Rozdział III
W którym Helena de Saudier udowadnia, że przyjaźń królowej może zdziałać cuda
W którym Helena de Saudier udowadnia, że przyjaźń królowej może zdziałać cuda
Panna Francesca przebywała właśnie w swoim pokoju i rozmyślała. O ile oczywiście nerwowe chodzenie po pokoju i stłuczenie kilku wazonów z kwiatami można nazwać myśleniem. Uczciwie musimy jednak przyznać, że w przypadku tej kobiety wszystko było możliwe, nawet to, że myślenie objawia się tłuczeniem każdego przedmiotu, który tylko nawinie się w jej ręce. Być może nasze słowa brzmią wyjątkowo złośliwie, lecz jest to jedynie szczera prawda, choć musimy też uczciwie przyznać, iż niedoszła żona Raula Charmentall miała własny rozum i umiała czynić z niego użytek, nie była więc głupia. Posiadała wszak również wielki temperament, który niekiedy odbierał jej możliwość trzeźwego osądu i tak właśnie było tym razem.
Skoro już to wiemy, to spróbujmy się zastanowić, dlaczego panna Francesca tak właśnie się zachowywała. Musiała mieć przecież jakiś ważny powód. Chociaż, od kiedy to kobiety muszą mieć powód, aby się wściekać? Zdaniem kapitana Trechevile’a wszystkie przedstawicielki płci przeciwnej potrafiły bez żadnej poważnej przyczyny wywołać awanturę, gdyż takie są kobiety - nie potrzeba im pretekstu, aby dostać ataku złości. Ta kobieta jednak miała bardzo istotny powód do takiego, a nie innego zachowania. Był nim hrabia de Charen. Zakochała się w nim, zgodziła się zostać jego żoną, zerwała nawet dla niego z swoim dawnym ukochanym. On natomiast obiecywał, że tylko ona dla niego się liczy. Tymczasem zaś, gdy już minął tydzień od rozstania z Raulem, Francesca odwiedziła swego ukochanego w jego pałacyku (oczywiście tak, żeby on o tym nie wiedział, chciała mu bowiem sprawić niespodziankę). I cóż zobaczyła? Pan hrabia w najlepsze obejmował i całował inną niewiastę. Ale to, że się z nią obściskiwał i całował, to było jeszcze pół biedy. On mówił tej kobiecie, że chce się żenić z Francescą tylko po to, żeby załatać dziurę w swoim majątku. Wyszło wówczas na jaw, że ma on więcej długów niż włosów na głowie, a dwieście tysięcy liwrów (które Francesca odziedziczy po pani de Saudier) to suma w sam raz na ich spłacenie. Jeszcze śmiał powiedzieć, że kocha tylko swoją kochankę, z którą nie zamierza zrywać nawet po ślubie, a do tego jeszcze, iż Francesca jest strasznie brzydka. Tego już było dla oszukanej dziewczyny zdecydowanie zbyt wiele. Wyszła ona natychmiast z ukrycia, wyzwała hrabiego od oszustów oraz naciągaczy, po czym natychmiast wyszła. Czy tylko tyle? Nie, chyba jednak nie. Zdaje się, że na odchodnym rozbiła mu wazon na głowie. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć tego szczegółu. Zresztą miała teraz co innego na głowie (poza włosami, oczywiście).
Tą niezwykle ważną sprawą był Raul. Tak, właśnie Raul. Należało go koniecznie przeprosić za niedawne wydarzenia. On ją szczerze kochał, a ona go tak potraktowała. Francesca czuła wyrzuty sumienia z tego powodu. Poza tym po dłuższym przemyśleniu całej sprawy zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie kochała nikogo innego, jak tylko właśnie tego młodzieńca. Hrabia zauroczył ją swą męską urodą oraz tym, że nie był żołnierzem narażającym codziennie swoje życie nie tylko na froncie (co Francesca pochwalała), ale też w pierwszych lepszych, karczemnych burdach, które tak uwielbiali muszkieterowie, do których należał Raul. Niechęć do takiego świata, który reprezentował wychowanek kapitana Trechevile’a, wpłynął na decyzję dziewczyny. Poza tym hrabia wydawał się dla niej być człowiekiem niezwykle statecznym i dobrym, nie mówiąc już o tym, iż umiał ją oczarować swoimi dobrymi manierami, okazał się być jednak nędznym łajdakiem. Z kolei Raul naprawdę kochał Francescę, a co najważniejsze, była to miłość szczera i uczciwa. Prócz tego Charmentall nigdy nie pragnął jej majątku, co również było olbrzymim plusem. Należało go zatem przeprosić i spróbować odnowić z nim relacje, a być może z czasem nawet uda się jej odzyskać jego miłość?
Ale gdzie on teraz jest? Od tygodnia nie dawał znaku życia. Mówiono na mieście, że wrócił do wojska, ale Francesce nie bardzo chciało się w to wierzyć. Z tego co pamiętała, to od muszkieterów się nie wychodziło i wracało jakby to było mieszkanie krawca. Lecz gdyby nawet tak było, że chciałby wrócić do służby, z pewnością by jej o tym powiedział. W końcu ją kochał, a mało to razy czytała ona w romansach, że bohater po rozstaniu z ukochaną, jeżeli wstępował do wojska, to zawsze jej to oznajmiał? A on ani słowa nie rzekł w tej sprawie. Nic a nic. Liczyła nawet na to, że przyjdzie do niej i da jej ultimatum: albo ona, albo wojsko. Wówczas okazałaby mu swoją łaskę i pozwoliłaby do siebie wrócić. Oczywiście troszkę by się z nim podroczyła, udawała niepewność, żeby jaśnie pan nie pomyślał sobie, że tak łatwo mu wybaczy chęć zostawienia jej dla wojskowej służby. Francesca jednak zrobiłaby to tak tylko dla zasady, gdyż potem i tak pozwoliłaby mu ze sobą się związać.
Lecz oto wraca jej ciocia, Helena de Saudier, wysłana w celu sprawdzenie tych wszystkich pogłosek, które ostatnio krążyły o Raulu. Od niej to nerwowa panienka dowie się wreszcie wszystkiego. Pani Helena miała bowiem zdolności do zdobywania informacji. Skąd ona je brała? Tego nie wiedział nikt. Francesca zresztą jednak nie miała najmniejszego zamiaru o to pytać. Interesował ją bowiem jedynie efekt, a nie sposób, w jaki został on osiągnięty.
- I cóż? - zapytała, gdy tylko ciocia weszła do jej pokoju.
- Cóż, moja droga... - odpowiedziała jej pani pułkownikowa, głośno przy tym wzdychając - Umrzeć można od tych upałów. Jesień tego roku jest strasznie duszna.
- To wiem, ale czego się ciocia dowiedziała na mieście? - zapytała ponownie Francesca.
- Czego się dowiedziałam? Otóż dowiedziałam się, że w taki upał nie należy wychodzić z domu.
- Nie o to mi chodzi. To nie jest ważne.
- Jak to nie jest ważne?! - oburzyła się pani Helena - To przecież jest bardzo ważne. Jakbym wiedziała o tym wcześniej, to poczekałabym ze zdobyciem informacji trochę dłużej. Nie męczyłabym się wcale podczas tych przeklętych upałów.
- Ale mnie to wcale nie interesuje - Francesca była coraz bardziej zdenerwowana zachowaniem ciotki.
- Jeśli tak, to pewnie reszta informacji też cię nie ciekawi - mruknęła pani de Saudier, sprytnie udając oburzoną.
W rzeczywistości bardzo cieszyło ją droczenia się ze siostrzenicą. Chciała mieć małą satysfakcję za te wszystkie zlekceważone rady oraz złośliwie uwagi Francesci na temat owych rad. Taki mały odwet słusznie się jej należał i zamierzała go wziąć, choćby miała kpić sobie w żywe oczy ze swej siostrzenicy.
