Rozdział XIX
W którym dowiadujemy się, jak bardzo szkodliwą wadą jest zazdrość
W którym dowiadujemy się, jak bardzo szkodliwą wadą jest zazdrość
Raul korzystając z zaproszenia odwiedził pannę Luizę i ze zdziwieniem stwierdził, że różni się ona znacznie od innych kobiet, które dotychczas znał. A mówiąc „innych” oczywiście miał na myśli jedną, konkretną kobietę, która złamała mu serce. Rzecz jasna mowa tu o dobrze znanej Czytelnikom pannie Francesce. Porównywał on teraz obie panny w swoich myślach i zauważył, jak skrajnie różniły się ich charaktery. Francesca była niezwykle wybuchowa, często najpierw działała, a potem myślała. Raul nie pamiętał także, aby jego wybranka kiedykolwiek rozmawiała z nim o dobrej literaturze, co najwyżej o tych raczej kiepskich romansach, w których się wciąż zaczytywała. Ale takich książek (przynajmniej zdaniem Raula) nikt normalny nie zaliczyłby do dobrej literatury, którą warto było poznać. Z Luizą było zaś zupełnie inaczej. Młodzieniec miał z nią wiele wspólnych tematów. Odnalazł w tej młodej kobiecie pokrewną duszę. Ach, gdyby tylko nie kochał się w niej Francois. Raul natychmiast skorzystałby z takiej okazji i zaczął starania o jej rękę. Bo chyba tylko głupiec nie skorzystałby z możliwości poślubienia tak wspaniałej niewiasty, jak ona. Jednak tu Raul, gdyby nawet miał takie zamiary, to natrafiłby na poważna przeszkodę w osobie swego najlepszego przyjaciela, który był wszak zakochany w pannie Colgen, a uczucia przyjaciela były dla naszego Gaskończyka rzeczą świętą, dlatego przeszkadzanie im nie wchodziło w grę.
Pojawił się jednak jeszcze jeden dylemat, który nie dawał naszemu bohaterowie spokoju. Otóż Raul, im częściej widywał pannę Luizę, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś ją widział. Wiedział, że to bardzo głupie uczucie, ale mimo wszystko czuł to. I to do tego zdawało mu się, iż od dawna przyjaźnili się ze sobą i żyli razem w doskonałej harmonii. Niczym jacyś starzy przyjaciele. Oczywiście to było raczej mało prawdopodobne, ale jak zwykła mawiać szanowna pani Helena de Saudier (którą on bardzo szanował) przeczucia nie mylą, a jeżeli już, to rzadko. Dlatego też Raul wierzył, że kiedyś, jak już pozna prawdę, to okaże się wówczas, że przeczucia go nie myliły.
Na razie jednak wystarczyło mu to, iż mógł odwiedzać pannę Luizę, toczyć niezwykle ciekawe dysputy na różne tematy, wymieniać poglądy, spostrzeżenia itp. rzeczy, jakie lubią robić ludzie w młodym wieku, kiedy łączy ich przyjaźń.
Co zaś do panny Colgen, to miała ona podobne odczucia co Raul. Nie przyznawała się jednak do nich nikomu, za wyjątkiem Raula Charmentalla, oczywiście. Czuła bowiem, że właśnie jemu i tylko jemu może swobodnie opowiedzieć wszystko, co tylko zechce, o każdym swoim problemie oraz przeczuciu. On jej nie wyśmieje ani nie wykpi, lecz wysłucha i mądrze doradzi. Tak, to jest prawdziwie szlachetny człowiek. Był jej niczym brat i przyjaciel. Czasami śniła w swoich największych marzeniach, że podobnie jak Viola i Sebastian ze sztuki Szekspira, tak i oni okażą się zaginionymi przed laty bliźniętami. Jednak wiedziała, iż to tylko zwykłe mrzonki. Chociaż, przyszłość była jej nie znana i wszystko mogło się wydarzyć.
***
Raul wrócił do swojego pokoju w gospodzie „Pod Złamaną Szpadą”, zjadł obiad i spytał gospodarza o swoich trzech druhów. Dowiedział się, że Trechevile został w koszarach, Fryderyk skorzystał z przepustki i odwiedził hrabinę de Saudier, zaś Francois dostał ponoć jakiś bilecik, po którego przeczytaniu wyleciał z gospody jak z procy i tyle go widziano.
- Ach, prawda, do jaśnie pana także jest pismo - zawołał gospodarz, przypominając sobie.
To mówiąc wyjął zza pazuchy list i podał je Charmentallowi.
Młodzieniec natychmiast rozerwał kopertę i odczytał pismo.
