Rozdział IV
Dzień z życia muszkietera
Dzień z życia muszkietera
Raul od samego rana był przeświadczony, że dzień, który właśnie nastał, będzie dniem naprawdę wyjątkowym. Spodziewał się interesującej przygody i jak się później okazało, nie pomylił się. Ten dzień miał bowiem przynieść mu nowe wydarzenie, nową walkę, nowego przyjaciela, a także nowe widoki na przyszłość. O tym jednak nasz bohater nie mógł wszak mieć pojęcia, a jedynie zwykłe przeczucie. Nie można mu było oczywiście przepisywać zdolności magicznych, wróżbiarskich czy tym podobnych. Po prostu, miał przeczucie, którego zresztą doświadcza wiele osób. Podobno odziedziczył ten dar po matce, ale nie mamy co do tego stuprocentowej pewności. Ponieważ zaś pisarz nie powinien pisać o czymś, czego nie jest pewien, więc i my nie postąpimy tak nierozważnie i zaniechamy tego tematu.
Młodzieniec wstał, obmył twarz w misce z wodą. Następnie ubrał się, przypasał do boku szpadę, założył na głowę kapelusz i wyszedł z pokoju, który od niedawna wynajmował w oberży „Pod Złamaną Szpadą”.
Izba, którą zajmował, była najlepszym pokojem w całej tej budowli, a podobno nawet i w całym Paryżu. Posiadała zdaniem oberżysty mnóstwo zalet: duże okno z widokiem na pralnię, wygodne łóżko i niemal szczelny dach. Oprócz muszkietera mieszkał tu tylko jeden szczur, w dodatku bardzo chudy (groziła mu śmierć głodowa). Dach był prawie całkowicie szczelny, jak już wspominaliśmy, choć w czasie deszczu lekko przeciekał, ale co tam. Zawsze można było nałapać deszczówkę do miski i rano umyć sobie w niej twarz. Stare kobiety mówią, że deszczówka bardzo dobrze działa na cerę (swoją drogą, musimy kiedyś spróbować, czy tak jest rzeczywiście. A jeśli okaże się to prawdą, wówczas powiemy o tym wam, Drodzy Czytelnicy).
Wróćmy jednak do Raula. Po zjedzeniu smakowitego, aczkolwiek też bardzo skromnego śniadania, którego smak poprawiła mu szklanka niezłego wina, ruszył do koszar muszkieterów, jedynego miejsca w całym Paryża, w którym nie spotykało się wcale kobiet (jeśli nie licząc żony gospodarza oraz jej pomocnic). Żołnierze Jego Królewskiej Mości zabronili im tam wstępu, uważając, że wystarczająco muszą się z nimi męczyć na mieście i własnych domach. Tutaj zaś chcieli mieć od nich święty spokój i wcale im się im nie dziwimy.
„Kobiety, nawet najlepsze, są jak wino. Człowiek chciałby ich coraz więcej, ale tylko traci na nie czas i pieniądze, a w dodatku boli go przez nie głowa”. Tak zwykł mawiać kapitan Andre Trechevile, którego już mieliśmy okazję poznać. A przemawiało przez niego wieloletnie doświadczenie, więc możemy przypuszczać, że wiedział, co mówi.
Raul wszedł do koszar. Łączyły się one z akademią muszkieterów pana Trechevile’a. Kapitan założył tę uczelnię szkolącą młodych ludzi, którzy chcieli nosić barwy królewskie, wraz z baronem de Mormorence, ojcem naszego znajomego, Francois de Morce. Był on niezwykle bogatym człowiekiem, a Trechevile niestety, nie mógł tego o sobie powiedzieć. Jego ojciec utracił majątek na licznych procesach z sąsiadami. Młodsza siostra Henrietta wyszła za mąż za Anglika, Johna Pirshleya i wyjechała z nim za granicę, gdzie żyli nie mając zbyt częstego kontaktu z panem Andre. Z kolei dwaj starsi bracia tragicznie zakończyli swe życie. Najstarszy Rene wdał się w ojca: awanturował się, procesował, uwodził cudze narzeczone oraz żony, aż w końcu się doigrał, ponieważ zginął w pojedynku zabity przez jednego zazdrosnego męża. Zaś Henryk… ale o nim opowiemy później. Dowiemy się tego od samego Andre. Nie uprzedzajmy więc faktów. Historię pana Andre również poznamy kiedy indziej i to z jego własnych ust. Na razie powiedzieć możemy tylko tyle, że najmłodszy mężczyzna z rodu Trechevile wdał się raczej w matkę, kobietę spokojną i opanowaną. Miał po niej spokojny charakter i zrównoważony temperament. Po ojcu odziedziczył niewiele, nie licząc oczywiście długów oraz zdolności do szpady. Rzadko jednak z tej umiejętności korzystał, a jeśli już, to robił to niechętnie.
Podsumowując więc, Andre Trechevile nie grzeszył nadmiarem gotówki, dlatego propozycja współpracy i wspólnego założenia akademii muszkieterów była dla niego niezwykle korzystna. Baron postawił jednak pewien warunek. Po założeniu akademii Trechevile miał przyjąć do niej syna barona, Francois de Morce, a po zakończeniu szkoły młodzieniec miał otrzymać od swego dowódcy nominację na sierżanta. Kapitan oba te warunki przyjął uznawszy, że są one możliwe do spełnienia i nie przyniosą nikomu żadnej szkody. Były to ostatecznie tylko drobiazgi w porównaniu ze wsparciem, jakiego mu udzielił pan baron de Mormorence. Jednakże Francois czuł się tym wszystkim nieco zażenowany, dlatego też postanowił, że zrobi wszystko, aby na swój awans zasłużyć walecznymi czynami, a nie tylko protekcją zamożnego tatusia.
Raul Charmentall chodził po koszarach, szukając Francois. Znalazł go walczącego na szpady z manekinem imitującym jego przeciwnika. Inni muszkieterowie wykorzystywali swój czas na podobne ćwiczenia, którym się poświęcali w każdej, nadarzającej się ku temu okazji.
- Witajcie! - zawołał Raul.
Muszkieterzy dopiero teraz go zauważyli. Przerwali oni natychmiast swoją „szermierkę” i podbiegli do niego radośnie ściskając go, całując po policzkach i klepiąc przyjaźnie po plecach.
- Witamy, witamy! - odpowiedzieli mu.
Raul cieszył się dużą popularnością wśród towarzyszy. Nie dlatego, że był ulubieńcem kapitana, ale dlatego, że sobie na tę popularność zasłużył odważnym i sumiennym wykonywaniem powierzanych mu obowiązków. Choć był ulubieńcem kapitana, nie wynosił się ponad innych, lecz zachował skromność, co bardzo doceniali jego koledzy.
- Przyłączysz się do nas?! - zapytał Francois.
- Chętnie - odparł.
