Rozdział XXIII
Uczona przemowa pani Heleny
Uczona przemowa pani Heleny
Kapitan Trechevile bardzo szanował panią Helenę de Saudier. Z jej mężem nieboszczykiem, panem pułkownikiem de Saudier, żył on w wielkiej przyjaźni. Cenił w nim szlachetność, odwagę, hart ducha i bystrość umysłu. Podobne cechy posiadała pani Helena. Dlatego też nasz kapitan nie mógł sobie odmówić przyjemności odwiedzenia od czasu do czasu szlachetnej pani pułkownikowej i porozmawiania z nią na różne tematy. Część ich znajomych podejrzewała, że zamierzają się pobrać, ale ani pani Helena, ani kapitan nie mieli takiego zamiaru. Muszkieter czuł się doskonale w w stanie kawalerskim i wcale nie miał zamiaru go zmieniać. Ponadto, po zawodzie miłosnym, jaki go spotkał, (a który to, dzięki nam, Drodzy Czytelnicy już na pewno dobrze znają) nie potrafił się ponownie zakochać. A ożeniłby się tylko z miłości. Więc skoro nie był zakochany, to jakże mógł się ożenić? Było to dla niego bezsensowne. Co do pani Heleny, to ona również nie miała ochoty wstępować na ślubny kobierzec, nawet z tak sympatycznym człowiekiem jak kapitan. Zresztą zawsze szanowała kapitana i traktowała go jak brata. Trudno byłoby jej teraz zmienić te uczucia na takie bardziej intymne. Nie mówiąc już o tym, że uważała, iż dobrze jest tak, jak jest.
Tego wieczoru, gdy Raul zasięgał u Luizy niezbędnych dla swojej misji informacji, kapitan Andre Trechevile udał się na filiżankę gorącej czekolady do pani pułkownikowej. Kapitan, jak na człowieka dobrze wychowanego przystało, zawsze zapowiadał swoją wizytę, dzięki czemu był zawsze nie tylko miłym ale i niecierpliwie oczekiwanym gościem.
- Witam panią. Jakże zdrowie ? - zapytał kapitan, całując gospodynię w rękę.
- Dzięki Bogu, dopisuje mi - odpowiedziała pułkownikowa.
- Miło mi to słyszeć.
- Proszę. Niechże pan siądzie.
Helena de Saudier wskazała kapitanowi jego ulubiony fotel, na którym on natychmiast wygodnie się usadowił.
- Czy poznała pani najnowsze nowiny z dworu królewskiego? - zaczął rozmowę Trechevile.
- Tak. To jest naprawdę straszne - odpowiedziała pani Helena smutnym głosem - Wiadomo już, kto to zrobił?
- Jeszcze nie, jednakże powiem pani w zaufaniu (bo wiem, że mogę pani zaufać), iż to właśnie nam, to jest mnie oraz moim trzem najlepszym muszkieterom, powierzono zadanie odnalezienia owego dokumentu. Wśród tych wybrańców jest również bratanek pani męża.
- Fryderyk?
- Nie inaczej.
Helena de Saudier poczuła się dumna. Co prawda chłopak był zaledwie bratankiem jej zmarłego męża, ale czuła się tak, jakby była jego rodzoną stryjenką, a prócz tego traktowała go jak własnego syna.
- Wspaniale. Wreszcie będzie mógł się chłopak wykazać.
- Już się wykazał, łaskawa pani - wyjaśnił kapitan - Podczas obrony Jej Królewskiej Mości.
- A tak, słyszałam o tym incydencie. Ponoć Raul dowiódł swej niemal szaleńczej wierności naszej królowej i ojczyźnie. Niezwykła odwaga.
- To prawda. Ciekawi mnie tylko, jak to możliwe, że w tak młodych ludziach znajduje się aż tyle odwagi.
- Och, mój panie. To przecież bardzo proste - pani Helena popatrzyła na Trechevile z lekkim politowaniem.
- Daruje pani, ale nie dla mnie. Mogłaby pani to bliżej wyjaśnić?
- Oczywiście. Z przyjemnością to panu wytłumaczę.
Na twarzy pułkownikowej malowała się radość i zapał do opowiadania. Lubiła ona mówić i niesamowitą przyjemność sprawiało jej to, że ktoś zechce słuchać jednego z jej wywodów. Wyprostowała się więc w fotelu i zaczęła mówić:
- Widzi pan, nasze społeczeństwo, a raczej nasza młodzież została wychowana na historiach o walecznych rycerzach i muszkieterach, którzy własne życie potrafili dla ojczyzny poświęcić. My, to jest dorośli, raczymy naszych młodszych wiekiem podopiecznych tymi opowieściami i stawiamy im takie postacie za wzór. Wówczas to ci młodzi ludzie czują się tak, jakbyśmy im wskazali to, co w życiu najważniejsze i najpiękniejsze. Starają się więc do tego ideału dążyć za wszelką cenę. Musi ta nasza młodzież dokonać równie walecznych czynów, jakich kiedyś dokonali bohaterowie z naszych opowieści, w innym przypadku nasze nowe pokolenie czuje się niedowartościowanymi.