- Zależy, czy te informacje dotyczą Raula - odparła Francesca.
- A dotyczą, dotyczą. Myślałaś, że nie?
- Po cioci można się wszystkiego spodziewać.
- Doprawdy? - mruknęła Helena z ironią - A po tobie, to niby nie?
- No, ja na miejscu cioci nie droczyłabym się ze mną.
- A ja na twoim miejscu nie robiłabym bardzo wielu rzeczy, jak choćby porzucanie ukochanego dla innego.
- To nie fair! - zawołała Francesca.
- A czy twoje zachowanie wobec Raula było fair? Czy to było fair odmawiać mu po tym, jak wystąpił z wojska, notabene dla ciebie?
- Jeśli cioci tak bardzo na tym zależy, to proszę bardzo, mogę uznać moją winę - powiedziała dziewczyna, bijąc się zaciśniętą pięścią w pierś do rytmu „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” - Ale co ciocia wie o Raulu?
- To wiem, że to chłopak uczciwy, dobry i sympatyczny. Nigdy by nie zrobił takiego głupstwa jak ty - odpowiedziała Helena de Saudier, mając nadal ochotę droczyć się z siostrzenicą.
- Ale konkrety…
- A to nie są konkrety? A zresztą, powiem ci to, co powiedziała niania Julii Capulet do swej podopiecznej: „Następnym razem sama sobie bądź posłem”. A teraz wiedz, że Raul powrócił do muszkieterów, do formacji kapitana Trechevile’a.
Francesca nie była tym wszystkim specjalnie zdumiona. Więc jednak wrócił do wojska tak jak ci wszyscy romantyczni bohaterowie, o których czytała w swoich ulubionych romansach - porzuceni przez swoje ukochane kochankowie zawsze zostają żołnierzami. Jednakże po nim nie spodziewała się, że akurat tak zareaguje. Sądziła, że jest bardziej rozsądny i nie będzie wyczyniał jakiś romansowych błazeństw. A jednak... Zresztą czego można się było po nim spodziewać? Przecież to tylko mężczyzna. Oni wszak nie umieją myśleć.
- Pójdę tam i go odwiedzę - postanowiła Francesca po chwili.
- Wątpię, by ci się to udało - mruknęła Helena de Saudier, zdejmując właśnie buty i masując sobie obolałe stopy.
- A to niby dlaczego?
- Bo do kwatery głównej królewskich muszkieterów kobiety nie mają wstępu - wyjaśniła pułkownikowa.
Francesca była zdumiona. Takiej przeszkody w swoich planach się nie spodziewała.
- I co teraz, ciociu? - zapytała.
- A co ma być teraz?
- Co my teraz zrobimy?
- Teraz nic nie zrobimy.
- Doradź mi coś ciociu, proszę cię! - zawołała Francesca, załamując z rozpaczy dłonie - Ja go muszę odzyskać!
- Po co? Żebyś go znowu zostawiła, jak ci się trafi lepsza partia? - zapytała ironicznie Helena de Saudier - Do tego to ja już ręki nie przyłożę!
- Nie dlatego - Francesca będąc już bliska płaczu upadła do nóg swej opiekunki - Ciociu, ja go kocham!
- I musiałaś to sobie uświadomić dopiero teraz, gdy go straciłaś?
- Ciociu!
Helena de Saudier wzruszyła się. Stwierdziła, że siostrzenica otrzymała już wystarczającą nauczkę. Mogła już przejść do rzeczy.
- No dobrze, już dobrze - powiedziała kobieta, pomagając jej wstać i usiąść na krześle - Podnieś się, siostrzenico. Nie jestem przecież figurką świętej, żebyś miała przede mną klękać. No dalej! Wstań już, otrzyj łezki i posłuchaj. Nie uda nam się wejść do kwatery muszkieterów, żebyś się mogła widzieć ze swoim ukochanym. A znając jego charakter to nawet gdyby się nam udało, to on i tak nie zechce z tobą rozmawiać po tym, jak go potraktowałaś.
- Ciociu! - zawołała z płaczem Francesca.
- Przepraszam, ale musisz wreszcie zrozumieć, kochana Francesco, że my kobiety nie jesteśmy wcale takimi ideałami, jak to sobie myślałaś. Czas najwyższy, abyś zrozumiała, że te wszystkie bajeczki, którymi raczyła cię twoja mamusia, a moja nieszczęsna siostra, że kobiety są lepszą rasą niż mężczyźni, to zwykłe brednie. Każdy ma swoje wady, tak mężczyźni, jak i kobiety. Trzeba więc uważać, żeby wady nie przewyższyły zalet. Należy się starać przynosić zaszczyt sobie i swoim bliskim, nie zwracając uwagę na to, jakiej płci jesteś.
- Teraz, kiedy to mówisz, zaczynam to powoli rozumieć - rzekła Francesca - Ale wydaje mi się, że żeby zrozumieć to całkowicie, potrzebuję jeszcze trochę czasu.
- To zrozumiałe - odpowiedziała jej Helena de Saudier - Tak bywa. Przekonasz się o tym. Któregoś dnia spotkasz kobietę, która będzie istnym potworem, a wówczas pojmiesz moje słowa. Kobiety nie są ideałami.
- Myślisz, że to możliwe?
- Najzupełniej.
- Czyli chcesz powiedzieć, że istnieją kobiety potwory i mężczyźni potwory? Jak i również kobiety szlachetne i mężczyźni równie szlachetni?
- A czasem nawet bardziej szlachetni.
- Myślałam, że tylko mężczyzna może być potworem, a kobieta tylko najwyżej jego ofiarą.
- Błędny tok myślenia, moja droga. A poza tym, to jeszcze jedna z tych bajeczek, którymi raczyła cię twoja mamusia, a moja siostra, zaś ją karmiła tymi samymi historiami nasza matka, a twoja babka. Widzisz więc, że w naszej rodzinie takie błędne myślenie to już jakby tradycja. W źle pojętym rozumowaniu, rzecz jasna. Naprawdę, nie wierz w te wszystkie dyrdymały.
We Francesce odezwała się nagle gorąca przekora. Pomyślała sobie, że przecież jej mama nie żyje, a ciotka nie powinna obrażać pamięci tej jakże wspaniałej kobiety mówiąc głośno, że wszystko to, w co święcie wierzyła, to tylko wymysły. Kto jak kto, ale ciocia Helena powinna mieć dla swej zmarłej siostry szacunek. Poza tym, nie wiadomo, czy to na pewno tylko kłamstwa. A jeśli jednak to prawda? W końcu w romansach, które czytała, nie było ani słowa o złych kobietach, za to o mężczyznach potworach i owszem. Co drugi romans to pokazywał. A przecież to nie kto inny, tylko ciocia Helena mówiła, że książki opisują prawdę. No, może poza tymi, które znajdują się w Dziale Ksiąg Zakazanych, bo przecież one zawierają same kłamstwa. Dlatego właśnie trafiły do tego działu. Ale tylko one były pełne łgarstw. Cała reszta to prawda. Więc teraz, mówiąc takie słowa, zaprzecza sama sobie. Zresztą mniejsza o to. Czas pokaże, kto ma rację.
- Myślę ciociu, że z czasem przekonam się, czy to co mówisz jest prawdą. Muszę mieć jednak, jak już mówiłam, czas.
- Oczywiście, zgadzam się z tobą - potwierdziła spokojnym tonem pani de Saudier, dalej masując sobie swoje obolałe stopy - Ale o tym możemy porozmawiać później. Teraz jest inna, znacznie pilniejsza sprawa. Raul.
- Ach tak, racja. Przecież to sprawa najważniejsza.