Zrzucił z siebie płaszcz i w koszuli rzucił się w wir ich młodzieńczych zabaw, na które to młodzi chłopcy, pełni zapału oraz energii, mogli sobie pozwolić. Ćwiczyli się oni w pojedynkach, walczyli ze sztucznymi przeciwnikami, a następnie z prawdziwymi, opowiadali sobie ploteczki z miasta i historie swoich miłosnych podbojów. Raul górował nad nimi wszystkimi swoim doświadczeniem oraz umiejętnościami. Nie było wśród muszkieterów przeciwnika, który mógłby się z nim równać. Pokonał już czterech kolegów, ci zaś gratulowali mu zwinności i szybkości, a także niezwykłej precyzji w szermierce.
- Może ze mną się zmierzysz? - odezwał się nagle czyiś wesoły głos.
W drzwiach koszar ukazał się Andre Trechevile. Był uśmiechnięty i pogodny.
- Ależ oczywiście - odpowiedział Raul.
Przeciwnicy, nadal się uśmiechając, dobyli szpad, stanęli w pozycji bojowej i skoczyli na siebie. Trechevile zaatakował pierwszy. Raul jednak sprawnie sparował jego ciosy. Kapitan nie ustępował i z opanowaniem zadawał mu sztychy oraz cięcia.
- Allez! - zawołał.
- Oczywiście! - odparł na to młody porucznik.
Walka trwała. W końcu Trechevile zaczął się nieco męczyć. Raul wykorzystał to i zmylił przeciwnika, udając świetnie, że również traci siły. Kapitan ruszył do kontrnatarcia. Wykonał pchnięcie, Raul zrobił świetny unik, uchylił się od kolejnego ciosu, wykonał półobrót odbijając jego szpadę, zadał mu cios łokciem w pierś i z kolejnego obrotu uderzył swego przeciwnika prosto w serce.
Nie bójcie się jednak, Drodzy Czytelnicy. Nie zabił on wszak kapitana. Jedynie przyłożył koniec ostrza swego rapiera do jego piersi.
- I co stryjek powie na to? - zapytał Raul tonem małego dziecka oczekującego pochwał.
- He, he - wydyszał Trechevile, mokry od potu jak mysz, kiedy Raul już go puścił - Dobrze cię wyszkoliłem. Ale tej sztuczki nie przypominam sobie.
- Nic dziwnego - powiedział Raul chowając szpadę - Przed chwilą ją wymyśliłem.
- Tak, oczywiście - mruknął Trechevile - A może mi jeszcze powiesz, że ci się ona przyśniła dzisiejszej nocy?
- Tego to już nie wyjawię.
- To dobrze, bo i tak ci bym nie uwierzył. Ale do rzeczy. Ty i Francois, chodźcie do mojego gabinetu. Mam do was pilną sprawę. Wyjątkowo pilną.
Raul i Francois założyli resztę garderoby i ruszyli za kapitanem. Weszli za nim do jego gabinetu, ale tam już ktoś siedział. Był to młody chłopak, brunet o niebieskich oczach oraz gładkiej cerze, a jego twarz sugerowała, że jeszcze nigdy się nie golił, gdyż nawet wąsów nie miał. Kiedy zobaczył wchodzących, wstał z krzesła i ruszył, by się przywitać.
- Poznajcie się - powiedział Andre Trechevile - To są porucznik Raul Charmentall i sierżant Francois de Morce. A to pan Fryderyk de Saudier, bratanek pani pułkownikowej Heleny de Saudier i protegowany naszej królowej.
Raul i Francois uścisnęli dłonie chłopcu.
- Jej Królewska Wysokość, Maria Leszczyńska, życzy sobie, byście wzięli go na praktykę do siebie, bowiem nie będzie zaliczał akademii.
- Jak to, nie będzie zaliczał? - zawołał Raul.
- To ma być jakiś żart? - dodał Francois.
Obaj młodzieńcy byli co najmniej oburzeni. Jakże to? To oni zdawali po kilkanaście egzaminów naraz, męczyli się całe dwa lata w akademii, aby wszystką niezbędną tam wiedzę opanować, a tymczasem ten nieopierzony młokos przychodzi sobie tak po prostu na gotowe? Tego znieść nie byli w stanie.
- Wydaje mi się, że to nie żart - odpowiedział Trechevile na pytanie swoich podwładnych.
- A ja myślę, że na pewno nie - odezwał się po raz pierwszy Fryderyk - Takie było życzenie mojej ciotki, a ponieważ żyje ona w wielkiej przyjaźni z królową, więc rozumiecie panowie...
- Rozumiemy - odpowiedzieli jednocześnie Raul i Francois.
- Do rzeczy - rzekł Trechevile, siadając na krześle za biurkiem - Jej Królewska Wysokość Maria Leszczyńska życzy sobie również, abyście we trójkę nie gnuśnieli w tych koszarach i zamiast marnować czas pilnowali porządku w mieście.
- Pilnować porządku? - zdziwił się Raul - Myślałem, że od tego jest żandarmeria.
- Ja też tak sądziłem - dodał Francois.
- I ja także - odparł z uśmiechem Trechevile - Ale nie do nas należy kwestionowanie rozkazów królowej. Od tego jest król, jej małżonek, a nie my, prości ludzie. Tak czy siak będziecie odtąd we trzech włóczyć się po karczmach, ulicach itd. miejscach. Będzie pilnować, żeby wszystko w nich było w jak najlepszym porządku. A jak pojawi się coś, co wam się nie spodoba, to macie zrobić tak, by znowu wam się podobało. Inaczej mówiąc zobaczycie jakieś rozróby, to je będziecie uspokajać. Będą awantury, to awanturników aresztować. Czy zrozumieliście moje słowa?
- Zrozumieliśmy - odparł Raul.
- Ale wydawało mi się, że muszkieterowie są raczej od wywoływania awantur, a nie od ich uspokajania - wtrącił nagle Francois z ironicznym uśmiechem na twarzy.
To mówiąc zaśmiał się, a Raul mu zawtórował.
- Bardzo śmieszne, Francois, bardzo - mruknął Trechevile, z trudem powstrzymując śmiech - Ale takie są rozkazy, a my musimy je wypełnić. Króla i królowej to rzecz rozkazywać, a nasza, żołnierza rzecz, słuchać i wykonywać ich polecenia.
- No, ale pojedynki, nasz ulubiony sport, który zabija nudy? - jęknął załamany Francois.
- Możesz równie dobrze je zabić, czytając książki - powiedział Raul.
- Tak nisko to ja jeszcze nie upadłem - mruknął de Morce.
Cała czwórka zaczęła się śmiać.
- Do wojska wstąpiłem, a do żandarmerii trafiłem - jęknął po chwili Raul.
- Wiem, że to poniżające, ale tak jest - rzekł Trechevile, nadal się uśmiechając - A propos, wiecie jak się nazywa żandarm z połową mózgu?
- Nie wiemy - odpowiedzieli chórem.
- Geniusz. A jak się nazywa żandarm z całym mózgiem?
- Wielki geniusz? - spytał Fryderyk.
- Nie. Wybryk natury.
Zaczęli się śmiać do rozpuku. W końcu Trechevile powiedział:
- No dobrze, pośmialiśmy się, to teraz do roboty. Masz mi natychmiast na ulicę i nie wracać bez jakiegoś przestępcy. Macie czas do wieczora.
Raul, Francois i Fryderyk wyszli z pokoju. Nagle usłyszeli głośny okrzyk kapitana.