- Albo uważają, że nie są godni być naszymi synami czy bratankami - dokończył Trechevile z lekkim uśmiechem.
- Właśnie, właśnie. O to chodzi - potwierdziła jego słowa pani Helena - Widzę, że pan rozumiesz, o czym mówię. Młodzi ludzie nie potrafią żyć ze świadomością, że np. mają już dwadzieścia lat i wciąż nie spełnili oni żadnego szlachetnego lub bohaterskiego czynu. Są z tego niezadowoleni. Za wszelką cenę starają się udowodnić wszystkim dookoła, a zwłaszcza sobie samym, że potrafią dorównać słynnym przodkom. Stanowiącym przykład dla nich. I w tym największy problem.
- Jak to? - zdziwił się Trechevile.
- Ponieważ im bardziej chcą nam to udowodnić, tym bardziej im to nie wychodzi. Albo ich plan wcale się nie udaje, albo też wpadają w poważne tarapaty. Rzucają się w wir przygód i pojedynków, a w końcu giną, zaś nam, starym i rozsądnym, zostaje wtedy tylko opłakiwać tych biednych, młodych zapaleńców i przeklinać samych siebie, żeśmy im w głowę wbili te głupie rycerskie opowieści o wielkich bohaterach.
- Tak to już jest, moja pani - powiedział Andre Trechevile, smutnie spuszczając głowę - Ale nie wszyscy młodzi zapaleńcy giną.
- O tak, na całe szczęście nie wszyscy. Ci młodzi chłopcy zostają mężczyznami, biorą ślub, mają dzieci i poważnieją. A tymczasem dzieci dorastają i co się okazuje? Że postępują one tak samo, jak ich rodzice, gdy byli w ich wieku. Historia zatem zatacza koło.
- Oj, bardzo często tak się zdarza, moja pani - rzekł kapitan, popijając czekoladę z filiżanki.
- Zbyt często, mój panie, zbyt często. Może jeszcze cukru?
- Chętnie, ale odrobinę.
Trechevile kontynuował rozmowę, zmienił jednak jej temat.
- Czy pani popiera politykę merkantylizmu?
- Ach, merkantylizm - powiedziała z lekkim lekceważeniem Helena de Saudier - Od czasów śp. ministra Colberta nic innego we Francji już nie słychać, jak tylko „władza absolutna” albo „merkantylizm”. Jakby ludzie myśleli, że tylko taka polityka jest zdolna uratować nasz kraj. Śmieszni są ci urzędnicy z tą swoją władzą absolutną albo merkantylizmem.
- Nie popiera pani władzy absolutnej?
- Moim skromnym zdaniem (ufam wszak, że zachowa je pan dla siebie) władza absolutna nigdy doskonała nie była i nie będzie. Co prawda ukróci ona samowolę naszych wielkich panów, ale spowoduje korupcję i powoła do życia różnego rodzaju pasożyty żyjące na koszt państwa. Pasożyty zwane królewskimi urzędnikami. Zresztą, co ja mówię, spowoduje?! Ona już to spowodowała. Jednak swoją drogą przeciwwaga władzy absolutnej, to jest republika, wprowadzała niemalże to samo okropieństwo, tyle że pod inną nazwą. Nie popieram więc ani jednego systemu, ani drugiego. Uważam, że powinien panować trójpodział władzy. Bo jak król jest jednocześnie władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, to łatwo o pomyłkę w jednej z tych dziedzin. Ale cóż ja mogę o tym wszystkim wiedzieć? Jestem tylko skromną kobietą. Kto tam się liczy z moim zdaniem?
- Ja na przykład.
- Czyżby? To miło z pana strony. Jednak w tej sprawie lepiej się nie wyrażać. A co do merkantylizmu, to według mnie posiada on wiele wad.
- Jakich to?
Helena de Saudier ponownie spojrzała na swego rozmówcę z lekkim uśmiechem jakby politowania.
- Jakże to, jakich? Panie Trechevile, weź pan wysil teraz swoją uroczą główkę i swój uroczy rozum. Chyba, że są one obecnie na przepustce.
- Mój rozum nigdy nie ma przepustki - odpowiedział kapitan nieco urażony jej słowami - Nie może jej mieć, gdyż zbyt jest potrzebny.
- To logiczne. Więc skoro nie jest na wakacjach, to niech pomyśli przez chwilę logicznie. Gospodarka, wymyślona przez pana Colberta, mówi nam wyraźnie o wspomaganiu eksportu rodzimego towaru oraz o nakładaniu wysokich ceł na towary importowane zza granicy. Teraz pomyśl pan. Jakby tak wszystkie kraje postępowały tak samo, to kto wtedy kupowałby towary wyprodukowane w innych krajach? Odpowiedź wydaje się prosta - nikt, bo w ogóle nie dochodziłyby one do granicy, gdyż cła by były zbyt wielkie.