Jeśli jest pan człowiekiem honoru, proszę pana bardzo, aby raczył pan przyjść w nocy o dziewiątej do bramy Hotelu Luksemburskiego. Jestem zagrożona i potrzebuję pana pomocy. To bardzo ważne.
L.C.
Inicjały na końcu listu dla Raula mówiły same za siebie. Muszkieter bez trudu odgadł po nich, kto jest autorem tego listu. L.C. to znaczy Luizy Colgen. Dziewczyna, skoro do niego napisała, to wyraźnie potrzebowała jego pomocy, a w takim wypadku on, jako szlachcic i żołnierz, a prócz tego jej najlepszy przyjaciel, musiał natychmiast pośpieszyć jej z pomocą. Dama w opresji to wszak wyzwanie dla honoru muszkietera. Każdy szanujący się człowiek pomaga ludziom w opresji, a robi to już zwłaszcza wtedy, jeśli tym człowiekiem jest kobieta.
Raul zaczekał więc na odpowiednią porę i punktualnie o dziewiątej był pod bramą Hotelu Luksemburskiego. Luizy jeszcze nie było, więc się nie spóźnił. Co prawda dziwiło go to, że dziewczyna wybrała taką porę i takie miejsce na spotkanie w niezwykle ważnej sprawie, jednak ostatecznie, jeśli taka jest wola, to niech tak będzie. Poza tym Luiza pisze, że jest zagrożona. Pewnie jedynie w nocy ma możliwość wyrwania się spod czujnych oczu ludzi, którzy jej zagrażają i spotkać się z nim, żeby mu powierzyć swój sekret. Tak, to było jedyne sensowne wytłumaczenie.
Chłopak zatem cierpliwie czekał. W końcu zobaczył jakąś postać w płaszczu z kapturem zbliżającą się w jego stronę. Pomyślał, że to na pewno Luiza, więc ruszył biegiem w kierunku tej osoby.
- Witam cię, pani. Jestem, tak jak było umówione. Cieszę się, że panią widzę - powiedział bardzo mocno przejęty licząc na odpowiedź.
Postać w kapturze jednak nie przemówiła do niego ani słowa. Cały czas tylko milczała.
- Mówiłaś pani, że grozi ci jakieś niebezpieczeństwo. Mów więc, o co chodzi - mówił dalej Raul.
Postać jednak nadal milczała.
- Pani, powiedz wreszcie, czy coś ci zagraża?
Postać kiwnęła tylko lekką głową, co oznaczało „tak”.
- Mów więc, pani, kim jest ten łajdak, który ci zagraża?
Zakapturzona postać wciąż milczała.
- Nie wstydź się pani. Mów ze mną otwarcie, kto to jest? - dopytywał się chłopak.
- Raul Charmentall - odezwała się wreszcie postać.
Raul był bardzo zdumiony. Nic z tego nie rozumiał. On sam stanowił zagrożenie dla Luizy? To niemożliwe. To musi być jakiś głupi dowcip. Ale czy panna Colgen wezwała go tu jedynie tylko po to, by stroić sobie z niego żarty? Jakoś mu to takie postępowanie nie pasowało do niej. To wszystko wyglądało dość podejrzanie.
Nagle postać zerwała płaszcz i odrzuciła go za siebie. Wówczas oczom zdumionego Gaskończyka ukazał się… Francois de Morce.
- To ty, Francois? - zapytał Raul.
- Tak, Raulu. To ja - odpowiedział de Morce, którego twarz i głos wyrażały wściekłość - Widzę, przyjacielu, że moja obecność tutaj bardzo cię dziwi.
- Oczywiście - rzekł Charmentall, który był coraz bardziej zdumiony tym, co właśnie miało miejsce – Spodziewałem się kogoś innego.
- Innego, tak? - zakpił sobie z niego Francois - Za pewne kobiety. Niech zgadnę. Chodzi o pannę Luizę, nieprawdaż?
- Owszem, nie zamierzam tego przed tobą ukrywać. Dostałem dzisiaj list od niej z wieścią, że grozi jej wielkie niebezpieczeństwo.
- Łżesz, ty łotrze! Strach cię obleciał, bowiem zamiast panny Colgen, którą tutaj podstępnie chciałeś zwabić, zastałeś mnie! Ale ja zostałem już uprzedzony, że będziesz tu czekał na nią, aby ją porwać i zastawiłem na ciebie pułapkę.
- O czym ty mówisz? - Raul był jednocześnie zdumiony i przerażony.
- Dobrze wiesz, o czym ja mówię, ty nędzniku! - krzyknął wściekle Francois - Wiedziałeś, że kocham pannę Luizę, ale bezczelnie ją uwodziłeś, a teraz chciałeś ją porwać i zniewolić. Ale to ci się nie uda!
- To zniewaga i potwarz!