- No właśnie. Więc, jak już wyżej wspomniałam, nie zobaczysz się z nim, ani on z tobą. Nie wejdziesz do ich kwatery, a on sam cię nie odwiedzi. Można napisać list, to by było zawsze jakieś rozwiązanie. Ale to też odpada. Gdybym była mężczyzną, takim jak Raul, to na pewnie nie przyjęłabym korespondencji od dziewczyny, która dała mi kosza. Na pewno również się nie pomylę, jeśli stwierdzę, z całą zresztą pewnością, że mam rację.
- Więc nie ma już nadziei?
- Na rozmowę i przeprosiny żadnej. Ale jest jeszcze inne wyjście. Możesz dzięki temu wiedzieć, co się z nim dzieje, pomagać mu, służyć radą i pomocą, ale oczywiście tak, żeby on nie wiedział, że to ty.
Francesca lekko się uśmiechnęła.
- Przecież to niemożliwe.
- Moja droga - żachnęła się lekko jej ciotka - Zapominasz chyba, że dla pani pułkownikowej Heleny de Saudier, twojej nieocenionej ciotki, nie ma rzeczy niemożliwych. A zwłaszcza taka drobnostka.
- Ładna mi drobnostka, nie ma co. Ale do rzeczy, ciociu. Jak to można zrobić?
- Bardzo prosto. Posłuchaj…
I streściła jej cały plan, którego tu jednak nie wyjawimy, ponieważ akcja nie byłaby wówczas tak ciekawa, jak mniemamy, że jest. Obiecujemy jednak solennie objaśnić Szanownym Czytelnikom, jaki to plan wymyśliły te oto przemyślne niewiasty. Zrobimy to wszak dopiero przed końcem naszej opowieści. Liczymy, że do tego czasu powstrzymacie swą ciekawość i pozwolicie intrydze należycie się rozwinąć.
***
Następnego dnia pani Helena de Saudier udała się do Wersalu. Tu właśnie zamierzała wprowadzić w życie swój plan. Co prawda, nie mogła przewidzieć, jak królowa zareaguje na jej propozycję, ale miała nadzieje, że wszystko ułoży się wedle jej myśli.
Pani Helena weszła do pałacu i poprosiła o audiencję u królowej Marii. Służący ruszył, a po chwili wrócił z wieścią, że królowa na razie gra w szachy z kardynałem de Rohan, ale niedługo skończy z nim partię i wówczas chętnie przyjmie panią pułkownikową.
Helena de Saudier usiadła więc na krześle przed komnatą, w której rozgrywano partię szachów i czekała, na szczęście niedługo. Po około dziesięciu minutach kardynał de Rohan wyszedł z komnaty. Przegrał on wszystkie partie z królową, nie był jednak z tego powodu zbyt smutny. Wręcz przeciwnie, był bardzo zadowolony. Wiedział bowiem dobrze, że wygranie z królową w szachy na pewno nie pomogłoby w jego karierze. Natomiast przegrywanie z Jej Wysokością było bardzo dobrze widziane, a wręcz pożądane. W takiej sytuacji królowa zyskiwała dobry humor i mogła spełnić jakieś dane życzenie przegranemu. Tym razem też tak było: Maria Leszczyńska ofiarowała Jego Eminencji sporą sumę pieniędzy na Kościół. Oczywiście liczyła się z tym, że połowę z tego co mu ofiarowała, kardynał może wziąć dla siebie, ale nie obchodziło jej to. Liczył się jedynie gest.
- Jej Królewska Mość prosi panią de Saudier - oznajmił służący.
Helena de Saudier wkroczyła do pokoju. Królowa siedziała na krześle przy stoliku, na którym była ustawiona szachownica, z ułożonymi pionkami gotowymi do rozegrania następnej partii. Uśmiechnęła się widząc Helenę. Wstała i powiedziała:
- Ach, Helena! Moja droga przyjaciółka.
Pani de Saudier uklękła i ucałowała jej rękę.
- Witam Waszą Królewską Mość.
Helena uśmiechnęła się na widok królowej. Była to młoda oraz bardzo sympatyczna kobieta o jasnych włosach i niebieskich oczach. Włosy swe układała w różnego rodzaju fryzury zgodnie z najnowszą modą. Przez wielu ludzi uważana była za atrakcyjną i pani Helena, wpatrując się w królową, nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, dlaczego tak sądzili. Wydawała się piękną kobietą, chociaż jej typ urody nie pasował do wzorca klasycznej piękności. Maria Leszczyńska była również niezwykle pobożną i szlachetną kobietą, pełną spokoju oraz opanowania. Kilka lat starsza od swego męża, króla Ludwika XV szybko zdobyła jego serce swoją urodą, zdolnością odpowiedniego wypowiadania się oraz… gotowością rodzenia królewskich dzieci. Jej ojciec, niegdysiejszy król Polski - Stanisław I Leszczyński, wygnany z ojczyzny, obecnie był władcą Lotaryngii. Maria dziedziczyła ów tron po ojcu i Francuzi cieszyli się, że ta jakże piękna kraina, oczywiście po najdłuższym życiu szlachetnego króla Stanisława, dołączy do francuskich ziem. Królowa była bardzo lubiana przez swoich poddanych, chociaż wszak wrogów też jej nie brakowało. Nędznych i podłych wrogów, którzy knuli rozmaite intrygi przeciwko niej i to na samym królewskim dworze! Mimo to między małżonkami doskonale się układało. Oczywiście z czasem owa idylla miała się skończyć, jednak szlachetna Maria Leszczyńska nie miała o tym jeszcze pojęcia, choć przeczuwała, że coś takiego może mieć miejsce.
Królowa wskazała ręką na stolik i krzesła.
- Zagrasz ze mną, Heleno? - zapytała.
- O, dziękuję, Waszej Wysokości, ale boję się przegrać, aby nie stracić łaski Jej Królewskiej Mości.
- Nie martw się - królowa uśmiechnęła się uroczo - Nie jesteś moją dwórką, a prawdziwą przyjaciółką. Nie utracisz więc łask ani tym bardziej pozycji.
- Ale wszakże ryzyko nadal istnieje - rzekła Helena.
- Zapewniam cię, że żadne, moja droga, żadne. Daję ci dożywotnio pozwolenie na wygrywanie ze mną w szachy.
- Boję się, że nie będę miała odwagi z niego korzystać.
- Więc pozbądź się tej obawy i wygraj.
Zatem obie panie usiadły naprzeciw siebie.
- Nakazuje ci Heleno, grać ze mną tak, jakbym nie była twoją królową, ale po prostu przyjaciółką. Żadnego folgowania - rozkazała jej dowcipnie Maria Leszczyńska.
- Trudno będzie - opowiedziała Helena de Saudier z uśmiechem na ustach.
- To jest rozkaz. Albo, jeśli nie lubisz rozkazów, prośba.
- Od królowej, czy przyjaciółki? - spytała niepewnie pani Helena.
- Od przyjaciółki.
- Jeśli tak, to co innego. Wobec tego grajmy.
Gra się rozpoczęła. Już po dwudziestu minutach Helena straciła trzy pionki oraz gońca i wieże, natomiast królowa dwa pionki i skoczka.
- Zdaje mi się, moja droga, że sprowadza cię do mnie coś innego niż zamiłowanie do gry w szachy - zaczęła Maria Leszczyńska.
- To prawda - potwierdziła te przypuszczenia Helena de Saudier - Sprowadza mnie tutaj niezwykle ważna sprawa.
- Mów zatem - powiedziała królowa, zbijając jednocześnie Helenie hetmana - A tak w ogóle, to właśnie straciłaś królową.
- Mam nadzieję, że tylko w grze - odpowiedziała pani pułkownika, zbijając królowej gońca.
- A więc jaka to sprawa cię do mnie sprowadza?
- Otóż, Wasza Wysokość, mam krewnego. Młodego krewnego. Jest to bratanek mego świętej pamięci męża.