Trechevilowi odpowiedź, że większość krajów niektórych towarów nie jest w stanie produkować i musi je kupować gdzie indziej, jakoś nie chciała przejść przez gardło. Bo jak tu wytłumaczyć zacietrzewionej rozmówczyni, że większość krajów nie może tychże towarów produkować, a to z powodu trudności natury technicznej lub z powodu braku surowców? Choćby do produkcji broni potrzebna jest ruda żelaza i specjaliści, którzy ją przetapiają na stal oraz płatnerze, którzy z niej wyrabiają broń, rusznikarze itd. To jest bardzo trudna sztuka. Większość krajów musi więc kupować towary zza granicy. Choćby takie wina. Przecież winorośl rośnie tylko tam, gdzie jest ciepło. Jeśli więc mieszkańcy północnych krajów chcą pić wino, to muszą je kupować w krajach leżących na południu Europy i żadne cła tu nie pomogą. Przezornie kapitan zachował swoje spostrzeżenia dla siebie, a pani Helena nadal krytykowała niefortunny jej zdaniem, pomysł pana Colberta.
- Rynki zapełnione tylko tym towarem, który jest dostępny w kraju, a rzeczy zza granicy, potrzebne bardzo wielu ludziom, nie docierają do nas w ogóle. Pomyśl pan o losie kobiet pozbawionych dostępu do piór zdobiących nasze kapelusze tylko dlatego, że ptaki, od których pochodzą, mają kaprys przebywania na terytorium będącym pod władaniem Anglii lub Hiszpanii. To okrutne! Albo koronki, czy porcelana? Wysokie cła powodują wysokie ceny na te towary i jeśli np. ja pragnę kupić sobie modny kapelusz lub też częstować gości czekoladą nalaną do porcelanowej filiżanki, to muszę zapłacić o wiele więcej, niż płaciłabym, gdyby tego cła w ogóle nie było! To niesprawiedliwe i bardzo, ale to bardzo krzywdzące. Powiem więcej, to jest wręcz barbarzyństwo!
- Z tego co pani mówi, można by pomyśleć, że merkantylizm jest sam w sobie zły - zachichotał Trechevile.
- A nie jest? - zapytała Helena de Saudier.
Pan Andre Trechevile nie bardzo wiedział, jak ma wytłumaczyć pani Helenie istotę merkantylizmu tak, aby w żaden sposób jej nie urazić. Starał się mówić bardzo delikatnie i ostrożnie. Wszak pani Helena była niezwykle mądrą kobietą, ale nawet jej mądrość miała swoje granice, czego właśnie teraz mógł doświadczyć.
- Oczywiście, że nie. Widzi pani, na szerszą skalę to może groziłoby poważnymi konsekwencjami, ale w obrębie Francji nie grozi to niczym.
- Niczym, uważa pan? No dobrze, a któż panu zaręczy, że nagle kupcy, którzy muszą płacić te gigantyczne cło, nie zbuntują się i nie wstrzymają dostawy towaru do nas? Zostaniemy wówczas bez piór, koronek, porcelany, niektórych tkanin i innych niezbędnych do życia rzeczy!
- Mają zdrowy rozsądek. Będą niezadowoleni, ale zapłacą cło, byleby tylko sprzedać swoje towary. Rynki zbytu nie są aż tak rozległe. Sprzedadzą na pewno, może z mniejszym zyskiem, ale nie zrezygnują z tak wielkiego odbiorcy towarów, jakim jest Francja.
- O ho, ho! Taki pan pewien jest, że nie zrezygnują?
- Oczywiście. Zbyt im zależy na sprzedaży i zysku, żeby się buntowali.
- Ale jeżeli mimo to się zbuntują, to co wtedy? Wojna gospodarcza? - spytała Helena de Saudier.
- Jaka tam wojna, moja pani. Najwyżej drobne niezadowolenie, ale nic poza tym.
- Na pana miejscu nie byłabym tego taka pewna. Ale cóż, nie jestem na pana miejscu.
- I dobrze, że pani nie jest, proszę pani. Każdy lepiej sprawuje się na swoim miejscu. Na cudzym mu nie wychodzi. Dlatego też tyle zamachów stanu się nie powiodło.
- Ja tam sobie myślę, że nie powiodły się dlatego, iż ci, przeciw którym robiono te zamachy stanu, byli zbyt czujni i zbyt wielu agentów mieli na swoich usługach.
- To też możliwe.
- Pan, panie kapitanie, to też jest niewątpliwie okazem takiego agenta do zadań specjalnych.
- Jakże to?
- A tak to. Król powierzył teraz panu poważne zadanie do wykonania. Od powodzenia tej misji zależy spokój w naszej ukochanej Francji. Jeśli pan i pańscy towarzysze zawiodą, wówczas wybuchnie wojna, w której zginie wielu. Tymczasem spiskowcy na pewno, z łatwością przeprowadzą zamach stanu i przejmą władzę.