- Czekajcie!
Zawrócili i stanęli na baczność czekając dalszych poleceń.
- Dostałem dziś wiadomość z bardzo dobrze poinformowanego źródła, że Jacques Raberic wrócił do Paryża. Zaglądajcie do oberż. Musimy go dostać w swoje ręce.
- I oddać żandarmom? - spytał Raul.
- I posłać go do więzienia - powiedział Trechevile - Nawet z pomocą żandarmów, jeśli będzie trzeba. Musimy go powstrzymać przed kolejnymi zbrodniami. Nie pozwolę, aby znów nam się wymknął na kolejne dwa lata, a może i dłużej. Drań musi wylądować w Bastylii. Tam jest jego miejsce.
- Tak jest.
- A przy okazji, nie zniszczcie całej karczmy, tak jak ty, Raul, zrobiłeś to ostatnim razem. Do dzisiaj płacę temu oberżyście odszkodowanie za szkody, które tam wtedy poczyniłeś. Na szczęście jutro jest ostatnia rata. Na twoje szczęście. Miałem już zamiar odliczyć ci to od żołdu.
- To nie moja wina - bronił się oskarżony.
- Nie twoja, jasne. A niby czyja? Może krasnoludków? Albo jakichś złośliwych duszków?
- To wina tego drania Raberica. Skakał po stołach, rozwalał krzesła, zwalił żyrandol. Uciekając narobił niezłego zamieszania.
- A ty zrobiłeś jeszcze większy goniąc go - przerwał mu Trechevile.
- To było niechcący.
- Mój drogi, niechcący, to moja mamusia zaszła w ciążę czwarty raz i urodziła moją ukochaną siostrzyczkę - mruknął, uśmiechając się kapitan - A rozróby nie robi się niechcący, tylko celowo lub przez brak rozwagi.
- Cóż mogę rzecz? Głupio wyszło.
- To samo mówił mój tatuś, kiedy się dowiedział, że mamunia urodzi jeszcze jedno dziecko i to do tego córeczkę. Co prawda, nie wiedział, że to będzie córka, ale fakt jest faktem, że tak powiedział.
- W końcu nikt nie ucierpiał.
- Powiedz to temu karczmarzowi, któremu zniszczyłeś gospodę. Nie wiem czy wiesz, ale masz tam zakaz wstępu. Dożywotni.
- A to niewdzięczny łajdak. Wykonywałem tylko swoje obowiązki. Tak naprawdę to uratowałem tę jego budę. Częściowo.
Trechevile parsknął śmiechem.
- Uratowałeś ją?! Dobre sobie! Ale już dość... Przejdźmy do rzeczy. Macie złapać tego drania i w miarę możliwości, zróbcie to po cichu. Bez większego bałaganu. Nie muszę was chyba uczyć.
- Oczywiście - powiedzieli wszyscy trzej.
- Dobrze. Bardzo dobrze. Więc ruszajcie. A propos, czy rozpoznasz tego człowieka, Raul?
- Ma się rozumieć - odpowiedział z uśmiechem Charmentall - Podczas naszego ostatniego spotkania, tego właśnie, które tak zaowocowało moim dożywotnim zakazem wstępu do tej oberży, zostawiłem mu małą pamiątkę.
- Mianowicie? - zapytał Trechevile.
- Wybiłem mu oko szpadą - wyjaśnił Raul.
- Oko?
- Tak, oko.
- Mów dalej. Jak do tego doszło? – zapytał zaciekawiony tą historią Trechevile.
- Otóż walczyliśmy, aż tu on uderzył mnie szpadą w ramię. Padam na ziemię trzymając się za zadaną mi ranę, on zamachnął się, aby mnie dobić. Wtedy ja... Bach! Wbijam mu szpadę w oko. On krzyczy, łapie się za oko, odtrąca mnie i wyskakuje przez okno…
- To chyba zrozumiałe - wtrącił Trechevile.
- Następnie skacze na konia i ucieka. Byłem za słaby, żeby go gonić, rana mnie strasznie piekła - dokończył Raul.
- Rozumiem - powiedział kapitan - Zastosowałeś zwodzący chwyt, udając zbyt słabego do walki i sprawiłeś, że łotr popełnił błąd. Dobrze cię wyszkoliłem. Ale do rzeczy. Idźcie i złapcie tego drania, a w ostateczności, jeżeli nie będzie innego wyjścia, zabijcie go. Jednakże, starajcie się uniknąć tej ostateczności. Weźcie go żywego, choć gdy to okaże się niemożliwe, to wiecie, co macie zrobić.
- Wiemy! - powiedzieli wszyscy troje.
- No, to dzieła. I nie wracać mi bez tego drania. Liczę na to, że raport, jaki wieczorem złożycie na moim biurku, będzie mówił o tym, że Raberic jest schwytany i spędzi resztę swego życia w Bastylii na koszt państwa. Skończyłem.
Raul, Francois oraz Fryderyk zasalutowali, po czym wyszli z pokoju. Następnie wskoczyli na konie i ruszyli w podróż do Paryża. Jednakże szukanie Raberica była niczym szukanie igły w stogu siana. Paryż był i jest nadal dużym miastem. Mieszkało tutaj wielu ludzi, a jeszcze więcej przyjeżdżało, więc znalezienie jednego człowieka w tak dużym mieście jest nawet dzisiaj prawie niemożliwe. Na całe szczęście Raul znał Raberica. Wiedział, że będzie on na tyle bezczelny, że od razu po powrocie do Paryża pójdzie do karczmy i wywoła kolejną awanturę. A wtedy będą go mieli. Zaglądali więc do oberż i gospód w całym mieście. Nigdzie go nie było. Wreszcie dotarli do miejsca, od którego dwa lata temu wszystko się zaczęło. Do oberży „Zielona Butelka”.
- Została tylko ona - powiedział Francois.
- Że też akurat ona - mruknął Raul - Właśnie ta oberża, do której nie mam wstępu.
- Nie ma co czekać, trzeba tu zajrzeć! - zawołał Francois.
- Może go tu nie ma? - wtrącił Fryderyk.
- Jest - powiedział głucho Raul - Czuję to. Przeczucie mi mówi, że ponieważ tu to się zaczęło, to tu się też skończy.
- Zatem, do dzieła - rzekł Francois.
- Do dzieła - westchnął Raul - Tym razem jest nas trzech. Powinniśmy dać sobie radę.
- Co tu dużo mówić? Ruszajmy już - powiedział Fryderyk, wyjmując szpadę i ruszając do drzwi, ale Raul go zatrzymał wyciągniętą ręką.
- Zaraz - powiedział spokojnie, acz stanowczo - Idziemy tam razem. A przy okazji, mówię teraz do was jako oficer, nie jako kolega. Kiedy dojdzie do walki, zostawcie Raberica mnie. Ja się nim zajmę. Wy tylko pilnujcie wyjść, żeby nie miał dokąd uciec. Rozumiecie?
- Rozumiemy - powiedzieli jednocześnie Francois i Fryderyk.
- No, to do dzieła.
Weszli do środka oberży. Jak się można było spodziewać, było tam mnóstwo ludzi. Siedzieli oni przy stolikach, popijali wino, grali w karty i śpiewali wesołe piosenki.