- Boli cię prawda, czyż nie?! Trzeba było się zastanowić nad tym, czy warto bałamucić cudze ukochane!
- Nikogo nie bałamucę. Z Luizą łączy mnie jedynie przyjaźń.
- Dość tej gadaniny! Chwytaj za szpadę i broń się!
To mówiąc Francois schwycił za broń i wymierzył jej ostrze w pierś przyjaciela. Raul patrzył na niego z trudem zachowując stoicki spokój.
- Schowaj broń, przyjacielu - rzekł spokojnym tonem.
Ale Francois nie był skory do słuchania go. Opętała go żądza walki i wcale nie zamierzał z niej zrezygnować, nawet gdyby musiał zabić swego przeciwnika zupełnie bezbronnego, choć tego wolał uniknąć.
- Chwyć za szpadę - powtórzył wściekle Francois.
- Schowaj broń, dobrze ci radzę. Pojedynki są zakazane, wiesz o tym. Chcesz wylądować w Bastylii?
- Chwytaj szpadę. Chwytaj szpadę, bo ci łeb odetnę!
- Uspokój się, człowieku.
- Broń się!
- Bóg mi świadkiem, że nie ja chciałem tej walki - rzekł Raul i wyjął szpadę - Stawaj zatem, przyjacielu.
Francois natarł zaciekle na Raula, ten zaś skupił się przede wszystkim na obronie i unikaniu walki, gdyż nie chciał zabijać przyjaciela. Robił uniki i parował ciosy, co jakiś czas powtarzając „Schowaj broń, przyjacielu” albo „Uspokój się”. Słowa te jednak nic nie dały, bowiem Francois z natury był bardzo porywczy i słowa do niego nie docierały. A jeśli docierały, to z opóźnieniem. Wolał spory wyjaśniać za pomocą szpady zamiast rozmowy. Z przykrością musimy przyznać, że należało to do jego największych wad. Ale nie martwcie się, Drodzy Czytelnicy, miał on również wiele zalet. Będziemy mieli jeszcze okazję się o tym przekonać. Na razie jednak toczy się walka.
Raul, mając dość tego całego starcia, wykonał świetny zwrot i nim Francois zdążył się zorientować, to jego szpada poleciała w kąt. A on sam miał na sztychu szpady swego przeciwnika.
- Kończ sprawę - rzekł Francois.
Raul popatrzył na niego załamany.
- Uspokój się i wysłuchaj mnie - przemówił do niego tonem, którego nie powstydziłby się żaden kaznodzieja.
- Wysłucham cię, ale skamlącego o litość - warknął Francois.
Młody Charmentall popatrzył się z lekkim smutkiem i zawiedziony zachowaniem swego przyjaciela.
- Podnieś - mruknął do niego i odsunął od niego swoją broń.
Baron de Morce poszedł do swojej szpady i chwyciwszy ją zaatakował jeszcze zacieklej niż poprzednio. Raul z trudem już odpierał jego ciosy, ale mimo wszystko trzymał się dzielnie. Parował i robił uniki, lecz parę razy musiał sam zacząć uderzać, żeby uniknąć przebicia szpadą. Jednak w końcu zdenerwował się i chwilę po tym jak Francois o mało nie odrąbał mu głowy,sam ruszył do tak silnego oraz zaciekłego natarcia, że wkrótce ostrze szpady młodego barona pękło na pół. Francois zrozumiał, iż nadeszła jego ostatnia chwila.
- Dokończ dzieła - zawołał do niego.
Raul jednak rzucił mu swoją szpadę, a następnie wymierzył jej ostrze w swoją pierś.
- Ty dokończ, jeśli uważasz, że na to zasłużyłem - rzekł - Ale wiedz mi, że nigdy nie zdradziłem naszej przyjaźni. Szanuję pannę Luizę i lubię ją. Jednakże nigdy jej nie bałamuciłem.
- Dajesz na to słowo?
- Słowo szlachcica.
Broń wypadła Francois z ręki i łzy mu stanęły w oczach. Rzucił się Raulowi w objęcia.
- Wybacz mi, przyjacielu - płakał - Ale kiedy usłyszałem, że próbujesz zdobyć serce panny Luizy Colgen i chcesz ją porwać, zdenerwowałem się i przestałem myśleć racjonalnie.
- Ale jak mogłeś uwierzyć w coś takiego? - zdumiał się Raul, klepiąc przyjaciela po plecach.
- Pokazała mi list od ciebie do Luizy.
- Jak to, pokazała? Znaczy się kto?
- Hrabina de Willer.
Raul był zdumiony, gdy usłyszał to nazwisko.
- Hrabina?