- Sądzi pani, że tylko po to, wywoływaliby wojnę, aby przeprowadzić zamach stanu?
- Owszem - odpowiedziała pani Helena z miną doświadczonej osoby - Nie wiesz pan, że najłatwiej przejąć władzę, kiedy trwa wojna? Cała uwaga skierowana jest wtedy na pole walki. Nikt nie myśli o spiskach, oczywiście oprócz samych spiskowców. Nie mówiąc już o tym, że gdyby królowi nie udało się prowadzić walki korzystnie dla Francji, to wówczas lud byłby niezadowolony i podatny na nawoływania do buntu. Gdy pojawi się ktoś, kto będzie potrafił przemówić do ludzi, to będą gotowi obalić prawowitego władcę a na tronie osadzić nawet pana, choć przecież nie masz pan ani kropli królewskiej krwi w swoich żyłach. No, a jeszcze, kiedy pod pana dowództwem nieprzyjaciel zostanie pokonany, to pański sukces jest już pewny. Zostaniesz pan koronowanym władcą. Pierwszym z nowej dynastii Trechevile’ów.
Kapitan uśmiechnął się lekko, po czym odpowiedział:
- Tak, ale musiałbym w takim wypadku tę wojnę wygrać. A co, jeśliby mi się nie powiodło? Albo też co będzie, jeśli ktoś się upomni o Burbonów i zechce ich przywrócić na tron? Mam na myśli oczywiście władców innych krajów, którzy przecież nie będą obojętni na to, że byle kto rządzi Francją.
- Może zareagują, może nie zareagują. Kto wie? Król Anglii Henryk IV był najpierw wasalem i rycerzem Ryszarda II, a potem go obalił i sam się koronował. I co? Jakoś wszyscy go uznali za władcę.
- Ale to miało miejsce w Anglii, w tym barbarzyńskim kraju.
- We Francji może też kiedyś podobnie bywało.
- Wiesz dobrze, pani, że u nas nigdy tego nie było.
- Oj tam, może nie było… ale wszak mogłoby być! Faktem jest, że tak naprawdę historię piszą zwycięzcy. Jak w starożytnym Rzymie. Wygraj pan wojnę, a lud nawet koronę Francji panu odda.
- Ale jak już powiedziałem, najpierw trzeba jeszcze tę wojnę wygrać. A jeśli się jej nie wygra, to co wtedy?
- Wtedy to, jak już mówiłam, koniec. Nie będzie wówczas nikomu po francusku mówić.
- Dlaczego takie czarne barwy?
- A dlaczego takie różowe?
- Nie wszystko musi się kończyć źle.
- Niby nie, jednakże większość intryg w naszym kraju wywołuje więcej zamieszania niż zaplanowano. Najgorsze jednak są konsekwencje intryg. Są one straszne, bo nieuniknione. Każdy czyn ma swoją konsekwencję. Dobry czy zły. I prędzej czy później każdy z nas ponosi konsekwencje tego, co robi.
- Być może ja swoich już doznałem. Konsekwencje, czy raczej karę za głupotę młodości, ale mniejsza o to. Swoją drogą, nie uważa pani, że to zbrodnia? - zapytał kapitan, nalewając sobie jeszcze czekolady i dosypując cukru.
- Co jest zbrodnią?
- Otóż zbrodnią jest to, że ludzie potrafią dla zaspokojenia własnych ambicji wywołać wojnę i poświęcić setki ludzkich istnień, byleby tylko osiągnąć swoje nędzne cele - wyjaśnił Trechevile.
- A tak, mój panie, a tak - potwierdziła pani Helena kiwając głową na znak zgody - Zgadzam się z panem całkowicie. To prawdziwa zbrodnia. Ludzie, którzy tak robią, to prawdziwi zbrodniarze.
- I zdrajcy.
- No, nie powiedziałabym tego.
- Nie rozumiem - kapitan był wyraźnie zdumiony.
- To proste - pułkownikowa szybko pośpieszyła z wyjaśnieniem - Otóż moim zdaniem zdrada to często wyłącznie kwestia dat. Na przykład teraz ci spiskowcy, o których mowa, to zdrajcy, a my jesteśmy patriotami. Ale jeśli (co nie daj Boże) oni przejmą władzę, to wówczas ci zamachowcy będą patriotami, a my zdrajcami. Widzi pan, wszystko zależy od dat, które wszak szybko się zmieniają.
- Ja bym sądził, że wiele zależy od panujących i rządu, a to zmienia się równie szybko. No i od osądu własnego sumienia.
- To bardzo trafna uwaga. Widzę, mój panie, że mam w panu godnego rozmówcę.
Trechevile był mile połechtany tym komplementem.
- Ja go również mam w pani.
- Miło mi to słyszeć.