- To twój mąż miał brata? - zdziwiła się królowa - Nie wiedziałam o tym. Sądziłam, że był jedynakiem.
- Wielu tak myślało, ale prawda jest inna - odparła Helena strącając swoim gońcem wieżę królowej.
- Rozumiem. No i cóż ten bratanek? - Maria Leszczyńska nie zwróciła na zbicie swego pionka najmniejszej uwagi.
- Chciałby on wstąpić do formacji muszkieterów pana Trechevile’a.
- I tylko tyle? - zdziwiła się Maria Leszczyńska - Już jutro wstąpi do akademii muszkieterów.
- No właśnie - przerwała pani de Saudier - Chodzi o to, aby do niej nie musiał wstępować.
- Nie rozumiem.
Królowa przyglądała się uważnie swojej rozmówczyni.
- Krótko mówiąc, pragnę gorąco prosić Waszą Wysokość, aby mój bratanek został królewskim muszkieterem bez kończenia akademii, bez tych wszystkich formalności, jakie są zazwyczaj spełniane na uczelniach. Pragnę prosić, żeby mógł on wstąpić do służby czynnej.
Królowa się zdumiała. Prośba Heleny de Saudier była co najmniej dziwna i budziła podejrzenia u władczyni Francji.
- Tego się nie da przeprowadzić, moja droga - rzekła - Każdy musi przejść akademię pana Trechevile, służąc jednocześnie przez dwa lata w gwardii. W ten sposób po dwuletnim szkoleniu udowodni, że jest godzien wejść do eskadry muszkieterów. Nie ma od tej reguły wyjątków.
- Może jednak dla przyjaciółki…
- Nie, Heleno! Wybacz mi, ale nie! - Maria Leszczyńska była stanowcza - Nawet wobec przyjaciółki... Nawet wobec ciebie.
Helena de Saudier widziała, że nic nie zyska, prowadząc sprawę w ten sposób. Wzięła więc głęboki wdech i powiedziała:
- Wasza Królewska Mość, to może ja już lepiej powiem, jak się rzeczy naprawdę mają.
- Jakie rzeczy? - przerwała jej zaciekawiona królowa.
- Tu chodzi o szczęście dwojga młodych ludzi.
Pani de Saudier zorientowała się, że mówiąc prawdę więcej może osiągnąć u królowej niż kłamstwami, dlatego postanowiła wyznać szczerze, co leży jej na sercu.
Obie panie grały dalej, także po chwili królowa straciła hetmana, przez co król należący do niej, był poważnie zagrożony.
- O kogóż więc chodzi? - zapytała Maria Leszczyńska.
- O moją siostrzenicę i pewnego muszkietera Raula de Charmentall - wyjaśniła Helena.
- Zbiłaś mi królową. Pozbawiłaś moje wojska dobrego wodza - rzekła królowa z uśmiechem.
A po chwili dodała:
- Ale ja nie ulegnę.
To mówiąc uciekła królem z pola rażenia.
- Mów więc, o co chodzi? Czy aby nie o miłość?
- Tak, Wasza Królewska Mość. Trzeba pomóc tym głuptasom, bo… No cóż... Jedno jest mniej rozsądne od drugiego, a oboje są przy tym ambitni oraz kochają się i są dla siebie stworzeni.
- Tak, powinno się pomóc szczęściu oraz miłości - powiedziała Maria Leszczyńska i zastanowiła się przez chwilę.
Sama była szczęśliwa z mężem, którego poślubiła zaledwie miesiąc temu. Kochała go i pragnęła, żeby wszyscy wokół też byli szczęśliwi i w miarę swoich możliwości dążyła do realizacji tego celu.
- Ale cóż ja mogę zrobić? I cóż do tego wszystkiego ma twój bratanek? - zapytała.
- Bo widzi Wasza Królewska Mość, myślę zrobić tak…
Następnie pani de Saudier wtajemniczyła królową w obmyśloną przez siebie intrygę.
- Ależ to iście diabelska kombinacja! - zaśmiała się królowa i natychmiast przeżegnała - A to dobre! Cóż to za pomysł! Jaka idea! Niczym z powieści jakiej!
- Więc jak, Wasza Królewska Mość? Co będzie z młodymi? - z troską zapytała pani de Saudier - Jeśli Wasza Królewska Mość tu rączki pomocnej swojej nie przyłoży, to nie ma dla nich ratunku. W każdym razie ja go nie widzę.
- Ależ pomogę, moja droga. Bardzo chętnie pomogę. Skoro sprawy tak się mają, to wobec tego z przyjemnością przyłożę do tego rękę.
Maria Leszczyńska zaśmiewała się cały czas, rozbawiona intrygą uknutą przez swoją przyjaciółkę.
- Dziękuję, dziękuję Wasza Królewska Mość w swoim imieniu i mojej siostrzenicy.
Pani de Saudier nie mogła znaleźć słów, które oddawałyby bezmiar jej wdzięczności.
- To nic takiego. Drobna rzecz. Byleby tylko się udała - odparła Maria Leszczyńska - Zaraz wezwę sekretarza i każę mu przygotować odpowiednie papiery. Z Trechevilem później porozmawiam i osobiście polecę mu tego młodego człowieka. To będzie osobista prośba królowej, a więc na pewno jej nie odmówi. Oczywiście poproszę go o dochowanie sekretu o moim w tej sprawie udziale.
- Niech będzie powiedziane, że to protegowany przyjaciółki królowej. Trechevile zresztą umie dotrzymać sekretu. Jego słowo to jest gwarancja zachowania tajemnicy - dodała Helena.
Wstała, wykonała ceremonialny ukłon i jeszcze raz podziękowała Marii Leszczyńskiej za wielką pomoc. Przed wyjściem jeszcze dokończyła partyjkę szachów jednym szybkim ruchem swego pionka, po czym dodała:
- Czy zauważyła Wasza Wysokość, jak łatwo było zbić króla, gdy zabrakło na szachownicy królowej? Jako przyjaciółka uważam, że powinno się dobrze chronić króla. A jeszcze bardziej królową. Od niej wiele zależy.
I powtórnie się skłoniwszy przed Marią Leszczyńską wyszła nie mając nawet pojęcia, jak prorocze mogły się okazać jej słowa w przyszłości. Mogłyby, gdyby nie wsparcie dzielnych królewskich muszkieterów. Ale o tym będziemy mówić później, gdy nadejdzie na to właściwy czas.
Po wyjściu z Wersalu pani de Saudier pojechała do domu, gdzie czekała na nią zniecierpliwiona Francesca.
- Więc jak, ciociu? Wszystko się udało?
- Oczywiście. A jakże by inaczej? - odpowiedziała pytaniem na pytanie siostrzenicy Helena de Saudier - Czy mi się kiedyś coś nie udało?
Rzeczywiście, udało się pani pułkownikowej. Królowa obiecała pomoc w przeprowadzeniu jej intrygi. A wszyscy wiedzieli, że królowa zawsze dotrzymuje swego słowa. Maria Leszczyńska znała była bowiem ze swojej wielkiej słowności. Dlatego też, jeśli komuś coś obiecała, to ten ktoś liczyć mógł się z tym, że na pewno to otrzyma.
- Wiesz, o czym się dzisiaj przekonałam? - zapytała Helena de Saudier Francescę, gdy ta udawała się na spoczynek.
- O czym?
- Że król nie mógłby mieć lepszej żony niż nasza królowa. A ja nie mogłabym mieć lepszej przyjaciółki.
- Tak, to prawda. Przyjaźń królowej może zdziałać cuda.
- W rzeczy samej, moja droga siostrzenico. W rzeczy samej.