- Tak, ona sama. Powiedziała mi, że odebrała twój list do panny Luizy i że próbujesz tą biedną dziewczynę zbałamucić. Nie wiesz nawet, jak jej słowa były przekonujące.
Raulowi pociemniało w oczach. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Przecież hrabina to taka dobra kobieta, opiekunka i nauczycielka Luizy. Przynajmniej tak mu się dotąd wydawało. Teraz natomiast okazało się, że to zwykła, nędzna intrygantka. Napuściła na siebie dwóch przyjaciół i to bez nijakiego powodu. Zapewne to ona również napisała do niego ten list. Ale dlaczego? Co jej z tego przyszło? Co chciała przez to osiągnąć? Wszystko to było mocno podejrzane. Zbyt wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi, co sprawiało, że Charmentall w głębi serca czuł się bardzo zaniepokojony, podobnie jak i jego przyjaciel.
- Powiedz mi, Raul - rzekł Francois - Czy możesz mi przysiąc, że nie wzywałeś tu dziś w nocy Luizy i nie chciałeś jej porwać?
- Oczywiście, mój drogi przyjacielu. Jak mogłeś choć przez chwilę tak pomyśleć?
- Wybacz mi, Raul. Gniew i zazdrość mnie zaślepiły, jak zresztą także i troska o życie i cześć mej ukochanej.
- Rozumiem to wszystko, co nie zmienia faktu, że jestem zawiedziony twoją postawą. A co do twoich zarzutów, to mogę ci, mój drogi, z łatwością udowodnić, że mówię prawdę.
- Niby w jaki sposób?
- Mam list potwierdzający moją niewinność.
- List? Jaki list?
- List, który rzekomo napisała do mnie panna Luiza, ale który zapewne jest autorstwa tej nędznej intrygantki.
Francois się bardzo ucieszył.
- Gdzie masz ten list?
- U siebie w pokoju. Chodź, to się przekonasz.
Wrócili obaj „Pod Złamaną Szpadę” i kiedy Raul pokazał Francois list, jaki otrzymał dziś rano. Ten zaś nie miał już żadnych wątpliwości wobec intencji przyjaciela.
- Ta cała hrabina wydaje mi się niezłą intrygantką - stwierdził.
- Mnie także - dodał Raul - Ale po co jej to było? Jaki by miała cel w tym, byśmy się nawzajem pozabijali?
- Nie wiem. Ale myślę, że lepiej powiedzieć o tym Trechevilowi.
- Też tak sądzę.
Rano więc kapitan królewskich muszkieterów dowiedział się o tym wszystkim, co wczoraj zaszło. Bardzo się tym zaniepokoił. Stwierdził, że całej tej sprawie należy się bacznie przyjrzeć. Na razie natomiast poradził przyjaciołom, żeby nie odwiedzali oni panny Luizy i hrabiny de Willer. Bo może być i tak, że obie kobiety zamieszane były w spisek. Co prawda przyjaciele nie bardzo w to wierzyli, lecz ostrożności nigdy za wiele.
Jednocześnie w domu hrabiny zjawił się znany nam już hrabia Filip de Bernice. Wyjawił on kobiecie, że jej plan niestety nie wypalił, zaś obaj muszkieterowie nadal są przyjaciółmi. Jego szanse uzyskania wzajemności Luizy zmalały do zera. Hrabina jednak pocieszyła go.
- Jeszcze nic straconego - rzekła - Ci dwaj są jednak bardziej sprytni niż sądziłam. Ale z lepszymi już sobie radziłam. Wymyślimy coś innego.
- Ale co? - dopytywał się hrabia.
- Na pewno nie będą nas teraz odwiedzać po tym incydencie. Jednakże możliwe, że młody de Morce nie wytrzyma i będzie chciał odwiedzić w nocy swą ukochaną, żeby wyznać jej swoje uczucia.
- I co z tego?
- To, że my będziemy wtedy na niego czekać. Z naszymi ludźmi, ma się rozumieć. Ponieważ nie możemy zabić naszych muszkieterów razem, więc wykończymy ich po-je-dyn-czo.
Dokładnie i powoli przesylabizowała to słowo, po czym uśmiechnęła się niczym jadowita żmija i dokończyła:
- Najpierw de Morce, a potem kolejno pozostali.
Hrabia Filip de Bernice uśmiechnął się do niej równie podle. Plan ten niezwykle mu się spodobał. A w głowie ustalał już jego szczegóły. Tak, teraz już ten nędzny baronek mu nie ucieknie. Dostanie go on w swoje ręce i wykończy bez pardonu, a Luiza wreszcie będzie tylko jego.
- Podoba mi się twój tok myślenia, pani - rzekł hrabia de Bernice, kiedy już skończył swe marzenia.