Rozmowa toczyła się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie kapitan wstał, pożegnał się i wyszedł. Pani Helena de Saudier zaś jeszcze chwilę siedziała i zastanawiała się nad tym, o czym dzisiaj mówili. Według niej Trechevile podchodził do omawianych spraw z sercem, a ona z rozumem. Uznała więc tę rozmowę za wspaniały przykład odwiecznej utarczki serca i rozumu. Tym razem jednak oba te czynniki zdawały się zgadzać w wielu sprawach. A bardzo rzadko kiedy to się zdarzało. Zbyt rzadko. Serce zawsze powinno iść w parze z rozumem. Ale niestety tak nie jest. Niestety.
Tego wieczoru, gdy Raul zasięgał u Luizy niezbędnych dla swojej misji informacji, kapitan Andre Trechevile udał się na filiżankę gorącej czekolady do pani pułkownikowej. Kapitan, jak na człowieka dobrze wychowanego przystało, zawsze zapowiadał swoją wizytę, dzięki czemu był zawsze nie tylko miłym ale i niecierpliwie oczekiwanym gościem.
- Witam panią. Jakże zdrowie ? - zapytał kapitan, całując gospodynię w rękę.
- Dzięki Bogu, dopisuje mi - odpowiedziała pułkownikowa.
- Miło mi to słyszeć.
- Proszę. Niechże pan siądzie.
Helena de Saudier wskazała kapitanowi jego ulubiony fotel, na którym on natychmiast wygodnie się usadowił.
- Czy poznała pani najnowsze nowiny z dworu królewskiego? - zaczął rozmowę Trechevile.
- Tak. To jest naprawdę straszne - odpowiedziała pani Helena smutnym głosem - Wiadomo już, kto to zrobił?
- Jeszcze nie, jednakże powiem pani w zaufaniu (bo wiem, że mogę pani zaufać), iż to właśnie nam, to jest mnie oraz moim trzem najlepszym muszkieterom, powierzono zadanie odnalezienia owego dokumentu. Wśród tych wybrańców jest również bratanek pani męża.
- Fryderyk?
- Nie inaczej.
Helena de Saudier poczuła się dumna. Co prawda chłopak był zaledwie bratankiem jej zmarłego męża, ale czuła się tak, jakby była jego rodzoną stryjenką, a prócz tego traktowała go jak własnego syna.
- Wspaniale. Wreszcie będzie mógł się chłopak wykazać.
- Już się wykazał, łaskawa pani - wyjaśnił kapitan - Podczas obrony Jej Królewskiej Mości.
- A tak, słyszałam o tym incydencie. Ponoć Raul dowiódł swej niemal szaleńczej wierności naszej królowej i ojczyźnie. Niezwykła odwaga.
- To prawda. Ciekawi mnie tylko, jak to możliwe, że w tak młodych ludziach znajduje się aż tyle odwagi.
- Och, mój panie. To przecież bardzo proste - pani Helena popatrzyła na Trechevile z lekkim politowaniem.
- Daruje pani, ale nie dla mnie. Mogłaby pani to bliżej wyjaśnić?
- Oczywiście. Z przyjemnością to panu wytłumaczę.
Na twarzy pułkownikowej malowała się radość i zapał do opowiadania. Lubiła ona mówić i niesamowitą przyjemność sprawiało jej to, że ktoś zechce słuchać jednego z jej wywodów. Wyprostowała się więc w fotelu i zaczęła mówić:
- Widzi pan, nasze społeczeństwo, a raczej nasza młodzież została wychowana na historiach o walecznych rycerzach i muszkieterach, którzy własne życie potrafili dla ojczyzny poświęcić. My, to jest dorośli, raczymy naszych młodszych wiekiem podopiecznych tymi opowieściami i stawiamy im takie postacie za wzór. Wówczas to ci młodzi ludzie czują się tak, jakbyśmy im wskazali to, co w życiu najważniejsze i najpiękniejsze. Starają się więc do tego ideału dążyć za wszelką cenę. Musi ta nasza młodzież dokonać równie walecznych czynów, jakich kiedyś dokonali bohaterowie z naszych opowieści, w innym przypadku nasze nowe pokolenie czuje się niedowartościowanymi.
- Albo uważają, że nie są godni być naszymi synami czy bratankami - dokończył Trechevile z lekkim uśmiechem.
- Właśnie, właśnie. O to chodzi - potwierdziła jego słowa pani Helena - Widzę, że pan rozumiesz, o czym mówię. Młodzi ludzie nie potrafią żyć ze świadomością, że np. mają już dwadzieścia lat i wciąż nie spełnili oni żadnego szlachetnego lub bohaterskiego czynu. Są z tego niezadowoleni. Za wszelką cenę starają się udowodnić wszystkim dookoła, a zwłaszcza sobie samym, że potrafią dorównać słynnym przodkom. Stanowiącym przykład dla nich. I w tym największy problem.
- Jak to? - zdziwił się Trechevile.
- Ponieważ im bardziej chcą nam to udowodnić, tym bardziej im to nie wychodzi. Albo ich plan wcale się nie udaje, albo też wpadają w poważne tarapaty. Rzucają się w wir przygód i pojedynków, a w końcu giną, zaś nam, starym i rozsądnym, zostaje wtedy tylko opłakiwać tych biednych, młodych zapaleńców i przeklinać samych siebie, żeśmy im w głowę wbili te głupie rycerskie opowieści o wielkich bohaterach.