Skoro już to wiemy, to spróbujmy się zastanowić, dlaczego panna Francesca tak właśnie się zachowywała. Musiała mieć przecież jakiś ważny powód. Chociaż, od kiedy to kobiety muszą mieć powód, aby się wściekać? Zdaniem kapitana Trechevile’a wszystkie przedstawicielki płci przeciwnej potrafiły bez żadnej poważnej przyczyny wywołać awanturę, gdyż takie są kobiety - nie potrzeba im pretekstu, aby dostać ataku złości. Ta kobieta jednak miała bardzo istotny powód do takiego, a nie innego zachowania. Był nim hrabia de Charen. Zakochała się w nim, zgodziła się zostać jego żoną, zerwała nawet dla niego z swoim dawnym ukochanym. On natomiast obiecywał, że tylko ona dla niego się liczy. Tymczasem zaś, gdy już minął tydzień od rozstania z Raulem, Francesca odwiedziła swego ukochanego w jego pałacyku (oczywiście tak, żeby on o tym nie wiedział, chciała mu bowiem sprawić niespodziankę). I cóż zobaczyła? Pan hrabia w najlepsze obejmował i całował inną niewiastę. Ale to, że się z nią obściskiwał i całował, to było jeszcze pół biedy. On mówił tej kobiecie, że chce się żenić z Francescą tylko po to, żeby załatać dziurę w swoim majątku. Wyszło wówczas na jaw, że ma on więcej długów niż włosów na głowie, a dwieście tysięcy liwrów (które Francesca odziedziczy po pani de Saudier) to suma w sam raz na ich spłacenie. Jeszcze śmiał powiedzieć, że kocha tylko swoją kochankę, z którą nie zamierza zrywać nawet po ślubie, a do tego jeszcze, iż Francesca jest strasznie brzydka. Tego już było dla oszukanej dziewczyny zdecydowanie zbyt wiele. Wyszła ona natychmiast z ukrycia, wyzwała hrabiego od oszustów oraz naciągaczy, po czym natychmiast wyszła. Czy tylko tyle? Nie, chyba jednak nie. Zdaje się, że na odchodnym rozbiła mu wazon na głowie. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć tego szczegółu. Zresztą miała teraz co innego na głowie (poza włosami, oczywiście).
Tą niezwykle ważną sprawą był Raul. Tak, właśnie Raul. Należało go koniecznie przeprosić za niedawne wydarzenia. On ją szczerze kochał, a ona go tak potraktowała. Francesca czuła wyrzuty sumienia z tego powodu. Poza tym po dłuższym przemyśleniu całej sprawy zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie kochała nikogo innego, jak tylko właśnie tego młodzieńca. Hrabia zauroczył ją swą męską urodą oraz tym, że nie był żołnierzem narażającym codziennie swoje życie nie tylko na froncie (co Francesca pochwalała), ale też w pierwszych lepszych, karczemnych burdach, które tak uwielbiali muszkieterowie, do których należał Raul. Niechęć do takiego świata, który reprezentował wychowanek kapitana Trechevile’a, wpłynął na decyzję dziewczyny. Poza tym hrabia wydawał się dla niej być człowiekiem niezwykle statecznym i dobrym, nie mówiąc już o tym, iż umiał ją oczarować swoimi dobrymi manierami, okazał się być jednak nędznym łajdakiem. Z kolei Raul naprawdę kochał Francescę, a co najważniejsze, była to miłość szczera i uczciwa. Prócz tego Charmentall nigdy nie pragnął jej majątku, co również było olbrzymim plusem. Należało go zatem przeprosić i spróbować odnowić z nim relacje, a być może z czasem nawet uda się jej odzyskać jego miłość?
Ale gdzie on teraz jest? Od tygodnia nie dawał znaku życia. Mówiono na mieście, że wrócił do wojska, ale Francesce nie bardzo chciało się w to wierzyć. Z tego co pamiętała, to od muszkieterów się nie wychodziło i wracało jakby to było mieszkanie krawca. Lecz gdyby nawet tak było, że chciałby wrócić do służby, z pewnością by jej o tym powiedział. W końcu ją kochał, a mało to razy czytała ona w romansach, że bohater po rozstaniu z ukochaną, jeżeli wstępował do wojska, to zawsze jej to oznajmiał? A on ani słowa nie rzekł w tej sprawie. Nic a nic. Liczyła nawet na to, że przyjdzie do niej i da jej ultimatum: albo ona, albo wojsko. Wówczas okazałaby mu swoją łaskę i pozwoliłaby do siebie wrócić. Oczywiście troszkę by się z nim podroczyła, udawała niepewność, żeby jaśnie pan nie pomyślał sobie, że tak łatwo mu wybaczy chęć zostawienia jej dla wojskowej służby. Francesca jednak zrobiłaby to tak tylko dla zasady, gdyż potem i tak pozwoliłaby mu ze sobą się związać.
Lecz oto wraca jej ciocia, Helena de Saudier, wysłana w celu sprawdzenie tych wszystkich pogłosek, które ostatnio krążyły o Raulu. Od niej to nerwowa panienka dowie się wreszcie wszystkiego. Pani Helena miała bowiem zdolności do zdobywania informacji. Skąd ona je brała? Tego nie wiedział nikt. Francesca zresztą jednak nie miała najmniejszego zamiaru o to pytać. Interesował ją bowiem jedynie efekt, a nie sposób, w jaki został on osiągnięty.
- I cóż? - zapytała, gdy tylko ciocia weszła do jej pokoju.
- Cóż, moja droga... - odpowiedziała jej pani pułkownikowa, głośno przy tym wzdychając - Umrzeć można od tych upałów. Jesień tego roku jest strasznie duszna.
- To wiem, ale czego się ciocia dowiedziała na mieście? - zapytała ponownie Francesca.
- Czego się dowiedziałam? Otóż dowiedziałam się, że w taki upał nie należy wychodzić z domu.
- Nie o to mi chodzi. To nie jest ważne.
- Jak to nie jest ważne?! - oburzyła się pani Helena - To przecież jest bardzo ważne. Jakbym wiedziała o tym wcześniej, to poczekałabym ze zdobyciem informacji trochę dłużej. Nie męczyłabym się wcale podczas tych przeklętych upałów.
- Ale mnie to wcale nie interesuje - Francesca była coraz bardziej zdenerwowana zachowaniem ciotki.
- Jeśli tak, to pewnie reszta informacji też cię nie ciekawi - mruknęła pani de Saudier, sprytnie udając oburzoną.
W rzeczywistości bardzo cieszyło ją droczenia się ze siostrzenicą. Chciała mieć małą satysfakcję za te wszystkie zlekceważone rady oraz złośliwie uwagi Francesci na temat owych rad. Taki mały odwet słusznie się jej należał i zamierzała go wziąć, choćby miała kpić sobie w żywe oczy ze swej siostrzenicy.
- Zależy, czy te informacje dotyczą Raula - odparła Francesca.
- A dotyczą, dotyczą. Myślałaś, że nie?
- Po cioci można się wszystkiego spodziewać.
- Doprawdy? - mruknęła Helena z ironią - A po tobie, to niby nie?
- No, ja na miejscu cioci nie droczyłabym się ze mną.
- A ja na twoim miejscu nie robiłabym bardzo wielu rzeczy, jak choćby porzucanie ukochanego dla innego.
- To nie fair! - zawołała Francesca.
- A czy twoje zachowanie wobec Raula było fair? Czy to było fair odmawiać mu po tym, jak wystąpił z wojska, notabene dla ciebie?
- Jeśli cioci tak bardzo na tym zależy, to proszę bardzo, mogę uznać moją winę - powiedziała dziewczyna, bijąc się zaciśniętą pięścią w pierś do rytmu „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” - Ale co ciocia wie o Raulu?
- To wiem, że to chłopak uczciwy, dobry i sympatyczny. Nigdy by nie zrobił takiego głupstwa jak ty - odpowiedziała Helena de Saudier, mając nadal ochotę droczyć się z siostrzenicą.