- Mnie także - zaśmiała się hrabina de Willer - Mnie także.
Pojawił się jednak jeszcze jeden dylemat, który nie dawał naszemu bohaterowie spokoju. Otóż Raul, im częściej widywał pannę Luizę, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś ją widział. Wiedział, że to bardzo głupie uczucie, ale mimo wszystko czuł to. I to do tego zdawało mu się, iż od dawna przyjaźnili się ze sobą i żyli razem w doskonałej harmonii. Niczym jacyś starzy przyjaciele. Oczywiście to było raczej mało prawdopodobne, ale jak zwykła mawiać szanowna pani Helena de Saudier (którą on bardzo szanował) przeczucia nie mylą, a jeżeli już, to rzadko. Dlatego też Raul wierzył, że kiedyś, jak już pozna prawdę, to okaże się wówczas, że przeczucia go nie myliły.
Na razie jednak wystarczyło mu to, iż mógł odwiedzać pannę Luizę, toczyć niezwykle ciekawe dysputy na różne tematy, wymieniać poglądy, spostrzeżenia itp. rzeczy, jakie lubią robić ludzie w młodym wieku, kiedy łączy ich przyjaźń.
Co zaś do panny Colgen, to miała ona podobne odczucia co Raul. Nie przyznawała się jednak do nich nikomu, za wyjątkiem Raula Charmentalla, oczywiście. Czuła bowiem, że właśnie jemu i tylko jemu może swobodnie opowiedzieć wszystko, co tylko zechce, o każdym swoim problemie oraz przeczuciu. On jej nie wyśmieje ani nie wykpi, lecz wysłucha i mądrze doradzi. Tak, to jest prawdziwie szlachetny człowiek. Był jej niczym brat i przyjaciel. Czasami śniła w swoich największych marzeniach, że podobnie jak Viola i Sebastian ze sztuki Szekspira, tak i oni okażą się zaginionymi przed laty bliźniętami. Jednak wiedziała, iż to tylko zwykłe mrzonki. Chociaż, przyszłość była jej nie znana i wszystko mogło się wydarzyć.
***
Raul wrócił do swojego pokoju w gospodzie „Pod Złamaną Szpadą”, zjadł obiad i spytał gospodarza o swoich trzech druhów. Dowiedział się, że Trechevile został w koszarach, Fryderyk skorzystał z przepustki i odwiedził hrabinę de Saudier, zaś Francois dostał ponoć jakiś bilecik, po którego przeczytaniu wyleciał z gospody jak z procy i tyle go widziano.
- Ach, prawda, do jaśnie pana także jest pismo - zawołał gospodarz, przypominając sobie.
To mówiąc wyjął zza pazuchy list i podał je Charmentallowi.
Młodzieniec natychmiast rozerwał kopertę i odczytał pismo.
Jeśli jest pan człowiekiem honoru, proszę pana bardzo, aby raczył pan przyjść w nocy o dziewiątej do bramy Hotelu Luksemburskiego. Jestem zagrożona i potrzebuję pana pomocy. To bardzo ważne.
L.C.
Inicjały na końcu listu dla Raula mówiły same za siebie. Muszkieter bez trudu odgadł po nich, kto jest autorem tego listu. L.C. to znaczy Luizy Colgen. Dziewczyna, skoro do niego napisała, to wyraźnie potrzebowała jego pomocy, a w takim wypadku on, jako szlachcic i żołnierz, a prócz tego jej najlepszy przyjaciel, musiał natychmiast pośpieszyć jej z pomocą. Dama w opresji to wszak wyzwanie dla honoru muszkietera. Każdy szanujący się człowiek pomaga ludziom w opresji, a robi to już zwłaszcza wtedy, jeśli tym człowiekiem jest kobieta.
Raul zaczekał więc na odpowiednią porę i punktualnie o dziewiątej był pod bramą Hotelu Luksemburskiego. Luizy jeszcze nie było, więc się nie spóźnił. Co prawda dziwiło go to, że dziewczyna wybrała taką porę i takie miejsce na spotkanie w niezwykle ważnej sprawie, jednak ostatecznie, jeśli taka jest wola, to niech tak będzie. Poza tym Luiza pisze, że jest zagrożona. Pewnie jedynie w nocy ma możliwość wyrwania się spod czujnych oczu ludzi, którzy jej zagrażają i spotkać się z nim, żeby mu powierzyć swój sekret. Tak, to było jedyne sensowne wytłumaczenie.
Chłopak zatem cierpliwie czekał. W końcu zobaczył jakąś postać w płaszczu z kapturem zbliżającą się w jego stronę. Pomyślał, że to na pewno Luiza, więc ruszył biegiem w kierunku tej osoby.