- Tak to już jest, moja pani - powiedział Andre Trechevile, smutnie spuszczając głowę - Ale nie wszyscy młodzi zapaleńcy giną.
- O tak, na całe szczęście nie wszyscy. Ci młodzi chłopcy zostają mężczyznami, biorą ślub, mają dzieci i poważnieją. A tymczasem dzieci dorastają i co się okazuje? Że postępują one tak samo, jak ich rodzice, gdy byli w ich wieku. Historia zatem zatacza koło.
- Oj, bardzo często tak się zdarza, moja pani - rzekł kapitan, popijając czekoladę z filiżanki.
- Zbyt często, mój panie, zbyt często. Może jeszcze cukru?
- Chętnie, ale odrobinę.
Trechevile kontynuował rozmowę, zmienił jednak jej temat.
- Czy pani popiera politykę merkantylizmu?
- Ach, merkantylizm - powiedziała z lekkim lekceważeniem Helena de Saudier - Od czasów śp. ministra Colberta nic innego we Francji już nie słychać, jak tylko „władza absolutna” albo „merkantylizm”. Jakby ludzie myśleli, że tylko taka polityka jest zdolna uratować nasz kraj. Śmieszni są ci urzędnicy z tą swoją władzą absolutną albo merkantylizmem.
- Nie popiera pani władzy absolutnej?
- Moim skromnym zdaniem (ufam wszak, że zachowa je pan dla siebie) władza absolutna nigdy doskonała nie była i nie będzie. Co prawda ukróci ona samowolę naszych wielkich panów, ale spowoduje korupcję i powoła do życia różnego rodzaju pasożyty żyjące na koszt państwa. Pasożyty zwane królewskimi urzędnikami. Zresztą, co ja mówię, spowoduje?! Ona już to spowodowała. Jednak swoją drogą przeciwwaga władzy absolutnej, to jest republika, wprowadzała niemalże to samo okropieństwo, tyle że pod inną nazwą. Nie popieram więc ani jednego systemu, ani drugiego. Uważam, że powinien panować trójpodział władzy. Bo jak król jest jednocześnie władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, to łatwo o pomyłkę w jednej z tych dziedzin. Ale cóż ja mogę o tym wszystkim wiedzieć? Jestem tylko skromną kobietą. Kto tam się liczy z moim zdaniem?
- Ja na przykład.
- Czyżby? To miło z pana strony. Jednak w tej sprawie lepiej się nie wyrażać. A co do merkantylizmu, to według mnie posiada on wiele wad.
- Jakich to?
Helena de Saudier ponownie spojrzała na swego rozmówcę z lekkim uśmiechem jakby politowania.
- Jakże to, jakich? Panie Trechevile, weź pan wysil teraz swoją uroczą główkę i swój uroczy rozum. Chyba, że są one obecnie na przepustce.
- Mój rozum nigdy nie ma przepustki - odpowiedział kapitan nieco urażony jej słowami - Nie może jej mieć, gdyż zbyt jest potrzebny.
- To logiczne. Więc skoro nie jest na wakacjach, to niech pomyśli przez chwilę logicznie. Gospodarka, wymyślona przez pana Colberta, mówi nam wyraźnie o wspomaganiu eksportu rodzimego towaru oraz o nakładaniu wysokich ceł na towary importowane zza granicy. Teraz pomyśl pan. Jakby tak wszystkie kraje postępowały tak samo, to kto wtedy kupowałby towary wyprodukowane w innych krajach? Odpowiedź wydaje się prosta - nikt, bo w ogóle nie dochodziłyby one do granicy, gdyż cła by były zbyt wielkie.
Trechevilowi odpowiedź, że większość krajów niektórych towarów nie jest w stanie produkować i musi je kupować gdzie indziej, jakoś nie chciała przejść przez gardło. Bo jak tu wytłumaczyć zacietrzewionej rozmówczyni, że większość krajów nie może tychże towarów produkować, a to z powodu trudności natury technicznej lub z powodu braku surowców? Choćby do produkcji broni potrzebna jest ruda żelaza i specjaliści, którzy ją przetapiają na stal oraz płatnerze, którzy z niej wyrabiają broń, rusznikarze itd. To jest bardzo trudna sztuka. Większość krajów musi więc kupować towary zza granicy. Choćby takie wina. Przecież winorośl rośnie tylko tam, gdzie jest ciepło. Jeśli więc mieszkańcy północnych krajów chcą pić wino, to muszą je kupować w krajach leżących na południu Europy i żadne cła tu nie pomogą. Przezornie kapitan zachował swoje spostrzeżenia dla siebie, a pani Helena nadal krytykowała niefortunny jej zdaniem, pomysł pana Colberta.