- Ale konkrety…
- A to nie są konkrety? A zresztą, powiem ci to, co powiedziała niania Julii Capulet do swej podopiecznej: „Następnym razem sama sobie bądź posłem”. A teraz wiedz, że Raul powrócił do muszkieterów, do formacji kapitana Trechevile’a.
Francesca nie była tym wszystkim specjalnie zdumiona. Więc jednak wrócił do wojska tak jak ci wszyscy romantyczni bohaterowie, o których czytała w swoich ulubionych romansach - porzuceni przez swoje ukochane kochankowie zawsze zostają żołnierzami. Jednakże po nim nie spodziewała się, że akurat tak zareaguje. Sądziła, że jest bardziej rozsądny i nie będzie wyczyniał jakiś romansowych błazeństw. A jednak... Zresztą czego można się było po nim spodziewać? Przecież to tylko mężczyzna. Oni wszak nie umieją myśleć.
- Pójdę tam i go odwiedzę - postanowiła Francesca po chwili.
- Wątpię, by ci się to udało - mruknęła Helena de Saudier, zdejmując właśnie buty i masując sobie obolałe stopy.
- A to niby dlaczego?
- Bo do kwatery głównej królewskich muszkieterów kobiety nie mają wstępu - wyjaśniła pułkownikowa.
Francesca była zdumiona. Takiej przeszkody w swoich planach się nie spodziewała.
- I co teraz, ciociu? - zapytała.
- A co ma być teraz?
- Co my teraz zrobimy?
- Teraz nic nie zrobimy.
- Doradź mi coś ciociu, proszę cię! - zawołała Francesca, załamując z rozpaczy dłonie - Ja go muszę odzyskać!
- Po co? Żebyś go znowu zostawiła, jak ci się trafi lepsza partia? - zapytała ironicznie Helena de Saudier - Do tego to ja już ręki nie przyłożę!
- Nie dlatego - Francesca będąc już bliska płaczu upadła do nóg swej opiekunki - Ciociu, ja go kocham!
- I musiałaś to sobie uświadomić dopiero teraz, gdy go straciłaś?
- Ciociu!
Helena de Saudier wzruszyła się. Stwierdziła, że siostrzenica otrzymała już wystarczającą nauczkę. Mogła już przejść do rzeczy.
- No dobrze, już dobrze - powiedziała kobieta, pomagając jej wstać i usiąść na krześle - Podnieś się, siostrzenico. Nie jestem przecież figurką świętej, żebyś miała przede mną klękać. No dalej! Wstań już, otrzyj łezki i posłuchaj. Nie uda nam się wejść do kwatery muszkieterów, żebyś się mogła widzieć ze swoim ukochanym. A znając jego charakter to nawet gdyby się nam udało, to on i tak nie zechce z tobą rozmawiać po tym, jak go potraktowałaś.
- Ciociu! - zawołała z płaczem Francesca.
- Przepraszam, ale musisz wreszcie zrozumieć, kochana Francesco, że my kobiety nie jesteśmy wcale takimi ideałami, jak to sobie myślałaś. Czas najwyższy, abyś zrozumiała, że te wszystkie bajeczki, którymi raczyła cię twoja mamusia, a moja nieszczęsna siostra, że kobiety są lepszą rasą niż mężczyźni, to zwykłe brednie. Każdy ma swoje wady, tak mężczyźni, jak i kobiety. Trzeba więc uważać, żeby wady nie przewyższyły zalet. Należy się starać przynosić zaszczyt sobie i swoim bliskim, nie zwracając uwagę na to, jakiej płci jesteś.
- Teraz, kiedy to mówisz, zaczynam to powoli rozumieć - rzekła Francesca - Ale wydaje mi się, że żeby zrozumieć to całkowicie, potrzebuję jeszcze trochę czasu.
- To zrozumiałe - odpowiedziała jej Helena de Saudier - Tak bywa. Przekonasz się o tym. Któregoś dnia spotkasz kobietę, która będzie istnym potworem, a wówczas pojmiesz moje słowa. Kobiety nie są ideałami.
- Myślisz, że to możliwe?
- Najzupełniej.
- Czyli chcesz powiedzieć, że istnieją kobiety potwory i mężczyźni potwory? Jak i również kobiety szlachetne i mężczyźni równie szlachetni?
- A czasem nawet bardziej szlachetni.
- Myślałam, że tylko mężczyzna może być potworem, a kobieta tylko najwyżej jego ofiarą.
- Błędny tok myślenia, moja droga. A poza tym, to jeszcze jedna z tych bajeczek, którymi raczyła cię twoja mamusia, a moja siostra, zaś ją karmiła tymi samymi historiami nasza matka, a twoja babka. Widzisz więc, że w naszej rodzinie takie błędne myślenie to już jakby tradycja. W źle pojętym rozumowaniu, rzecz jasna. Naprawdę, nie wierz w te wszystkie dyrdymały.
We Francesce odezwała się nagle gorąca przekora. Pomyślała sobie, że przecież jej mama nie żyje, a ciotka nie powinna obrażać pamięci tej jakże wspaniałej kobiety mówiąc głośno, że wszystko to, w co święcie wierzyła, to tylko wymysły. Kto jak kto, ale ciocia Helena powinna mieć dla swej zmarłej siostry szacunek. Poza tym, nie wiadomo, czy to na pewno tylko kłamstwa. A jeśli jednak to prawda? W końcu w romansach, które czytała, nie było ani słowa o złych kobietach, za to o mężczyznach potworach i owszem. Co drugi romans to pokazywał. A przecież to nie kto inny, tylko ciocia Helena mówiła, że książki opisują prawdę. No, może poza tymi, które znajdują się w Dziale Ksiąg Zakazanych, bo przecież one zawierają same kłamstwa. Dlatego właśnie trafiły do tego działu. Ale tylko one były pełne łgarstw. Cała reszta to prawda. Więc teraz, mówiąc takie słowa, zaprzecza sama sobie. Zresztą mniejsza o to. Czas pokaże, kto ma rację.
- Myślę ciociu, że z czasem przekonam się, czy to co mówisz jest prawdą. Muszę mieć jednak, jak już mówiłam, czas.
- Oczywiście, zgadzam się z tobą - potwierdziła spokojnym tonem pani de Saudier, dalej masując sobie swoje obolałe stopy - Ale o tym możemy porozmawiać później. Teraz jest inna, znacznie pilniejsza sprawa. Raul.
- Ach tak, racja. Przecież to sprawa najważniejsza.
- No właśnie. Więc, jak już wyżej wspomniałam, nie zobaczysz się z nim, ani on z tobą. Nie wejdziesz do ich kwatery, a on sam cię nie odwiedzi. Można napisać list, to by było zawsze jakieś rozwiązanie. Ale to też odpada. Gdybym była mężczyzną, takim jak Raul, to na pewnie nie przyjęłabym korespondencji od dziewczyny, która dała mi kosza. Na pewno również się nie pomylę, jeśli stwierdzę, z całą zresztą pewnością, że mam rację.
- Więc nie ma już nadziei?
- Na rozmowę i przeprosiny żadnej. Ale jest jeszcze inne wyjście. Możesz dzięki temu wiedzieć, co się z nim dzieje, pomagać mu, służyć radą i pomocą, ale oczywiście tak, żeby on nie wiedział, że to ty.
Francesca lekko się uśmiechnęła.
- Przecież to niemożliwe.
- Moja droga - żachnęła się lekko jej ciotka - Zapominasz chyba, że dla pani pułkownikowej Heleny de Saudier, twojej nieocenionej ciotki, nie ma rzeczy niemożliwych. A zwłaszcza taka drobnostka.
- Ładna mi drobnostka, nie ma co. Ale do rzeczy, ciociu. Jak to można zrobić?
