Rozdział XX
Niefortunne zaloty pana de Morce
Niefortunne zaloty pana de Morce
Noc już zasłoniła niebo ciemnym płaszczem pełnym złotych gwiazd i wyglądało na to, że cały Paryż pogrążył się już na dobre w głębokim śnie. Wydawałoby się więc, że nic nie zakłóci spokoju. Było to jednak błędne twierdzenie. W stronę domu przy ulicy Słonecznej kroczył tajemniczy osobnik w ciemnej pelerynie. Na głowie miał kapelusz który nasunął na twarz, aby jej nie było widać, a przy boku szpadę. Podbiegł do bramy i rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie zauważył. Kiedy upewnił się, że nie jest przez nikogo śledzony otworzył ją najciszej jak tylko potrafił i wkradł się do ogrodu przylegającego do domu. Następnie przemknął niezauważony przez ogród i dotarł do okna z balkonem. Przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie dźwięk przypominający huczenie sowy. Nie było to oczywiście zbyt podobne do sowich odgłosów, jednakże sygnał ów został doskonale odczytany i zrozumiany przez osobę, do której był skierowany, bowiem z balkonu odpowiedział tajemniczemu przybyszowi podobny dźwięk, po czym opadła z balkonu drabinka sznurowa. Nocny gość złapał ją, po czym szybko wspiął się po niej na balkon niczym pewien bohater pewnej sztuki Szekspira.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
Noc już zasłoniła niebo ciemnym płaszczem pełnym złotych gwiazd i wyglądało na to, że cały Paryż pogrążył się już na dobre w głębokim śnie. Wydawałoby się więc, że nic nie zakłóci spokoju. Było to jednak błędne twierdzenie. W stronę domu przy ulicy Słonecznej kroczył tajemniczy osobnik w ciemnej pelerynie. Na głowie miał kapelusz który nasunął na twarz, aby jej nie było widać, a przy boku szpadę. Podbiegł do bramy i rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie zauważył. Kiedy upewnił się, że nie jest przez nikogo śledzony otworzył ją najciszej jak tylko potrafił i wkradł się do ogrodu przylegającego do domu. Następnie przemknął niezauważony przez ogród i dotarł do okna z balkonem. Przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie dźwięk przypominający huczenie sowy. Nie było to oczywiście zbyt podobne do sowich odgłosów, jednakże sygnał ów został doskonale odczytany i zrozumiany przez osobę, do której był skierowany, bowiem z balkonu odpowiedział tajemniczemu przybyszowi podobny dźwięk, po czym opadła z balkonu drabinka sznurowa. Nocny gość złapał ją, po czym szybko wspiął się po niej na balkon niczym pewien bohater pewnej sztuki Szekspira.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
- Powoli, baronciu, powoli, bo jeszcze się spocisz - zakpił de Bernice - Na pana miejscu leżałbym spokojnie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul – Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul - Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
Noc już zasłoniła niebo ciemnym płaszczem pełnym złotych gwiazd i wyglądało na to, że cały Paryż pogrążył się już na dobre w głębokim śnie. Wydawałoby się więc, że nic nie zakłóci spokoju. Było to jednak błędne twierdzenie. W stronę domu przy ulicy Słonecznej kroczył tajemniczy osobnik w ciemnej pelerynie. Na głowie miał kapelusz który nasunął na twarz, aby jej nie było widać, a przy boku szpadę. Podbiegł do bramy i rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie zauważył. Kiedy upewnił się, że nie jest przez nikogo śledzony otworzył ją najciszej jak tylko potrafił i wkradł się do ogrodu przylegającego do domu. Następnie przemknął niezauważony przez ogród i dotarł do okna z balkonem. Przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie dźwięk przypominający huczenie sowy. Nie było to oczywiście zbyt podobne do sowich odgłosów, jednakże sygnał ów został doskonale odczytany i zrozumiany przez osobę, do której był skierowany, bowiem z balkonu odpowiedział tajemniczemu przybyszowi podobny dźwięk, po czym opadła z balkonu drabinka sznurowa. Nocny gość złapał ją, po czym szybko wspiął się po niej na balkon niczym pewien bohater pewnej sztuki Szekspira.