- Witam cię, pani. Jestem, tak jak było umówione. Cieszę się, że panią widzę - powiedział bardzo mocno przejęty licząc na odpowiedź.
Postać w kapturze jednak nie przemówiła do niego ani słowa. Cały czas tylko milczała.
- Mówiłaś pani, że grozi ci jakieś niebezpieczeństwo. Mów więc, o co chodzi - mówił dalej Raul.
Postać jednak nadal milczała.
- Pani, powiedz wreszcie, czy coś ci zagraża?
Postać kiwnęła tylko lekką głową, co oznaczało „tak”.
- Mów więc, pani, kim jest ten łajdak, który ci zagraża?
Zakapturzona postać wciąż milczała.
- Nie wstydź się pani. Mów ze mną otwarcie, kto to jest? - dopytywał się chłopak.
- Raul Charmentall - odezwała się wreszcie postać.
Raul był bardzo zdumiony. Nic z tego nie rozumiał. On sam stanowił zagrożenie dla Luizy? To niemożliwe. To musi być jakiś głupi dowcip. Ale czy panna Colgen wezwała go tu jedynie tylko po to, by stroić sobie z niego żarty? Jakoś mu to takie postępowanie nie pasowało do niej. To wszystko wyglądało dość podejrzanie.
Nagle postać zerwała płaszcz i odrzuciła go za siebie. Wówczas oczom zdumionego Gaskończyka ukazał się… Francois de Morce.
- To ty, Francois? - zapytał Raul.
- Tak, Raulu. To ja - odpowiedział de Morce, którego twarz i głos wyrażały wściekłość - Widzę, przyjacielu, że moja obecność tutaj bardzo cię dziwi.
- Oczywiście - rzekł Charmentall, który był coraz bardziej zdumiony tym, co właśnie miało miejsce – Spodziewałem się kogoś innego.
- Innego, tak? - zakpił sobie z niego Francois - Za pewne kobiety. Niech zgadnę. Chodzi o pannę Luizę, nieprawdaż?
- Owszem, nie zamierzam tego przed tobą ukrywać. Dostałem dzisiaj list od niej z wieścią, że grozi jej wielkie niebezpieczeństwo.
- Łżesz, ty łotrze! Strach cię obleciał, bowiem zamiast panny Colgen, którą tutaj podstępnie chciałeś zwabić, zastałeś mnie! Ale ja zostałem już uprzedzony, że będziesz tu czekał na nią, aby ją porwać i zastawiłem na ciebie pułapkę.
- O czym ty mówisz? - Raul był jednocześnie zdumiony i przerażony.
- Dobrze wiesz, o czym ja mówię, ty nędzniku! - krzyknął wściekle Francois - Wiedziałeś, że kocham pannę Luizę, ale bezczelnie ją uwodziłeś, a teraz chciałeś ją porwać i zniewolić. Ale to ci się nie uda!
- To zniewaga i potwarz!
- Boli cię prawda, czyż nie?! Trzeba było się zastanowić nad tym, czy warto bałamucić cudze ukochane!
- Nikogo nie bałamucę. Z Luizą łączy mnie jedynie przyjaźń.
- Dość tej gadaniny! Chwytaj za szpadę i broń się!
To mówiąc Francois schwycił za broń i wymierzył jej ostrze w pierś przyjaciela. Raul patrzył na niego z trudem zachowując stoicki spokój.
- Schowaj broń, przyjacielu - rzekł spokojnym tonem.
Ale Francois nie był skory do słuchania go. Opętała go żądza walki i wcale nie zamierzał z niej zrezygnować, nawet gdyby musiał zabić swego przeciwnika zupełnie bezbronnego, choć tego wolał uniknąć.
- Chwyć za szpadę - powtórzył wściekle Francois.
- Schowaj broń, dobrze ci radzę. Pojedynki są zakazane, wiesz o tym. Chcesz wylądować w Bastylii?
- Chwytaj szpadę. Chwytaj szpadę, bo ci łeb odetnę!
- Uspokój się, człowieku.
- Broń się!
- Bóg mi świadkiem, że nie ja chciałem tej walki - rzekł Raul i wyjął szpadę - Stawaj zatem, przyjacielu.
Francois natarł zaciekle na Raula, ten zaś skupił się przede wszystkim na obronie i unikaniu walki, gdyż nie chciał zabijać przyjaciela. Robił uniki i parował ciosy, co jakiś czas powtarzając „Schowaj broń, przyjacielu” albo „Uspokój się”. Słowa te jednak nic nie dały, bowiem Francois z natury był bardzo porywczy i słowa do niego nie docierały. A jeśli docierały, to z opóźnieniem. Wolał spory wyjaśniać za pomocą szpady zamiast rozmowy. Z przykrością musimy przyznać, że należało to do jego największych wad. Ale nie martwcie się, Drodzy Czytelnicy, miał on również wiele zalet. Będziemy mieli jeszcze okazję się o tym przekonać. Na razie jednak toczy się walka.