- Rynki zapełnione tylko tym towarem, który jest dostępny w kraju, a rzeczy zza granicy, potrzebne bardzo wielu ludziom, nie docierają do nas w ogóle. Pomyśl pan o losie kobiet pozbawionych dostępu do piór zdobiących nasze kapelusze tylko dlatego, że ptaki, od których pochodzą, mają kaprys przebywania na terytorium będącym pod władaniem Anglii lub Hiszpanii. To okrutne! Albo koronki, czy porcelana? Wysokie cła powodują wysokie ceny na te towary i jeśli np. ja pragnę kupić sobie modny kapelusz lub też częstować gości czekoladą nalaną do porcelanowej filiżanki, to muszę zapłacić o wiele więcej, niż płaciłabym, gdyby tego cła w ogóle nie było! To niesprawiedliwe i bardzo, ale to bardzo krzywdzące. Powiem więcej, to jest wręcz barbarzyństwo!
- Z tego co pani mówi, można by pomyśleć, że merkantylizm jest sam w sobie zły - zachichotał Trechevile.
- A nie jest? - zapytała Helena de Saudier.
Pan Andre Trechevile nie bardzo wiedział, jak ma wytłumaczyć pani Helenie istotę merkantylizmu tak, aby w żaden sposób jej nie urazić. Starał się mówić bardzo delikatnie i ostrożnie. Wszak pani Helena była niezwykle mądrą kobietą, ale nawet jej mądrość miała swoje granice, czego właśnie teraz mógł doświadczyć.
- Oczywiście, że nie. Widzi pani, na szerszą skalę to może groziłoby poważnymi konsekwencjami, ale w obrębie Francji nie grozi to niczym.
- Niczym, uważa pan? No dobrze, a któż panu zaręczy, że nagle kupcy, którzy muszą płacić te gigantyczne cło, nie zbuntują się i nie wstrzymają dostawy towaru do nas? Zostaniemy wówczas bez piór, koronek, porcelany, niektórych tkanin i innych niezbędnych do życia rzeczy!
- Mają zdrowy rozsądek. Będą niezadowoleni, ale zapłacą cło, byleby tylko sprzedać swoje towary. Rynki zbytu nie są aż tak rozległe. Sprzedadzą na pewno, może z mniejszym zyskiem, ale nie zrezygnują z tak wielkiego odbiorcy towarów, jakim jest Francja.
- O ho, ho! Taki pan pewien jest, że nie zrezygnują?
- Oczywiście. Zbyt im zależy na sprzedaży i zysku, żeby się buntowali.
- Ale jeżeli mimo to się zbuntują, to co wtedy? Wojna gospodarcza? - spytała Helena de Saudier.
- Jaka tam wojna, moja pani. Najwyżej drobne niezadowolenie, ale nic poza tym.
- Na pana miejscu nie byłabym tego taka pewna. Ale cóż, nie jestem na pana miejscu.
- I dobrze, że pani nie jest, proszę pani. Każdy lepiej sprawuje się na swoim miejscu. Na cudzym mu nie wychodzi. Dlatego też tyle zamachów stanu się nie powiodło.
- Ja tam sobie myślę, że nie powiodły się dlatego, iż ci, przeciw którym robiono te zamachy stanu, byli zbyt czujni i zbyt wielu agentów mieli na swoich usługach.
- To też możliwe.
- Pan, panie kapitanie, to też jest niewątpliwie okazem takiego agenta do zadań specjalnych.
- Jakże to?
- A tak to. Król powierzył teraz panu poważne zadanie do wykonania. Od powodzenia tej misji zależy spokój w naszej ukochanej Francji. Jeśli pan i pańscy towarzysze zawiodą, wówczas wybuchnie wojna, w której zginie wielu. Tymczasem spiskowcy na pewno, z łatwością przeprowadzą zamach stanu i przejmą władzę.
- Sądzi pani, że tylko po to, wywoływaliby wojnę, aby przeprowadzić zamach stanu?
- Owszem - odpowiedziała pani Helena z miną doświadczonej osoby - Nie wiesz pan, że najłatwiej przejąć władzę, kiedy trwa wojna? Cała uwaga skierowana jest wtedy na pole walki. Nikt nie myśli o spiskach, oczywiście oprócz samych spiskowców. Nie mówiąc już o tym, że gdyby królowi nie udało się prowadzić walki korzystnie dla Francji, to wówczas lud byłby niezadowolony i podatny na nawoływania do buntu. Gdy pojawi się ktoś, kto będzie potrafił przemówić do ludzi, to będą gotowi obalić prawowitego władcę a na tronie osadzić nawet pana, choć przecież nie masz pan ani kropli królewskiej krwi w swoich żyłach. No, a jeszcze, kiedy pod pana dowództwem nieprzyjaciel zostanie pokonany, to pański sukces jest już pewny. Zostaniesz pan koronowanym władcą. Pierwszym z nowej dynastii Trechevile’ów.