Gdy nasz romantyczny kochanek był już na górze, westchnął i wszedł do pokoju. Ledwo to zrobił, a stanął oko w oko z jakże piękną właścicielką owego apartamentu. Uśmiechnął się do niej delikatnie i złożył przy tym ukłon. Dziewczyna jednak odsunęła się od niego, a w jej oczach błysnął lęk. Przybysz zdziwił się widząc w jej obawy. Pomyślał jednak, że dama go nie poznała z powodu ciemności panujących na dworze, więc powiedział:
- Panno Luizo, moja droga, nie musisz się bać. To przecież ja. Francois de Morce.
Zakładamy, Drodzy Czytelnicy, że od razu i bez trudu rozpoznaliście w tajemniczym przybyszu młodego pana barona, który mimo wyraźnego ostrzeżenia ze strony dowódcy postanowił odwiedzić wybrankę swego serca nie przeczuwając nawet, na jakie niebezpieczeństwo właśnie się naraził, o czym zaraz się dowiemy.
- Nie powinien pan tu przychodzić - rzekła Luiza próbując ukryć swój smutek.
Mimo to Francois wyczuł jej niepokój.
- Dlaczego? - zdziwił się - Przecież byliśmy umówieni na spotkanie właśnie dzisiaj i o tej porze.
- To prawda - przyznała ze smutkiem panna Luiza - Ale pana obecność w tym domu grozi panu śmiercią!
- A czemuż to? - Francois wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia, w które wprawiły go słowa Luizy.
- Ktoś mógłby źle zrozumieć pana intencje i potem zabić pana jako włamywacza. Poza tym jaki mężczyzna odwiedza kobietę w nocy, kiedy reszta domowników śpi?
- Niech pomyślę... Zakochany mężczyzna?
Baron zaśmiał się i próbował pocałować swoją ukochaną. Ona jednak stanowczo się od niego odsunęła zdenerwowana jego lekkomyślnością.
- Chyba raczej szalony - powiedziała.
- Szalony? Być może, ale ja wolę określenie „zakochany” - zaśmiał się lekko Francois - Bo ten mężczyzna, którego panna przed sobą widzisz, jest w pannie bardzo zakochany.
- Powiedziałabym raczej, że ten mężczyzna jest niezbyt rozsądny - odezwał się nagle dziwnie znany kobiecy głos.
Z cienia wyszła jakaś postać. Była to hrabina de Willer i najwyraźniej, w przeciwieństwie do panny Luizy była z siebie bardzo zadowolona.
Na jej widok Francois zadrżał ze złości. Niedawno bowiem przez nią o mało nie zabił swego najlepszego przyjaciela, a wszystko przez to, że ta kobieta zasiała w jego sercu ziarno zazdrości, teraz zaś stała przed nim i śmiała mu się prosto w oczy. Podła kreatura. Jak on jej nienawidził.
- Cóż to pana do nas sprowadza, panie de Morce, o tak późnej porze? - spytała złośliwie hrabina.
Francois z trudem powstrzymał się od rzucenia na nią i zaciśnięcia palców na jej gardle. Nie dał się jednak sprowokować.
- Chciałem tylko życzyć pannie Luizie dobrej nocy - odpowiedział ze zwykle mu obcym, stoickim spokojem.
- Budząc ją przy tym ze snu? Bardzo dziwny sposób na pożegnanie się, naprawdę. Bardzo dziwny - zakpiła hrabina.
- Może i dziwny, ale jednak skuteczny.
- O, niewątpliwie! A może planował pan coś innego, coś bardziej niemoralnego? Coś, co zepsułoby reputację mojej wychowanicy?
- Broń Boże! - zawołał oburzony Francois - Nigdy nic takiego mi nie przyszło do głowy!
Hrabina popatrzyła na niego z ironią w oczach. Widać było, że mu nie wierzy, co doprowadzało Francois de Morce do pasji, choć w miarę swoich możliwości panował on nad sobą. Przez chwilę w pokoju panowało ponure milczenie.