Raul, mając dość tego całego starcia, wykonał świetny zwrot i nim Francois zdążył się zorientować, to jego szpada poleciała w kąt. A on sam miał na sztychu szpady swego przeciwnika.
- Kończ sprawę - rzekł Francois.
Raul popatrzył na niego załamany.
- Uspokój się i wysłuchaj mnie - przemówił do niego tonem, którego nie powstydziłby się żaden kaznodzieja.
- Wysłucham cię, ale skamlącego o litość - warknął Francois.
Młody Charmentall popatrzył się z lekkim smutkiem i zawiedziony zachowaniem swego przyjaciela.
- Podnieś - mruknął do niego i odsunął od niego swoją broń.
Baron de Morce poszedł do swojej szpady i chwyciwszy ją zaatakował jeszcze zacieklej niż poprzednio. Raul z trudem już odpierał jego ciosy, ale mimo wszystko trzymał się dzielnie. Parował i robił uniki, lecz parę razy musiał sam zacząć uderzać, żeby uniknąć przebicia szpadą. Jednak w końcu zdenerwował się i chwilę po tym jak Francois o mało nie odrąbał mu głowy,sam ruszył do tak silnego oraz zaciekłego natarcia, że wkrótce ostrze szpady młodego barona pękło na pół. Francois zrozumiał, iż nadeszła jego ostatnia chwila.
- Dokończ dzieła - zawołał do niego.
Raul jednak rzucił mu swoją szpadę, a następnie wymierzył jej ostrze w swoją pierś.
- Ty dokończ, jeśli uważasz, że na to zasłużyłem - rzekł - Ale wiedz mi, że nigdy nie zdradziłem naszej przyjaźni. Szanuję pannę Luizę i lubię ją. Jednakże nigdy jej nie bałamuciłem.
- Dajesz na to słowo?
- Słowo szlachcica.
Broń wypadła Francois z ręki i łzy mu stanęły w oczach. Rzucił się Raulowi w objęcia.
- Wybacz mi, przyjacielu - płakał - Ale kiedy usłyszałem, że próbujesz zdobyć serce panny Luizy Colgen i chcesz ją porwać, zdenerwowałem się i przestałem myśleć racjonalnie.
- Ale jak mogłeś uwierzyć w coś takiego? - zdumiał się Raul, klepiąc przyjaciela po plecach.
- Pokazała mi list od ciebie do Luizy.
- Jak to, pokazała? Znaczy się kto?
- Hrabina de Willer.
Raul był zdumiony, gdy usłyszał to nazwisko.
- Hrabina?
- Tak, ona sama. Powiedziała mi, że odebrała twój list do panny Luizy i że próbujesz tą biedną dziewczynę zbałamucić. Nie wiesz nawet, jak jej słowa były przekonujące.
Raulowi pociemniało w oczach. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Przecież hrabina to taka dobra kobieta, opiekunka i nauczycielka Luizy. Przynajmniej tak mu się dotąd wydawało. Teraz natomiast okazało się, że to zwykła, nędzna intrygantka. Napuściła na siebie dwóch przyjaciół i to bez nijakiego powodu. Zapewne to ona również napisała do niego ten list. Ale dlaczego? Co jej z tego przyszło? Co chciała przez to osiągnąć? Wszystko to było mocno podejrzane. Zbyt wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi, co sprawiało, że Charmentall w głębi serca czuł się bardzo zaniepokojony, podobnie jak i jego przyjaciel.
- Powiedz mi, Raul - rzekł Francois - Czy możesz mi przysiąc, że nie wzywałeś tu dziś w nocy Luizy i nie chciałeś jej porwać?
- Oczywiście, mój drogi przyjacielu. Jak mogłeś choć przez chwilę tak pomyśleć?
- Wybacz mi, Raul. Gniew i zazdrość mnie zaślepiły, jak zresztą także i troska o życie i cześć mej ukochanej.
- Rozumiem to wszystko, co nie zmienia faktu, że jestem zawiedziony twoją postawą. A co do twoich zarzutów, to mogę ci, mój drogi, z łatwością udowodnić, że mówię prawdę.
- Niby w jaki sposób?
- Mam list potwierdzający moją niewinność.
- List? Jaki list?
- List, który rzekomo napisała do mnie panna Luiza, ale który zapewne jest autorstwa tej nędznej intrygantki.
Francois się bardzo ucieszył.
- Gdzie masz ten list?
- U siebie w pokoju. Chodź, to się przekonasz.