- Tu jest pełno ludzi. Jak my go znajdziemy? - zapytał się Francois.
- Spokojnie, wypatrujcie goście bez jednego oka. Na pewno będzie nosił przepaskę.
- Łatwiej powiedzieć niż zrobić - mruknął Fryderyk.
Rzeczywiście, było tu kilka ludzi z przepaską na oku. Cała praca była więc dla naszych muszkieterów nieco utrudniona.
- No, to już koniec! Tu jest pełno ludzi bez oka, jak my go znajdziemy? Może chociaż pamiętasz, które to było oko? Lewe czy prawe? - dopytywał się Francois.
- Nie do końca pamiętam.
Nagle ni stąd ni zowąd rozległ się głośny krzyk. Ktoś siedzący przy barze wymyślał właśnie na karczmarza, że wino, które ten mu podał, to były zwykle pomyje i zażądał lepszego. Był to człowiek czterdziesto-paroletni, o czarnych włosach, szarych oczach oraz złośliwym spojrzeniu, ubrany na czerwono i… bez prawego oka.
- To on! To Raberic! - rzekł Raul, wskazując go palcem.
- No i mamy go - uśmiechnął się mściwie Francois.
- Pamiętacie, jak się umawialiśmy?
- Tak. Ale wątpię, czy to można nazwać umową.
Raul nie słuchał go. Podszedł do baru, klepnął Raberica przez plecy, a gdy ten się odwrócił, powiedział:
- My się chyba skądś znamy, nieprawdaż? Czy aby nie z zabawy, którą dwa lata temu urządził pan w tej oberży? Tak pan jednak nagle odjechał, że nie miałem czasu pożegnać się.
- A pan tego żałował? - mruknął, uśmiechając się doń Raberic, który zdążył już rozpoznać Raula.
- Owszem, a najbardziej żałował tego sędzia, który stracił możliwość sądzenia pana. Ale wszak nic straconego. Pójdziesz pan teraz ze mną i naprawisz swój nietakt.
- O!!! - Raberic był zdumiony - A czemuż to?
- Bo jesteś mordercą! Bo napastowałeś młodą dziewczynę i ciężko zraniłeś jej brata - wyjaśnił Raul.
- Ale nie zabiłem go! - krzyknął Raberic.
- Ale mogłeś!
- Ale tego nie zrobiłem, chociaż powinienem!
- Dość tego gadania! Jesteś aresztowany.
- Niczego mi nie udowodnisz, muszkieterku. Nie zabiłem chłopaka, a zresztą smarkacz sam się o to prosił. Po co się wtrącał? Chciałem tylko zatańczyć z jego siostrzyczką.
- Wbrew jej woli?
- Niby mówiła, że nie chce, ale w głębi duszy o niczym innym nie marzyła.
- Tak? - zapytał ironicznie Raul - Powiesz to sędziemu na procesie. Może ci uwierzy. A teraz idziemy.
- Nie ma mowy, Charmentall. Jeśli myślisz, że dobrowolnie oddam się w twoje ręce, to się grubo mylisz.
To mówiąc popchnął go nogą na podłogę i wyrwał szpadę. Raul jednak był równie szybki, co jego przeciwnik. Pochwycił broń i stanął do walki. Raberic zaatakował, ale młodzieniec bronił się dzielnie. Odpierał ataki z doświadczeniem zawodowego szermierza. Przeciwnik jego zadawał cięcia i sztychy, jednak Raul drwił sobie z nich. W końcu Raberic wskoczył na kontuar baru, stając się tym samym łatwym celem dla szpady muszkietera. Rzeczywiście, Charmentall, z trudem chroniąc głowę przed jego ciosami, pchnął go szpadą w brzuch. Raberic spadł na za kontuar, ale zaraz się pozbierał cały i zdrowy, a zdumionemu Raulowi ukazał lekką kolczugę, ukrytą pod ubraniem wierzchnim.
- Powinienem się tego spodziewać, ty tchórzu! - krzyknął Raul.
Przez chwilę pojedynkowali się rozdzieleni ladą. Następnie Raberic wyskoczył zza kontuaru, zadał cios nogą i odkopnął Raula w kąt. Ruszył biegiem do drzwi, ale tam stał Francois z wyciągniętą szpadą. Skoczył do okna, ale tam czaił się Fryderyk. Nie wiedząc więc co robić, wskoczył na stolik, potem na żyrandol i bujając się rozdawał ciosy na wszystkie strony. Muszkieterowie musieli poważnie uważać. Fryderyk nie zdążył się odsunąć i ostrze nieco drasnęła go w rękę. Francois, widząc to, wyrwał zza pasa pistolet, z którego wymierzył w Raberica, pamiętając jednak, że chcieli go dostać żywego, wymierzył w łańcuch, na którym wisiał żyrandol i wypalił. Kula rozbiła łańcuch, a żyrandol z hukiem spadł na ziemię przygniatając całym swoim ciężarem Raberica. Raul podbiegł do łotra, wyciągnął go i związał mu ręce.
- Dobry ruch, Francois - powiedział Charmentall.
- Dzięki.
- A co tobie Fryderyk?
- Nic poważnego - rzekł młody chłopak.
Muszkieterzy wywlekli z oberży związanego Raberica i oddali w ręce żandarmów, którzy zabrali go do aresztu. Następnego dnia odbył się proces sądowy, który skazał Raberica na dziesięć lat więzienia. Przestępca trafił wreszcie tam, gdzie było jego miejsce.
- I co, cwaniaczki? - mruczał po złożeniu mu meldunku Trechevile - Udało się wam schwytać drania bez większej rozróby, co? Szkoda tylko, że przy okazji rozwaliłeś ten żyrandol, Francois, ale co tam. Ważne, że mamy tego drania. Już nie będzie więcej spędzał nam snu z powiek. Dobrze wykonaliście swoje zadanie. Resztę dnia macie wolne.
Muszkieterzy od razu udali się „Pod Złamaną Szpadę” by wychylić z tej okazji kilka szklanek wina. Otrzymali gratulacje od kolegów za złapanie Raberica, który nie miał w tym mieście dobrej reputacji.
Gdy Fryderyk odszedł na chwilę, żeby przynieść wino, Raul zapytał przyjaciela:
- I co myślisz o naszym młodym protegowanym?
- Odważny chłopak. I bardzo sympatyczny - odpowiedział Francois - Tylko, że…
- Tylko, że co?
- Gdybym nie wiedział, że to mężczyzna, powiedziałbym, że to kobieta w przebraniu. Widziałeś, jaką on ma cerę? Jak panienka!
- Tak, rzeczywiście - powiedział Raul, przeciągając słowa.
Słowa kompana wzbudziły w nim pewne podejrzenia. Nic jednak nie powiedział do Fryderyka, kiedy ten wrócił z winem.
- To tak wygląda zwykły dzień muszkietera? - spytał Fryderyk, gdy cała trójka relaksowała się przy winie.
- No, na ogół tak - odpowiedział Raul.
- Na ogół jest więcej trupów - wtrącił dowcipnie Francois.