- Bardzo prosto. Posłuchaj…
I streściła jej cały plan, którego tu jednak nie wyjawimy, ponieważ akcja nie byłaby wówczas tak ciekawa, jak mniemamy, że jest. Obiecujemy jednak solennie objaśnić Szanownym Czytelnikom, jaki to plan wymyśliły te oto przemyślne niewiasty. Zrobimy to wszak dopiero przed końcem naszej opowieści. Liczymy, że do tego czasu powstrzymacie swą ciekawość i pozwolicie intrydze należycie się rozwinąć.
***
Następnego dnia pani Helena de Saudier udała się do Wersalu. Tu właśnie zamierzała wprowadzić w życie swój plan. Co prawda, nie mogła przewidzieć, jak królowa zareaguje na jej propozycję, ale miała nadzieje, że wszystko ułoży się wedle jej myśli.
Pani Helena weszła do pałacu i poprosiła o audiencję u królowej Marii. Służący ruszył, a po chwili wrócił z wieścią, że królowa na razie gra w szachy z kardynałem de Rohan, ale niedługo skończy z nim partię i wówczas chętnie przyjmie panią pułkownikową.
Helena de Saudier usiadła więc na krześle przed komnatą, w której rozgrywano partię szachów i czekała, na szczęście niedługo. Po około dziesięciu minutach kardynał de Rohan wyszedł z komnaty. Przegrał on wszystkie partie z królową, nie był jednak z tego powodu zbyt smutny. Wręcz przeciwnie, był bardzo zadowolony. Wiedział bowiem dobrze, że wygranie z królową w szachy na pewno nie pomogłoby w jego karierze. Natomiast przegrywanie z Jej Wysokością było bardzo dobrze widziane, a wręcz pożądane. W takiej sytuacji królowa zyskiwała dobry humor i mogła spełnić jakieś dane życzenie przegranemu. Tym razem też tak było: Maria Leszczyńska ofiarowała Jego Eminencji sporą sumę pieniędzy na Kościół. Oczywiście liczyła się z tym, że połowę z tego co mu ofiarowała, kardynał może wziąć dla siebie, ale nie obchodziło jej to. Liczył się jedynie gest.
- Jej Królewska Mość prosi panią de Saudier - oznajmił służący.
Helena de Saudier wkroczyła do pokoju. Królowa siedziała na krześle przy stoliku, na którym była ustawiona szachownica, z ułożonymi pionkami gotowymi do rozegrania następnej partii. Uśmiechnęła się widząc Helenę. Wstała i powiedziała:
- Ach, Helena! Moja droga przyjaciółka.
Pani de Saudier uklękła i ucałowała jej rękę.
- Witam Waszą Królewską Mość.
Helena uśmiechnęła się na widok królowej. Była to młoda oraz bardzo sympatyczna kobieta o jasnych włosach i niebieskich oczach. Włosy swe układała w różnego rodzaju fryzury zgodnie z najnowszą modą. Przez wielu ludzi uważana była za atrakcyjną i pani Helena, wpatrując się w królową, nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, dlaczego tak sądzili. Wydawała się piękną kobietą, chociaż jej typ urody nie pasował do wzorca klasycznej piękności. Maria Leszczyńska była również niezwykle pobożną i szlachetną kobietą, pełną spokoju oraz opanowania. Kilka lat starsza od swego męża, króla Ludwika XV szybko zdobyła jego serce swoją urodą, zdolnością odpowiedniego wypowiadania się oraz… gotowością rodzenia królewskich dzieci. Jej ojciec, niegdysiejszy król Polski - Stanisław I Leszczyński, wygnany z ojczyzny, obecnie był władcą Lotaryngii. Maria dziedziczyła ów tron po ojcu i Francuzi cieszyli się, że ta jakże piękna kraina, oczywiście po najdłuższym życiu szlachetnego króla Stanisława, dołączy do francuskich ziem. Królowa była bardzo lubiana przez swoich poddanych, chociaż wszak wrogów też jej nie brakowało. Nędznych i podłych wrogów, którzy knuli rozmaite intrygi przeciwko niej i to na samym królewskim dworze! Mimo to między małżonkami doskonale się układało. Oczywiście z czasem owa idylla miała się skończyć, jednak szlachetna Maria Leszczyńska nie miała o tym jeszcze pojęcia, choć przeczuwała, że coś takiego może mieć miejsce.
Królowa wskazała ręką na stolik i krzesła.
- Zagrasz ze mną, Heleno? - zapytała.
- O, dziękuję, Waszej Wysokości, ale boję się przegrać, aby nie stracić łaski Jej Królewskiej Mości.
- Nie martw się - królowa uśmiechnęła się uroczo - Nie jesteś moją dwórką, a prawdziwą przyjaciółką. Nie utracisz więc łask ani tym bardziej pozycji.
- Ale wszakże ryzyko nadal istnieje - rzekła Helena.
- Zapewniam cię, że żadne, moja droga, żadne. Daję ci dożywotnio pozwolenie na wygrywanie ze mną w szachy.
- Boję się, że nie będę miała odwagi z niego korzystać.
- Więc pozbądź się tej obawy i wygraj.
Zatem obie panie usiadły naprzeciw siebie.
- Nakazuje ci Heleno, grać ze mną tak, jakbym nie była twoją królową, ale po prostu przyjaciółką. Żadnego folgowania - rozkazała jej dowcipnie Maria Leszczyńska.
- Trudno będzie - opowiedziała Helena de Saudier z uśmiechem na ustach.
- To jest rozkaz. Albo, jeśli nie lubisz rozkazów, prośba.
- Od królowej, czy przyjaciółki? - spytała niepewnie pani Helena.
- Od przyjaciółki.
- Jeśli tak, to co innego. Wobec tego grajmy.
Gra się rozpoczęła. Już po dwudziestu minutach Helena straciła trzy pionki oraz gońca i wieże, natomiast królowa dwa pionki i skoczka.
- Zdaje mi się, moja droga, że sprowadza cię do mnie coś innego niż zamiłowanie do gry w szachy - zaczęła Maria Leszczyńska.
- To prawda - potwierdziła te przypuszczenia Helena de Saudier - Sprowadza mnie tutaj niezwykle ważna sprawa.
- Mów zatem - powiedziała królowa, zbijając jednocześnie Helenie hetmana - A tak w ogóle, to właśnie straciłaś królową.
- Mam nadzieję, że tylko w grze - odpowiedziała pani pułkownika, zbijając królowej gońca.
- A więc jaka to sprawa cię do mnie sprowadza?
- Otóż, Wasza Wysokość, mam krewnego. Młodego krewnego. Jest to bratanek mego świętej pamięci męża.
- To twój mąż miał brata? - zdziwiła się królowa - Nie wiedziałam o tym. Sądziłam, że był jedynakiem.
- Wielu tak myślało, ale prawda jest inna - odparła Helena strącając swoim gońcem wieżę królowej.
- Rozumiem. No i cóż ten bratanek? - Maria Leszczyńska nie zwróciła na zbicie swego pionka najmniejszej uwagi.
- Chciałby on wstąpić do formacji muszkieterów pana Trechevile’a.
- I tylko tyle? - zdziwiła się Maria Leszczyńska - Już jutro wstąpi do akademii muszkieterów.
- No właśnie - przerwała pani de Saudier - Chodzi o to, aby do niej nie musiał wstępować.
- Nie rozumiem.
Królowa przyglądała się uważnie swojej rozmówczyni.
- Krótko mówiąc, pragnę gorąco prosić Waszą Wysokość, aby mój bratanek został królewskim muszkieterem bez kończenia akademii, bez tych wszystkich formalności, jakie są zazwyczaj spełniane na uczelniach. Pragnę prosić, żeby mógł on wstąpić do służby czynnej.