Wrócili obaj „Pod Złamaną Szpadę” i kiedy Raul pokazał Francois list, jaki otrzymał dziś rano. Ten zaś nie miał już żadnych wątpliwości wobec intencji przyjaciela.
- Ta cała hrabina wydaje mi się niezłą intrygantką - stwierdził.
- Mnie także - dodał Raul - Ale po co jej to było? Jaki by miała cel w tym, byśmy się nawzajem pozabijali?
- Nie wiem. Ale myślę, że lepiej powiedzieć o tym Trechevilowi.
- Też tak sądzę.
Rano więc kapitan królewskich muszkieterów dowiedział się o tym wszystkim, co wczoraj zaszło. Bardzo się tym zaniepokoił. Stwierdził, że całej tej sprawie należy się bacznie przyjrzeć. Na razie natomiast poradził przyjaciołom, żeby nie odwiedzali oni panny Luizy i hrabiny de Willer. Bo może być i tak, że obie kobiety zamieszane były w spisek. Co prawda przyjaciele nie bardzo w to wierzyli, lecz ostrożności nigdy za wiele.
Jednocześnie w domu hrabiny zjawił się znany nam już hrabia Filip de Bernice. Wyjawił on kobiecie, że jej plan niestety nie wypalił, zaś obaj muszkieterowie nadal są przyjaciółmi. Jego szanse uzyskania wzajemności Luizy zmalały do zera. Hrabina jednak pocieszyła go.
- Jeszcze nic straconego - rzekła - Ci dwaj są jednak bardziej sprytni niż sądziłam. Ale z lepszymi już sobie radziłam. Wymyślimy coś innego.
- Ale co? - dopytywał się hrabia.
- Na pewno nie będą nas teraz odwiedzać po tym incydencie. Jednakże możliwe, że młody de Morce nie wytrzyma i będzie chciał odwiedzić w nocy swą ukochaną, żeby wyznać jej swoje uczucia.
- I co z tego?
- To, że my będziemy wtedy na niego czekać. Z naszymi ludźmi, ma się rozumieć. Ponieważ nie możemy zabić naszych muszkieterów razem, więc wykończymy ich po-je-dyn-czo.
Dokładnie i powoli przesylabizowała to słowo, po czym uśmiechnęła się niczym jadowita żmija i dokończyła:
- Najpierw de Morce, a potem kolejno pozostali.
Hrabia Filip de Bernice uśmiechnął się do niej równie podle. Plan ten niezwykle mu się spodobał. A w głowie ustalał już jego szczegóły. Tak, teraz już ten nędzny baronek mu nie ucieknie. Dostanie go on w swoje ręce i wykończy bez pardonu, a Luiza wreszcie będzie tylko jego.
- Podoba mi się twój tok myślenia, pani - rzekł hrabia de Bernice, kiedy już skończył swe marzenia.
- Mnie także - zaśmiała się hrabina de Willer - Mnie także.
1 komentarz:
Francois jest naprawdę porywczy i narwany, skoro zamiast wpierw wysłuchać tego, co Raul miał mu do powiedzenia, wyzwał go na pojedynek, gotów go zabić. Na szczęście Raul okazał się od niego znacznie mądrzejszy i rozsądniejszy, dzięki czemu udało im się ze sobą porozumieć i wszystko wyjaśnić. Raul okazał się też bardzo szlachetny i honorowy, skoro sam wolał ponieść śmierć z ręki przyjaciela niż go zabić, mimo że miał do tego pełne prawo, skoro ten na niego natarł i przegrał pojedynek, tym bardziej że on również był gotów na śmierć i nie miał najmniejszego zamiaru błagać o litość. No i obaj się przekonali, że Paulina w rzeczywistości jest podłą intrygantką, choć do tej pory wydawała im się dobrą, szlachetną i uczciwą osobą. Przekonali się jednak, że pozory mogą okazać się naprawdę mylne, skoro podstępna Paulina postanowiła pozbyć się ich obu, chcąc by Luiza wyszła za tego niegodziwego hrabiego. I coś mi się zdaje, że Luiza to tak naprawdę Izabela, którą Colgen zaopiekował się po śmierci jej prawdziwych rodziców, przez to że darzył uczuciem jej matkę, tylko to trochę dziwne, że ona w ogóle nie pamięta swoich rodziców. Czyżby szok, jakiego doznała w dniu ich śmierci, sprawił że zupełnie straciła pamięć i dlatego jest przekonana o tym, że to Colgen jest jej ojcem? No, ale mimo wszystko ma wrażenie, że zna Raula od dzieciństwa, że już go gdzieś kiedyś spotkała, choć w ogóle nie przypomina sobie, aby kiedykolwiek miała brata.
Prześlij komentarz