- To w takim razie, jak wyglądają niedziele i święta? - spytał z lekkim przestrachem Fryderyk.
- Lepiej nie pytaj, chłopcze - powiedział de Morce, popijając wino ze szklanki - Lepiej nie pytaj.
Młodzieniec wstał, obmył twarz w misce z wodą. Następnie ubrał się, przypasał do boku szpadę, założył na głowę kapelusz i wyszedł z pokoju, który od niedawna wynajmował w oberży „Pod Złamaną Szpadą”.
Izba, którą zajmował, była najlepszym pokojem w całej tej budowli, a podobno nawet i w całym Paryżu. Posiadała zdaniem oberżysty mnóstwo zalet: duże okno z widokiem na pralnię, wygodne łóżko i niemal szczelny dach. Oprócz muszkietera mieszkał tu tylko jeden szczur, w dodatku bardzo chudy (groziła mu śmierć głodowa). Dach był prawie całkowicie szczelny, jak już wspominaliśmy, choć w czasie deszczu lekko przeciekał, ale co tam. Zawsze można było nałapać deszczówkę do miski i rano umyć sobie w niej twarz. Stare kobiety mówią, że deszczówka bardzo dobrze działa na cerę (swoją drogą, musimy kiedyś spróbować, czy tak jest rzeczywiście. A jeśli okaże się to prawdą, wówczas powiemy o tym wam, Drodzy Czytelnicy).
Wróćmy jednak do Raula. Po zjedzeniu smakowitego, aczkolwiek też bardzo skromnego śniadania, którego smak poprawiła mu szklanka niezłego wina, ruszył do koszar muszkieterów, jedynego miejsca w całym Paryża, w którym nie spotykało się wcale kobiet (jeśli nie licząc żony gospodarza oraz jej pomocnic). Żołnierze Jego Królewskiej Mości zabronili im tam wstępu, uważając, że wystarczająco muszą się z nimi męczyć na mieście i własnych domach. Tutaj zaś chcieli mieć od nich święty spokój i wcale im się im nie dziwimy.
„Kobiety, nawet najlepsze, są jak wino. Człowiek chciałby ich coraz więcej, ale tylko traci na nie czas i pieniądze, a w dodatku boli go przez nie głowa”. Tak zwykł mawiać kapitan Andre Trechevile, którego już mieliśmy okazję poznać. A przemawiało przez niego wieloletnie doświadczenie, więc możemy przypuszczać, że wiedział, co mówi.
Raul wszedł do koszar. Łączyły się one z akademią muszkieterów pana Trechevile’a. Kapitan założył tę uczelnię szkolącą młodych ludzi, którzy chcieli nosić barwy królewskie, wraz z baronem de Mormorence, ojcem naszego znajomego, Francois de Morce. Był on niezwykle bogatym człowiekiem, a Trechevile niestety, nie mógł tego o sobie powiedzieć. Jego ojciec utracił majątek na licznych procesach z sąsiadami. Młodsza siostra Henrietta wyszła za mąż za Anglika, Johna Pirshleya i wyjechała z nim za granicę, gdzie żyli nie mając zbyt częstego kontaktu z panem Andre. Z kolei dwaj starsi bracia tragicznie zakończyli swe życie. Najstarszy Rene wdał się w ojca: awanturował się, procesował, uwodził cudze narzeczone oraz żony, aż w końcu się doigrał, ponieważ zginął w pojedynku zabity przez jednego zazdrosnego męża. Zaś Henryk… ale o nim opowiemy później. Dowiemy się tego od samego Andre. Nie uprzedzajmy więc faktów. Historię pana Andre również poznamy kiedy indziej i to z jego własnych ust. Na razie powiedzieć możemy tylko tyle, że najmłodszy mężczyzna z rodu Trechevile wdał się raczej w matkę, kobietę spokojną i opanowaną. Miał po niej spokojny charakter i zrównoważony temperament. Po ojcu odziedziczył niewiele, nie licząc oczywiście długów oraz zdolności do szpady. Rzadko jednak z tej umiejętności korzystał, a jeśli już, to robił to niechętnie.
Podsumowując więc, Andre Trechevile nie grzeszył nadmiarem gotówki, dlatego propozycja współpracy i wspólnego założenia akademii muszkieterów była dla niego niezwykle korzystna. Baron postawił jednak pewien warunek. Po założeniu akademii Trechevile miał przyjąć do niej syna barona, Francois de Morce, a po zakończeniu szkoły młodzieniec miał otrzymać od swego dowódcy nominację na sierżanta. Kapitan oba te warunki przyjął uznawszy, że są one możliwe do spełnienia i nie przyniosą nikomu żadnej szkody. Były to ostatecznie tylko drobiazgi w porównaniu ze wsparciem, jakiego mu udzielił pan baron de Mormorence. Jednakże Francois czuł się tym wszystkim nieco zażenowany, dlatego też postanowił, że zrobi wszystko, aby na swój awans zasłużyć walecznymi czynami, a nie tylko protekcją zamożnego tatusia.
Raul Charmentall chodził po koszarach, szukając Francois. Znalazł go walczącego na szpady z manekinem imitującym jego przeciwnika. Inni muszkieterowie wykorzystywali swój czas na podobne ćwiczenia, którym się poświęcali w każdej, nadarzającej się ku temu okazji.
- Witajcie! - zawołał Raul.
Muszkieterzy dopiero teraz go zauważyli. Przerwali oni natychmiast swoją „szermierkę” i podbiegli do niego radośnie ściskając go, całując po policzkach i klepiąc przyjaźnie po plecach.
- Witamy, witamy! - odpowiedzieli mu.
Raul cieszył się dużą popularnością wśród towarzyszy. Nie dlatego, że był ulubieńcem kapitana, ale dlatego, że sobie na tę popularność zasłużył odważnym i sumiennym wykonywaniem powierzanych mu obowiązków. Choć był ulubieńcem kapitana, nie wynosił się ponad innych, lecz zachował skromność, co bardzo doceniali jego koledzy.
- Przyłączysz się do nas?! - zapytał Francois.
- Chętnie - odparł.
Zrzucił z siebie płaszcz i w koszuli rzucił się w wir ich młodzieńczych zabaw, na które to młodzi chłopcy, pełni zapału oraz energii, mogli sobie pozwolić. Ćwiczyli się oni w pojedynkach, walczyli ze sztucznymi przeciwnikami, a następnie z prawdziwymi, opowiadali sobie ploteczki z miasta i historie swoich miłosnych podbojów. Raul górował nad nimi wszystkimi swoim doświadczeniem oraz umiejętnościami. Nie było wśród muszkieterów przeciwnika, który mógłby się z nim równać. Pokonał już czterech kolegów, ci zaś gratulowali mu zwinności i szybkości, a także niezwykłej precyzji w szermierce.
- Może ze mną się zmierzysz? - odezwał się nagle czyiś wesoły głos.
W drzwiach koszar ukazał się Andre Trechevile. Był uśmiechnięty i pogodny.
- Ależ oczywiście - odpowiedział Raul.
Przeciwnicy, nadal się uśmiechając, dobyli szpad, stanęli w pozycji bojowej i skoczyli na siebie. Trechevile zaatakował pierwszy. Raul jednak sprawnie sparował jego ciosy. Kapitan nie ustępował i z opanowaniem zadawał mu sztychy oraz cięcia.