- Dość tego - rzekła hrabina przerywając ciszę - Czas pouczyć pana, kochany panie baronie, co ja, kobieta raczej staromodna, myślę o takim zachowaniu jak pańskie.
I nim młodzieniec się zdążył zorientować, co się dzieje, to skoczyło na niego kilku służących hrabiny. Przydusili go oni do ziemi i skrępowali ręce. Nie zdążył nawet chwycić za szpadę, a już był obezwładniony.
- Doskonale, hrabino. Po prostu doskonale - odezwał się nagle kolejny, dobrze znajomy panu de Morce głos.
Do pokoju wszedł hrabia de Bernice.
- Poszło nawet łatwiej niż myślałem - dodał hrabia z kpiną.
Francois rozpoznał swego rywala do serca Luizy i szarpnął się ze złości. Niestety sznury na jego rękach trzymały zbyt mocno, aby mógł się uwolnić.
- Powoli, baronciu, powoli, bo jeszcze się spocisz - zakpił de Bernice - Na pana miejscu leżałbym spokojnie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul – Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.
Francois zrozumiał, że nie zdoła się uwolnić, więc przestał się szarpać i spojrzał na Luizę.
- Wiedziałaś o tym, pani? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
Luiza zaczęła płakać przerażona.
- Nie miałam wyjścia, hrabina mnie zmusiła do tego - powiedziała zasmucona - Przykro mi.
- Mnie także - odparł muszkieter załamany opuszczając głowę.
Nie miał najmniejszej złości do ukochanej. Czuł bowiem w głębi serca że z własnej woli nigdy by go nie zdradziła, ale po prostu uległa groźbom swojej guwernantki, która zdecydowanie nie należała do porządnych osób, co było dla niego aż nadto oczywiste.
- Obawiam się, że pańska wizyta w tym domu nieco się przeciągnęła, panie baronie - rzekła szyderczo hrabina de Willer.
- Też tak sądzę - powiedział Francois spoglądając na nią - Mogę zatem już iść?
- To nie jest takie proste - odezwał się nagle de Bernice - Widzi pan, baronie, kpił pan sobie z moich ostrzeżeń, więc muszę panu udowodnić, że ja nie rzucam słów na wiatr. Gdybym teraz puścił pana wolno, byłby mnie pan dalej lekceważył, tak samo jak i moje słowa. Nie zrozumiałby pan ich przesłania.
- Już to przesłanie zrozumiałem.
- Śmiem w to wątpić, szanowny panie. Założę się o co pan szanowny tylko zechce, że jeśli pana teraz wypuszczę, to jutro wróci tu pan znowu.
- Daję słowo, że tak nie będzie.
- Więc wróci pan pojutrze. Albo po tygodniu, po dwóch, po miesiącu czy w ogóle po jakimś krótszym lub też dłuższym czasie. Ja was znam, zakochani, wszyscy tacy sami jesteście. Rzucacie piękne obietnice, po czym najspokojniej w świecie je łamiecie, powodowani uczuciem. Dlatego mam pewność, że pan złamie swoją obietnicę i jeśli pana wypuszczę, to wkrótce znów pana tutaj ujrzymy. Dlatego teraz właśnie upewnię się, że więcej nie będę musiał pana tutaj oglądać. Ani w żadnym innym miejscu.
Zaśmiał się kpiąco i dał znak swoim ludziom.
- Zapewnimy panu baronowi wieczny spoczynek.
Francois zrozumiał, że znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji.
- Obiecał pan, że go nie skrzywdzi! - zawołała przerażona Luiza, domyślając się, co oznaczają te słowa.
- Ja go nie tknę. Moja służba mnie wyręczy - odpowiedział de Bernice, śmiejąc się złośliwie - Zabrać go i zrobić to, co ustalaliśmy. I żeby go nikt nie znalazł, zrozumiano?
Służba zarechotała podle i wyprowadziła pana de Morce. Próbował się on jeszcze wyrywać, ale uderzono go mocno w głowę. Ostatnie, co zdołał ujrzeć przed straceniem przytomności, to obraz panny Luizy płaczącej z bezsilności.
