożyć plan na bardziej korzystną okazję? Obecność Trechevile’a zmienia wszystko.
- To niczego nie zmienia. Jeden podstarzały muszkieter ani cudownie ocalały chłopak, będący ostatnim potomkiem wspaniałego i szlachetnego rodu Charmentallów, nie powstrzymają mnie przed zrealizowaniem naszego projektu. Wykonam go tak czy inaczej, a ty mi w tym pomożesz, rozumiesz mnie?
- Oczywiście.
- A tak przy okazji... Wiesz, że Raul poprzysiągł ci zemstę? I szukał cię przez dwadzieścia lat - napomknął Colgen mimochodem.
Na twarz człowieka w czerni ponownie wrócił podły uśmieszek.
- Póki co jeszcze mnie nie znalazł - mruknął - I nie zdąży mnie znaleźć. Bo to ja znajdę go pierwszy. Znajdę go i dokończę dzieła.
- Nie!
Człowiek w czerni był bardzo zdumiony. Nie rozumiał tego. Zawsze, jeżeli ktoś stawał im na drodze, minister kazał go usunąć. Ojciec chłopaka stał na drodze miłości ministra, więc musiał umrzeć. Dlaczego w takim razie nie może umrzeć ten głupi szczeniak? Zapytał o to, lecz usłyszał:
- Nie zabijesz go.
- Dlaczego?
- Primo dlatego, że ja ci tak każę, a secundo dlatego, iż ten chłopak uratował mi życie. Nie chcę, aby ktokolwiek mówił, że minister Colgen nie umie się odwdzięczyć.
- Nikt się nie dowie o pana udziału w tej sprawie, mój panie. Zrobię to po cichu.
- Powiedziałem nie! Spłacę swój dług wobec tego chłopaka czyniąc z niego nietykalnym dla twojej szpady. On i jego przyjaciel, baron de Morce, który pomógł mu mnie ocalić, mają teraz u mnie zagwarantowaną całkowitą nietykalność! Rozumiesz, co mówię? Nie wolno ci ich ruszyć. Ani tobie, ani twoim zabijakom. Czy wyrażam się wystarczająco jasno?!
- Aż za bardzo. Tylko naprawdę nie pojmuje czegoś takiego.
- Bo nie masz za grosz honoru. Ale nie martw się. Póki pan Raul Charmentall będzie siedział cicho i nie wtrącał się do nie swoich spraw, to damy mu spokój. Lecz jeżeli zacznie nam poważnie szkodzić, to wówczas go powstrzymamy. Najpierw postraszymy i damy szansę naprawy błędu. Będzie miał do wyboru albo przejść na naszą stronę lub też pozostać neutralnym, co w sumie na jedno wychodzi, albo też stanąć przeciwko nam. Jeśli wybierze to pierwsze, tym lepiej dla niego. Jeśli nie, trudno. Wtedy i tylko wtedy, zostawię ci wolną rękę co do niego. Zrobisz z nim wówczas to, co uznasz za stosowne.
- Dziękuję ci, mój panie.
- Możesz odejść.
Człowiek w czerni już miał wyjść, gdy wtem zatrzymał go głos pana ministra:
- A tak przy okazji, uprzedź hrabiego Filipa de Bernice, że nie życzę sobie podobnych wystąpień, jak to jego dzisiejsze po przyjęciu. To, że obiecałem mu ślub z moją córką, jeśli ta go zechce, nie oznacza, iż jest ona jego własnością. Zechce, to za niego wyjdzie, a nie zechce, to nie wyjdzie. I niech ten dureń to sobie wreszcie wbije do tego swego pustego łba. Więcej powtarzać się nie będę. Przekaż mu to i obaj dobrze sobie zapamiętajcie, co do was mówię. Lepiej mi się nie sprzeciwiajcie, bo źle na tym wyjdziecie.
Skończywszy swoją przemowę mężczyzna usiadł z powrotem w fotelu, zaś tajemniczy człowiek w czerni wyszedł tą samą drogą, jaką wszedł.
1 komentarz:
A zatem Colgen był zakochany w matce Raula i dlatego kazał temu psychicznemu zbrodniarzowi zgładzić jego ojca. Ciekaw tylko jestem, czy ona wiedziała o tym, co on do niej właściwie czuł. Tak czy inaczej, Colgen okazał się podłym i niegodziwym człowiekiem, skoro z jego rozkazu zginął niewinny człowiek. Do tego marzy mu się przejęcie władzy w państwie, a co za tym idzie, zniszczenie rodziny królewskiej z tego względu, iż uważa, że ta władza w pełni się mu należy przez wzgląd na pokrewieństwo z Burbonami, którzy odsunęli jego ród od władzy. Nie rozumiem tylko, dlaczego przyobiecał swoją ukochaną córkę jakiemuś bandziorowi, którego sam uważa za głupca. Dobrze, że przynajmniej nie zmusza jej do zawarcia tego małżeństwa, pozostawiając jej wolną rękę.
Prześlij komentarz