- Allez! - zawołał.
- Oczywiście! - odparł na to młody porucznik.
Walka trwała. W końcu Trechevile zaczął się nieco męczyć. Raul wykorzystał to i zmylił przeciwnika, udając świetnie, że również traci siły. Kapitan ruszył do kontrnatarcia. Wykonał pchnięcie, Raul zrobił świetny unik, uchylił się od kolejnego ciosu, wykonał półobrót odbijając jego szpadę, zadał mu cios łokciem w pierś i z kolejnego obrotu uderzył swego przeciwnika prosto w serce.
Nie bójcie się jednak, Drodzy Czytelnicy. Nie zabił on wszak kapitana. Jedynie przyłożył koniec ostrza swego rapiera do jego piersi.
- I co stryjek powie na to? - zapytał Raul tonem małego dziecka oczekującego pochwał.
- He, he - wydyszał Trechevile, mokry od potu jak mysz, kiedy Raul już go puścił - Dobrze cię wyszkoliłem. Ale tej sztuczki nie przypominam sobie.
- Nic dziwnego - powiedział Raul chowając szpadę - Przed chwilą ją wymyśliłem.
- Tak, oczywiście - mruknął Trechevile - A może mi jeszcze powiesz, że ci się ona przyśniła dzisiejszej nocy?
- Tego to już nie wyjawię.
- To dobrze, bo i tak ci bym nie uwierzył. Ale do rzeczy. Ty i Francois, chodźcie do mojego gabinetu. Mam do was pilną sprawę. Wyjątkowo pilną.
Raul i Francois założyli resztę garderoby i ruszyli za kapitanem. Weszli za nim do jego gabinetu, ale tam już ktoś siedział. Był to młody chłopak, brunet o niebieskich oczach oraz gładkiej cerze, a jego twarz sugerowała, że jeszcze nigdy się nie golił, gdyż nawet wąsów nie miał. Kiedy zobaczył wchodzących, wstał z krzesła i ruszył, by się przywitać.
- Poznajcie się - powiedział Andre Trechevile - To są porucznik Raul Charmentall i sierżant Francois de Morce. A to pan Fryderyk de Saudier, bratanek pani pułkownikowej Heleny de Saudier i protegowany naszej królowej.
Raul i Francois uścisnęli dłonie chłopcu.
- Jej Królewska Wysokość, Maria Leszczyńska, życzy sobie, byście wzięli go na praktykę do siebie, bowiem nie będzie zaliczał akademii.
- Jak to, nie będzie zaliczał? - zawołał Raul.
- To ma być jakiś żart? - dodał Francois.
Obaj młodzieńcy byli co najmniej oburzeni. Jakże to? To oni zdawali po kilkanaście egzaminów naraz, męczyli się całe dwa lata w akademii, aby wszystką niezbędną tam wiedzę opanować, a tymczasem ten nieopierzony młokos przychodzi sobie tak po prostu na gotowe? Tego znieść nie byli w stanie.
- Wydaje mi się, że to nie żart - odpowiedział Trechevile na pytanie swoich podwładnych.
- A ja myślę, że na pewno nie - odezwał się po raz pierwszy Fryderyk - Takie było życzenie mojej ciotki, a ponieważ żyje ona w wielkiej przyjaźni z królową, więc rozumiecie panowie...
- Rozumiemy - odpowiedzieli jednocześnie Raul i Francois.
- Do rzeczy - rzekł Trechevile, siadając na krześle za biurkiem - Jej Królewska Wysokość Maria Leszczyńska życzy sobie również, abyście we trójkę nie gnuśnieli w tych koszarach i zamiast marnować czas pilnowali porządku w mieście.
- Pilnować porządku? - zdziwił się Raul - Myślałem, że od tego jest żandarmeria.
- Ja też tak sądziłem - dodał Francois.
- I ja także - odparł z uśmiechem Trechevile - Ale nie do nas należy kwestionowanie rozkazów królowej. Od tego jest król, jej małżonek, a nie my, prości ludzie. Tak czy siak będziecie odtąd we trzech włóczyć się po karczmach, ulicach itd. miejscach. Będzie pilnować, żeby wszystko w nich było w jak najlepszym porządku. A jak pojawi się coś, co wam się nie spodoba, to macie zrobić tak, by znowu wam się podobało. Inaczej mówiąc zobaczycie jakieś rozróby, to je będziecie uspokajać. Będą awantury, to awanturników aresztować. Czy zrozumieliście moje słowa?
- Zrozumieliśmy - odparł Raul.
- Ale wydawało mi się, że muszkieterowie są raczej od wywoływania awantur, a nie od ich uspokajania - wtrącił nagle Francois z ironicznym uśmiechem na twarzy.
To mówiąc zaśmiał się, a Raul mu zawtórował.
- Bardzo śmieszne, Francois, bardzo - mruknął Trechevile, z trudem powstrzymując śmiech - Ale takie są rozkazy, a my musimy je wypełnić. Króla i królowej to rzecz rozkazywać, a nasza, żołnierza rzecz, słuchać i wykonywać ich polecenia.
- No, ale pojedynki, nasz ulubiony sport, który zabija nudy? - jęknął załamany Francois.
- Możesz równie dobrze je zabić, czytając książki - powiedział Raul.
- Tak nisko to ja jeszcze nie upadłem - mruknął de Morce.
Cała czwórka zaczęła się śmiać.
- Do wojska wstąpiłem, a do żandarmerii trafiłem - jęknął po chwili Raul.
- Wiem, że to poniżające, ale tak jest - rzekł Trechevile, nadal się uśmiechając - A propos, wiecie jak się nazywa żandarm z połową mózgu?
- Nie wiemy - odpowiedzieli chórem.
- Geniusz. A jak się nazywa żandarm z całym mózgiem?
- Wielki geniusz? - spytał Fryderyk.
- Nie. Wybryk natury.
Zaczęli się śmiać do rozpuku. W końcu Trechevile powiedział:
- No dobrze, pośmialiśmy się, to teraz do roboty. Masz mi natychmiast na ulicę i nie wracać bez jakiegoś przestępcy. Macie czas do wieczora.
Raul, Francois i Fryderyk wyszli z pokoju. Nagle usłyszeli głośny okrzyk kapitana.
- Czekajcie!
Zawrócili i stanęli na baczność czekając dalszych poleceń.
- Dostałem dziś wiadomość z bardzo dobrze poinformowanego źródła, że Jacques Raberic wrócił do Paryża. Zaglądajcie do oberż. Musimy go dostać w swoje ręce.
- I oddać żandarmom? - spytał Raul.
- I posłać go do więzienia - powiedział Trechevile - Nawet z pomocą żandarmów, jeśli będzie trzeba. Musimy go powstrzymać przed kolejnymi zbrodniami. Nie pozwolę, aby znów nam się wymknął na kolejne dwa lata, a może i dłużej. Drań musi wylądować w Bastylii. Tam jest jego miejsce.
- Tak jest.