Kapitan uśmiechnął się lekko, po czym odpowiedział:
- Tak, ale musiałbym w takim wypadku tę wojnę wygrać. A co, jeśliby mi się nie powiodło? Albo też co będzie, jeśli ktoś się upomni o Burbonów i zechce ich przywrócić na tron? Mam na myśli oczywiście władców innych krajów, którzy przecież nie będą obojętni na to, że byle kto rządzi Francją.
- Może zareagują, może nie zareagują. Kto wie? Król Anglii Henryk IV był najpierw wasalem i rycerzem Ryszarda II, a potem go obalił i sam się koronował. I co? Jakoś wszyscy go uznali za władcę.
- Ale to miało miejsce w Anglii, w tym barbarzyńskim kraju.
- We Francji może też kiedyś podobnie bywało.
- Wiesz dobrze, pani, że u nas nigdy tego nie było.
- Oj tam, może nie było… ale wszak mogłoby być! Faktem jest, że tak naprawdę historię piszą zwycięzcy. Jak w starożytnym Rzymie. Wygraj pan wojnę, a lud nawet koronę Francji panu odda.
- Ale jak już powiedziałem, najpierw trzeba jeszcze tę wojnę wygrać. A jeśli się jej nie wygra, to co wtedy?
- Wtedy to, jak już mówiłam, koniec. Nie będzie wówczas nikomu po francusku mówić.
- Dlaczego takie czarne barwy?
- A dlaczego takie różowe?
- Nie wszystko musi się kończyć źle.
- Niby nie, jednakże większość intryg w naszym kraju wywołuje więcej zamieszania niż zaplanowano. Najgorsze jednak są konsekwencje intryg. Są one straszne, bo nieuniknione. Każdy czyn ma swoją konsekwencję. Dobry czy zły. I prędzej czy później każdy z nas ponosi konsekwencje tego, co robi.
- Być może ja swoich już doznałem. Konsekwencje, czy raczej karę za głupotę młodości, ale mniejsza o to. Swoją drogą, nie uważa pani, że to zbrodnia? - zapytał kapitan, nalewając sobie jeszcze czekolady i dosypując cukru.
- Co jest zbrodnią?
- Otóż zbrodnią jest to, że ludzie potrafią dla zaspokojenia własnych ambicji wywołać wojnę i poświęcić setki ludzkich istnień, byleby tylko osiągnąć swoje nędzne cele - wyjaśnił Trechevile.
- A tak, mój panie, a tak - potwierdziła pani Helena kiwając głową na znak zgody - Zgadzam się z panem całkowicie. To prawdziwa zbrodnia. Ludzie, którzy tak robią, to prawdziwi zbrodniarze.
- I zdrajcy.
- No, nie powiedziałabym tego.
- Nie rozumiem - kapitan był wyraźnie zdumiony.
- To proste - pułkownikowa szybko pośpieszyła z wyjaśnieniem - Otóż moim zdaniem zdrada to często wyłącznie kwestia dat. Na przykład teraz ci spiskowcy, o których mowa, to zdrajcy, a my jesteśmy patriotami. Ale jeśli (co nie daj Boże) oni przejmą władzę, to wówczas ci zamachowcy będą patriotami, a my zdrajcami. Widzi pan, wszystko zależy od dat, które wszak szybko się zmieniają.
- Ja bym sądził, że wiele zależy od panujących i rządu, a to zmienia się równie szybko. No i od osądu własnego sumienia.
- To bardzo trafna uwaga. Widzę, mój panie, że mam w panu godnego rozmówcę.
Trechevile był mile połechtany tym komplementem.
- Ja go również mam w pani.
- Miło mi to słyszeć.
Rozmowa toczyła się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie kapitan wstał, pożegnał się i wyszedł. Pani Helena de Saudier zaś jeszcze chwilę siedziała i zastanawiała się nad tym, o czym dzisiaj mówili. Według niej Trechevile podchodził do omawianych spraw z sercem, a ona z rozumem. Uznała więc tę rozmowę za wspaniały przykład odwiecznej utarczki serca i rozumu. Tym razem jednak oba te czynniki zdawały się zgadzać w wielu sprawach. A bardzo rzadko kiedy to się zdarzało. Zbyt rzadko. Serce zawsze powinno iść w parze z rozumem. Ale niestety tak nie jest. Niestety.
1 komentarz:
Helena to przemądrzała i wygadana osoba. Podobnie jak Colgen, potrafi zbić każdy argument i postawić na swoim, dzięki czemu stanowi inteligentną rozmówczynię, posiadającą swoje zdanie, choć trudno jest ją nakłonić do zmiany opinii, nawet jeśli okazuje się, że nie zawsze ma rację, ale dzięki niej Trechevile ma przynajmniej z kim toczyć poważne dysputy. No i ją przynajmniej uważa za godną szacunku i niepozbawioną ludzkich uczuć osobę, bo zna ją na tyle dobrze, że wie, iż jest naprawdę porządną i uczciwą kobietą oraz prawdziwą damą, której należy się poważanie i szacunek i tak też ją traktuje.
Prześlij komentarz