Królowa się zdumiała. Prośba Heleny de Saudier była co najmniej dziwna i budziła podejrzenia u władczyni Francji.
- Tego się nie da przeprowadzić, moja droga - rzekła - Każdy musi przejść akademię pana Trechevile, służąc jednocześnie przez dwa lata w gwardii. W ten sposób po dwuletnim szkoleniu udowodni, że jest godzien wejść do eskadry muszkieterów. Nie ma od tej reguły wyjątków.
- Może jednak dla przyjaciółki…
- Nie, Heleno! Wybacz mi, ale nie! - Maria Leszczyńska była stanowcza - Nawet wobec przyjaciółki... Nawet wobec ciebie.
Helena de Saudier widziała, że nic nie zyska, prowadząc sprawę w ten sposób. Wzięła więc głęboki wdech i powiedziała:
- Wasza Królewska Mość, to może ja już lepiej powiem, jak się rzeczy naprawdę mają.
- Jakie rzeczy? - przerwała jej zaciekawiona królowa.
- Tu chodzi o szczęście dwojga młodych ludzi.
Pani de Saudier zorientowała się, że mówiąc prawdę więcej może osiągnąć u królowej niż kłamstwami, dlatego postanowiła wyznać szczerze, co leży jej na sercu.
Obie panie grały dalej, także po chwili królowa straciła hetmana, przez co król należący do niej, był poważnie zagrożony.
- O kogóż więc chodzi? - zapytała Maria Leszczyńska.
- O moją siostrzenicę i pewnego muszkietera Raula de Charmentall - wyjaśniła Helena.
- Zbiłaś mi królową. Pozbawiłaś moje wojska dobrego wodza - rzekła królowa z uśmiechem.
A po chwili dodała:
- Ale ja nie ulegnę.
To mówiąc uciekła królem z pola rażenia.
- Mów więc, o co chodzi? Czy aby nie o miłość?
- Tak, Wasza Królewska Mość. Trzeba pomóc tym głuptasom, bo… No cóż... Jedno jest mniej rozsądne od drugiego, a oboje są przy tym ambitni oraz kochają się i są dla siebie stworzeni.
- Tak, powinno się pomóc szczęściu oraz miłości - powiedziała Maria Leszczyńska i zastanowiła się przez chwilę.
Sama była szczęśliwa z mężem, którego poślubiła zaledwie miesiąc temu. Kochała go i pragnęła, żeby wszyscy wokół też byli szczęśliwi i w miarę swoich możliwości dążyła do realizacji tego celu.
- Ale cóż ja mogę zrobić? I cóż do tego wszystkiego ma twój bratanek? - zapytała.
- Bo widzi Wasza Królewska Mość, myślę zrobić tak…
Następnie pani de Saudier wtajemniczyła królową w obmyśloną przez siebie intrygę.
- Ależ to iście diabelska kombinacja! - zaśmiała się królowa i natychmiast przeżegnała - A to dobre! Cóż to za pomysł! Jaka idea! Niczym z powieści jakiej!
- Więc jak, Wasza Królewska Mość? Co będzie z młodymi? - z troską zapytała pani de Saudier - Jeśli Wasza Królewska Mość tu rączki pomocnej swojej nie przyłoży, to nie ma dla nich ratunku. W każdym razie ja go nie widzę.
- Ależ pomogę, moja droga. Bardzo chętnie pomogę. Skoro sprawy tak się mają, to wobec tego z przyjemnością przyłożę do tego rękę.
Maria Leszczyńska zaśmiewała się cały czas, rozbawiona intrygą uknutą przez swoją przyjaciółkę.
- Dziękuję, dziękuję Wasza Królewska Mość w swoim imieniu i mojej siostrzenicy.
Pani de Saudier nie mogła znaleźć słów, które oddawałyby bezmiar jej wdzięczności.
- To nic takiego. Drobna rzecz. Byleby tylko się udała - odparła Maria Leszczyńska - Zaraz wezwę sekretarza i każę mu przygotować odpowiednie papiery. Z Trechevilem później porozmawiam i osobiście polecę mu tego młodego człowieka. To będzie osobista prośba królowej, a więc na pewno jej nie odmówi. Oczywiście poproszę go o dochowanie sekretu o moim w tej sprawie udziale.
- Niech będzie powiedziane, że to protegowany przyjaciółki królowej. Trechevile zresztą umie dotrzymać sekretu. Jego słowo to jest gwarancja zachowania tajemnicy - dodała Helena.
Wstała, wykonała ceremonialny ukłon i jeszcze raz podziękowała Marii Leszczyńskiej za wielką pomoc. Przed wyjściem jeszcze dokończyła partyjkę szachów jednym szybkim ruchem swego pionka, po czym dodała:
- Czy zauważyła Wasza Wysokość, jak łatwo było zbić króla, gdy zabrakło na szachownicy królowej? Jako przyjaciółka uważam, że powinno się dobrze chronić króla. A jeszcze bardziej królową. Od niej wiele zależy.
I powtórnie się skłoniwszy przed Marią Leszczyńską wyszła nie mając nawet pojęcia, jak prorocze mogły się okazać jej słowa w przyszłości. Mogłyby, gdyby nie wsparcie dzielnych królewskich muszkieterów. Ale o tym będziemy mówić później, gdy nadejdzie na to właściwy czas.
Po wyjściu z Wersalu pani de Saudier pojechała do domu, gdzie czekała na nią zniecierpliwiona Francesca.
- Więc jak, ciociu? Wszystko się udało?
- Oczywiście. A jakże by inaczej? - odpowiedziała pytaniem na pytanie siostrzenicy Helena de Saudier - Czy mi się kiedyś coś nie udało?
Rzeczywiście, udało się pani pułkownikowej. Królowa obiecała pomoc w przeprowadzeniu jej intrygi. A wszyscy wiedzieli, że królowa zawsze dotrzymuje swego słowa. Maria Leszczyńska znała była bowiem ze swojej wielkiej słowności. Dlatego też, jeśli komuś coś obiecała, to ten ktoś liczyć mógł się z tym, że na pewno to otrzyma.
- Wiesz, o czym się dzisiaj przekonałam? - zapytała Helena de Saudier Francescę, gdy ta udawała się na spoczynek.
- O czym?
- Że król nie mógłby mieć lepszej żony niż nasza królowa. A ja nie mogłabym mieć lepszej przyjaciółki.
- Tak, to prawda. Przyjaźń królowej może zdziałać cuda.
- W rzeczy samej, moja droga siostrzenico. W rzeczy samej.
1 komentarz:
No, no, robi się coraz ciekawiej. Z Heleny to jest niezła kombinatorka. Za to jej siostrzenica jest naprawdę głupia, skoro porzuciła Raula dla hrabiego tylko dlatego, że sądziła, iż był on od niego znacznie bogatszy, a tymczasem on okazał się być odeń biedniejszy. Ciekawe tylko, czy ona rzeczywiście pojęła, że kocha Raula, bo szczerze mówiąc jest to naprawdę wątpliwe po tym, jak go potraktowała. Nie dość, że jest pusta i głupia jak but, to jeszcze na dodatek jest porywcza i gwałtowna. Zdecydowanie nie jest dobrą partią dla Raula, no chyba że się zmieni i zmądrzeje. Jej podejście do płci przeciwnej przypomina podejście Trechevile’a, tylko wydaje mi się, że jego nastawienie do kobiet jest spowodowane tym, że niejedna go zraniła, przez co myśli, że wszystkie są tak samo pozbawione uczuć niczym bezmyślne zwierzęta, z kolei Francesca uważa, że mężczyźni są głupsi i gorsi, tylko na podstawie głupich książek i żałosnych historii, jakich naopowiadała jej matka, która również nie grzeszyła zbytnim rozsądkiem.
Prześlij komentarz