Obudził się jakieś dziesięć minut później. Leżał na ziemi w ogrodzie. Obok niego krzątali się trzej ludzie de Bernice‘a wyraźnie czymś zajęci. Chłopak obrócił głowę i zobaczył z przerażeniem co robili. Jeden służący kopał właśnie łopatą dół w ziemi. A więc chcieli zakopać go żywcem? Oj, niedoczekanie tych łotrów! Już on im pokaże!
Francois zaczął się szarpać i wiercić. Nadal miał skrępowane ręce, a na ustach knebel. Spojrzał ponownie na lokajów swego wroga. Było ich kilku i na pewno byli uzbrojeni, a on został pozbawiony broni. Jednakże gdyby zdołał się uwolnić, to mógłby spróbować ich pokonać. Nie miał nic do stracenia, a dużo do zyskania. Dużo, bo swoje własne życie. Robił więc wszystko, co było w jego mocy, żeby się uwolnić. Sznury były jednak za mocne. I kiedy już pomyślał, że nie ma nadziei, przyszedł mu do głowy pomysł. Przysunął się plecami do krzaka i wybrawszy jakąś mocną gałąź zaczął ocierać się o nią więzami. Chciał je w ten sposób rozciąć. Szło to mu bardzo opornie, ale mimo wszystko skutecznie. W końcu udało mu się rozciąć węzły. Oswobodził się i zerwał chustę kneblującą mu usta. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie służba skończyła swoje zadanie. Zaraz mieli go wrzucić do dołu i zasypać. Szybko więc położył się na swoje miejsce i udawał skrępowanego.
Kiedy więc podeszli do niego i chcieli zakończyć swe ohydne zadanie, wyrwał im się, silnym kopniakiem wepchnął dwóch z nich do właśnie wykopanego dołu, ogłuszył kolejnego, zabrał mu swoją broń, a następnie zaczął uciekać. Podbiegł do bramy, ale służba i tam była. Widocznie de Bernice spodziewał się, że jego rywal może się tędy wydostać, więc ustawił wszędzie swoich ludzi, aby pilnowała, aby ucieczka się nie udała. Francois nie pozostało więc nic innego, jak tylko się bronić. Nie było to jednak proste. Wkoło niego byli rozjuszeni ludzie de Bernice’a, a w ich oczach tliła się żądza mordu. On jednak nie miał zamiaru się poddać. Był muszkieterem Jego Królewskiej Mości, a to jak wiadomo, zobowiązuje. Wyrwał zza pasa dwa pistolety i wypalił z obydwu powalając na ziemię naraz dwóch przeciwników. Następnie złapał za szpadę i rozpoczął walkę. Bronił się zaciekle, atakował wrogów, kilku nawet powalił, ale nie miał żadnych szans na wygraną. Służących było bowiem zbyt wielu. Już myślał, że to jego koniec, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie…
- Popatrz no, mój Fryderyku, kogo my tu mamy. Toż to nasz drogi przyjaciel, pan de Morce. I do tego w tarapatach - odezwał się dziwnie znajomy głos, należący do Raula Charmentall.
- To fakt, mój drogi Raulu - dodał następny głos, będący własnością Fryderyka de Saudier.
Francois obejrzał się i zobaczył obu swoich przyjaciół opartych o bramę domu.
- I to przez kogo ma te tarapaty? Przez kobietę - mówił dalej Raul.
- Rzeczywiście, to niezwykłe jak dla niego - żartował Fryderyk.
- A wydawał się takim miłym i statecznym młodzieńcem.
- O tak, to prawda.
- Może zamiast tyle gadać, byście mi wreszcie pomogli?! - zawołał wściekły Francois.
Denerwowało go to, że jego kompani, zamiast go ratować, tylko stroją sobie z niego żarty, a sytuacja przecież była naprawdę poważna. Nawet bardzo poważna. W każdej chwili on mógł stracić życie, a oni sobie z niego najzwyczajniej w świecie drwili.