- A przy okazji, nie zniszczcie całej karczmy, tak jak ty, Raul, zrobiłeś to ostatnim razem. Do dzisiaj płacę temu oberżyście odszkodowanie za szkody, które tam wtedy poczyniłeś. Na szczęście jutro jest ostatnia rata. Na twoje szczęście. Miałem już zamiar odliczyć ci to od żołdu.
- To nie moja wina - bronił się oskarżony.
- Nie twoja, jasne. A niby czyja? Może krasnoludków? Albo jakichś złośliwych duszków?
- To wina tego drania Raberica. Skakał po stołach, rozwalał krzesła, zwalił żyrandol. Uciekając narobił niezłego zamieszania.
- A ty zrobiłeś jeszcze większy goniąc go - przerwał mu Trechevile.
- To było niechcący.
- Mój drogi, niechcący, to moja mamusia zaszła w ciążę czwarty raz i urodziła moją ukochaną siostrzyczkę - mruknął, uśmiechając się kapitan - A rozróby nie robi się niechcący, tylko celowo lub przez brak rozwagi.
- Cóż mogę rzecz? Głupio wyszło.
- To samo mówił mój tatuś, kiedy się dowiedział, że mamunia urodzi jeszcze jedno dziecko i to do tego córeczkę. Co prawda, nie wiedział, że to będzie córka, ale fakt jest faktem, że tak powiedział.
- W końcu nikt nie ucierpiał.
- Powiedz to temu karczmarzowi, któremu zniszczyłeś gospodę. Nie wiem czy wiesz, ale masz tam zakaz wstępu. Dożywotni.
- A to niewdzięczny łajdak. Wykonywałem tylko swoje obowiązki. Tak naprawdę to uratowałem tę jego budę. Częściowo.
Trechevile parsknął śmiechem.
- Uratowałeś ją?! Dobre sobie! Ale już dość... Przejdźmy do rzeczy. Macie złapać tego drania i w miarę możliwości, zróbcie to po cichu. Bez większego bałaganu. Nie muszę was chyba uczyć.
- Oczywiście - powiedzieli wszyscy trzej.
- Dobrze. Bardzo dobrze. Więc ruszajcie. A propos, czy rozpoznasz tego człowieka, Raul?
- Ma się rozumieć - odpowiedział z uśmiechem Charmentall - Podczas naszego ostatniego spotkania, tego właśnie, które tak zaowocowało moim dożywotnim zakazem wstępu do tej oberży, zostawiłem mu małą pamiątkę.
- Mianowicie? - zapytał Trechevile.
- Wybiłem mu oko szpadą - wyjaśnił Raul.
- Oko?
- Tak, oko.
- Mów dalej. Jak do tego doszło? – zapytał zaciekawiony tą historią Trechevile.
- Otóż walczyliśmy, aż tu on uderzył mnie szpadą w ramię. Padam na ziemię trzymając się za zadaną mi ranę, on zamachnął się, aby mnie dobić. Wtedy ja... Bach! Wbijam mu szpadę w oko. On krzyczy, łapie się za oko, odtrąca mnie i wyskakuje przez okno…
- To chyba zrozumiałe - wtrącił Trechevile.
- Następnie skacze na konia i ucieka. Byłem za słaby, żeby go gonić, rana mnie strasznie piekła - dokończył Raul.
- Rozumiem - powiedział kapitan - Zastosowałeś zwodzący chwyt, udając zbyt słabego do walki i sprawiłeś, że łotr popełnił błąd. Dobrze cię wyszkoliłem. Ale do rzeczy. Idźcie i złapcie tego drania, a w ostateczności, jeżeli nie będzie innego wyjścia, zabijcie go. Jednakże, starajcie się uniknąć tej ostateczności. Weźcie go żywego, choć gdy to okaże się niemożliwe, to wiecie, co macie zrobić.
- Wiemy! - powiedzieli wszyscy troje.
- No, to dzieła. I nie wracać mi bez tego drania. Liczę na to, że raport, jaki wieczorem złożycie na moim biurku, będzie mówił o tym, że Raberic jest schwytany i spędzi resztę swego życia w Bastylii na koszt państwa. Skończyłem.
Raul, Francois oraz Fryderyk zasalutowali, po czym wyszli z pokoju. Następnie wskoczyli na konie i ruszyli w podróż do Paryża. Jednakże szukanie Raberica była niczym szukanie igły w stogu siana. Paryż był i jest nadal dużym miastem. Mieszkało tutaj wielu ludzi, a jeszcze więcej przyjeżdżało, więc znalezienie jednego człowieka w tak dużym mieście jest nawet dzisiaj prawie niemożliwe. Na całe szczęście Raul znał Raberica. Wiedział, że będzie on na tyle bezczelny, że od razu po powrocie do Paryża pójdzie do karczmy i wywoła kolejną awanturę. A wtedy będą go mieli. Zaglądali więc do oberż i gospód w całym mieście. Nigdzie go nie było. Wreszcie dotarli do miejsca, od którego dwa lata temu wszystko się zaczęło. Do oberży „Zielona Butelka”.
- Została tylko ona - powiedział Francois.
- Że też akurat ona - mruknął Raul - Właśnie ta oberża, do której nie mam wstępu.
- Nie ma co czekać, trzeba tu zajrzeć! - zawołał Francois.
- Może go tu nie ma? - wtrącił Fryderyk.
- Jest - powiedział głucho Raul - Czuję to. Przeczucie mi mówi, że ponieważ tu to się zaczęło, to tu się też skończy.
- Zatem, do dzieła - rzekł Francois.
- Do dzieła - westchnął Raul - Tym razem jest nas trzech. Powinniśmy dać sobie radę.
- Co tu dużo mówić? Ruszajmy już - powiedział Fryderyk, wyjmując szpadę i ruszając do drzwi, ale Raul go zatrzymał wyciągniętą ręką.
- Zaraz - powiedział spokojnie, acz stanowczo - Idziemy tam razem. A przy okazji, mówię teraz do was jako oficer, nie jako kolega. Kiedy dojdzie do walki, zostawcie Raberica mnie. Ja się nim zajmę. Wy tylko pilnujcie wyjść, żeby nie miał dokąd uciec. Rozumiecie?
- Rozumiemy - powiedzieli jednocześnie Francois i Fryderyk.
- No, to do dzieła.
Weszli do środka oberży. Jak się można było spodziewać, było tam mnóstwo ludzi. Siedzieli oni przy stolikach, popijali wino, grali w karty i śpiewali wesołe piosenki.
- Tu jest pełno ludzi. Jak my go znajdziemy? - zapytał się Francois.
- Spokojnie, wypatrujcie goście bez jednego oka. Na pewno będzie nosił przepaskę.
- Łatwiej powiedzieć niż zrobić - mruknął Fryderyk.
Rzeczywiście, było tu kilka ludzi z przepaską na oku. Cała praca była więc dla naszych muszkieterów nieco utrudniona.
- No, to już koniec! Tu jest pełno ludzi bez oka, jak my go znajdziemy? Może chociaż pamiętasz, które to było oko? Lewe czy prawe? - dopytywał się Francois.
- Nie do końca pamiętam.