- Pomóc ci, drogi przyjacielu? - mówił z żartem Raul - To nie jest taki zły pomysł. Co ty na to, Fryderyku? Nasz przyjaciel wzywa nas na pomoc.
- A my mu jej nie możemy odmówić - odrzekł na to Fryderyk.
- Więc jak? Wtrącimy się więc? - zachichotał Raul.
- Jestem za - odpowiedział zapytany.
Obaj muszkieterowie otworzyli bramę i wpadli do środka, po czym ruszyli przyjacielowi z odsieczą. Zaatakowali służących z taką zaciekłością, że nim się obejrzeli, ci byli już pokonani. Królewscy żołnierze walczyli niezwykle dobrze i byli śmiertelnie niebezpieczni w walce. Ludzie hrabiego musieli więc w końcu ustąpić pola lepszym od siebie szermierzom i uciekli pozostawiając na placu boju rannych i zabitych kompanów.
- Lepiej stąd chodźmy zanim zjawi się ich więcej - zawołał Raul.
- Zgadzam się - dodał Fryderyk.
Po tych słowach cała trójka ruszyła biegiem w stronę swojej oberży. Nieco później wszyscy byli już w pokoju Francois „Pod Złamaną Szpadą” i z zaciekawieniem słuchali jego historii.
- Ale jedno mnie zastanawia - zapytał baron - Jak wy mnie w ogóle znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - rzekł Raul.
- Właśnie. Całkiem przypadkowo przechodziliśmy obaj w pobliżu i usłyszeliśmy twoje strzały - wyjaśnił Fryderyk - Nawiasem mówiąc miałeś wielkie szczęście, mój przyjacielu, żeś strzelił. Gdyby nie to, to byśmy cię nie usłyszeli.
- I miałeś również wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu - dodał Raul - Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy znajdowali się dalej.
- Cudem uniknąłeś śmierci, człowieku - powiedział Fryderyk.
- Nie to mnie najbardziej niepokoi - rzekł Francois - Zastanawia mnie, co się teraz stanie z Luizą?
- Na pewno nic złego - zapewnił przyjaciela Fryderyk.
- Też tak sądzę - dodał Raul - Hrabina jej nie skrzywdzi. Tego jestem pewien. De Bernice także.
- Oby tak było, przyjacielu. Bo inaczej dopadnę tego łajdaka i zabiję go, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Pomyślał przez chwile, po czym dodał:
- A jednak mieliśmy rację, mój przyjacielu. Hrabina Paulina de Willer, to podejrzana osoba. Nie można jej ufać.
- No, po takiej zasadzce, to ja bym się bardzo zdziwił, gdybyś nadal ją lubił - rzekł Raul z uśmiechem na twarzy.
- Do tego jeszcze kuma się z tym łotrem, de Bernicem. Mam wrażenie, że jeszcze zechcą nam zrobić krzywdę.
- Niewątpliwie. Dlatego proponuję, żebyśmy wszyscy trzymali się od tego domu z daleka. Przynajmniej na razie, póki się wszystko nie wyjaśni - zaproponował Raul.
- Zgadzam się z tobą - rzekł Francois bardzo zamyślonym tonem - Powinniśmy wszyscy trzymać się z daleko od tego domu. Przynajmniej na razie.
1 komentarz:
Francois w ogóle nie spodziewał się zasadzki w domu Luizy. Nie przypuszczał, że hrabina jest sojuszniczką hrabiego i że tej właśnie nocy postanowi on zastawić na niego pułapkę. Całe szczęście, że jego służba nie odebrała Francoisowi pistoletów i że jego przyjaciele znajdowali się na tyle blisko, by mieć możliwość przybycia mu z odsieczą, bo inaczej mógłby naprawdę źle skończyć. Gdyby Luiza wiedziała, że ten podły hrabia będzie chciał go zabić, to z pewnością zbuntowałaby się przeciwko niemu i swojej guwernantce, ale skoro przyrzekli jej, że nie uczynią mu nic złego, to z obawy przed nimi, dopomogła im w zwabieniu Francoisa w zasadzkę. Dobrze, że on potrafił to zrozumieć i nie ma jej tego za złe.
Prześlij komentarz