Nagle ni stąd ni zowąd rozległ się głośny krzyk. Ktoś siedzący przy barze wymyślał właśnie na karczmarza, że wino, które ten mu podał, to były zwykle pomyje i zażądał lepszego. Był to człowiek czterdziesto-paroletni, o czarnych włosach, szarych oczach oraz złośliwym spojrzeniu, ubrany na czerwono i… bez prawego oka.
- To on! To Raberic! - rzekł Raul, wskazując go palcem.
- No i mamy go - uśmiechnął się mściwie Francois.
- Pamiętacie, jak się umawialiśmy?
- Tak. Ale wątpię, czy to można nazwać umową.
Raul nie słuchał go. Podszedł do baru, klepnął Raberica przez plecy, a gdy ten się odwrócił, powiedział:
- My się chyba skądś znamy, nieprawdaż? Czy aby nie z zabawy, którą dwa lata temu urządził pan w tej oberży? Tak pan jednak nagle odjechał, że nie miałem czasu pożegnać się.
- A pan tego żałował? - mruknął, uśmiechając się doń Raberic, który zdążył już rozpoznać Raula.
- Owszem, a najbardziej żałował tego sędzia, który stracił możliwość sądzenia pana. Ale wszak nic straconego. Pójdziesz pan teraz ze mną i naprawisz swój nietakt.
- O!!! - Raberic był zdumiony - A czemuż to?
- Bo jesteś mordercą! Bo napastowałeś młodą dziewczynę i ciężko zraniłeś jej brata - wyjaśnił Raul.
- Ale nie zabiłem go! - krzyknął Raberic.
- Ale mogłeś!
- Ale tego nie zrobiłem, chociaż powinienem!
- Dość tego gadania! Jesteś aresztowany.
- Niczego mi nie udowodnisz, muszkieterku. Nie zabiłem chłopaka, a zresztą smarkacz sam się o to prosił. Po co się wtrącał? Chciałem tylko zatańczyć z jego siostrzyczką.
- Wbrew jej woli?
- Niby mówiła, że nie chce, ale w głębi duszy o niczym innym nie marzyła.
- Tak? - zapytał ironicznie Raul - Powiesz to sędziemu na procesie. Może ci uwierzy. A teraz idziemy.
- Nie ma mowy, Charmentall. Jeśli myślisz, że dobrowolnie oddam się w twoje ręce, to się grubo mylisz.
To mówiąc popchnął go nogą na podłogę i wyrwał szpadę. Raul jednak był równie szybki, co jego przeciwnik. Pochwycił broń i stanął do walki. Raberic zaatakował, ale młodzieniec bronił się dzielnie. Odpierał ataki z doświadczeniem zawodowego szermierza. Przeciwnik jego zadawał cięcia i sztychy, jednak Raul drwił sobie z nich. W końcu Raberic wskoczył na kontuar baru, stając się tym samym łatwym celem dla szpady muszkietera. Rzeczywiście, Charmentall, z trudem chroniąc głowę przed jego ciosami, pchnął go szpadą w brzuch. Raberic spadł na za kontuar, ale zaraz się pozbierał cały i zdrowy, a zdumionemu Raulowi ukazał lekką kolczugę, ukrytą pod ubraniem wierzchnim.
- Powinienem się tego spodziewać, ty tchórzu! - krzyknął Raul.
Przez chwilę pojedynkowali się rozdzieleni ladą. Następnie Raberic wyskoczył zza kontuaru, zadał cios nogą i odkopnął Raula w kąt. Ruszył biegiem do drzwi, ale tam stał Francois z wyciągniętą szpadą. Skoczył do okna, ale tam czaił się Fryderyk. Nie wiedząc więc co robić, wskoczył na stolik, potem na żyrandol i bujając się rozdawał ciosy na wszystkie strony. Muszkieterowie musieli poważnie uważać. Fryderyk nie zdążył się odsunąć i ostrze nieco drasnęła go w rękę. Francois, widząc to, wyrwał zza pasa pistolet, z którego wymierzył w Raberica, pamiętając jednak, że chcieli go dostać żywego, wymierzył w łańcuch, na którym wisiał żyrandol i wypalił. Kula rozbiła łańcuch, a żyrandol z hukiem spadł na ziemię przygniatając całym swoim ciężarem Raberica. Raul podbiegł do łotra, wyciągnął go i związał mu ręce.
- Dobry ruch, Francois - powiedział Charmentall.
- Dzięki.
- A co tobie Fryderyk?
- Nic poważnego - rzekł młody chłopak.
Muszkieterzy wywlekli z oberży związanego Raberica i oddali w ręce żandarmów, którzy zabrali go do aresztu. Następnego dnia odbył się proces sądowy, który skazał Raberica na dziesięć lat więzienia. Przestępca trafił wreszcie tam, gdzie było jego miejsce.
- I co, cwaniaczki? - mruczał po złożeniu mu meldunku Trechevile - Udało się wam schwytać drania bez większej rozróby, co? Szkoda tylko, że przy okazji rozwaliłeś ten żyrandol, Francois, ale co tam. Ważne, że mamy tego drania. Już nie będzie więcej spędzał nam snu z powiek. Dobrze wykonaliście swoje zadanie. Resztę dnia macie wolne.
Muszkieterzy od razu udali się „Pod Złamaną Szpadę” by wychylić z tej okazji kilka szklanek wina. Otrzymali gratulacje od kolegów za złapanie Raberica, który nie miał w tym mieście dobrej reputacji.
Gdy Fryderyk odszedł na chwilę, żeby przynieść wino, Raul zapytał przyjaciela:
- I co myślisz o naszym młodym protegowanym?
- Odważny chłopak. I bardzo sympatyczny - odpowiedział Francois - Tylko, że…
- Tylko, że co?
- Gdybym nie wiedział, że to mężczyzna, powiedziałbym, że to kobieta w przebraniu. Widziałeś, jaką on ma cerę? Jak panienka!
- Tak, rzeczywiście - powiedział Raul, przeciągając słowa.
Słowa kompana wzbudziły w nim pewne podejrzenia. Nic jednak nie powiedział do Fryderyka, kiedy ten wrócił z winem.
- To tak wygląda zwykły dzień muszkietera? - spytał Fryderyk, gdy cała trójka relaksowała się przy winie.
- No, na ogół tak - odpowiedział Raul.
- Na ogół jest więcej trupów - wtrącił dowcipnie Francois.
- To w takim razie, jak wyglądają niedziele i święta? - spytał z lekkim przestrachem Fryderyk.
- Lepiej nie pytaj, chłopcze - powiedział de Morce, popijając wino ze szklanki - Lepiej nie pytaj.
1 komentarz:
No i mamy już trzech dzielnych i odważnych muszkieterów, którzy z całą pewnością zostaną wspaniałymi kompanami. Z kolei Trechevile nie lubi rozlewu krwi, skoro nie chciał, żeby zabijali tego drania, którego udało im się pochwycić i oddać w ręce sprawiedliwości. No i trzeba przyznać, że Trechevile naprawdę dobrze wyszkolił swojego wychowanka, tak, że Raul w pełni zasłużył sobie na tytuł porucznika, bo widać, że naprawdę zna się na rzeczy i wie, co robi.
Prześlij komentarz