Rozdział XVIII
Kapitan i łotr
Kapitan i łotr
Jak już wspominaliśmy w poprzednim rozdziale, kapitan muszkieterów Andre Trechevile udał się właśnie w pewne bardzo ponure miejsce, które bynajmniej nie budzi zaufania u ludzi uczciwych, dla łotrów natomiast jest prawdziwym rajem. Jeśli dodamy jeszcze, że była to deszczowa noc, to zdołamy na pewno odtworzyć prawdziwie groźną atmosferę. Wielu ludzi woli o tej porze siedzieć spokojnie w domu, ale nie nasz kapitan. Jednakże nie posądzajcie go o to, że był jakimś nocnym markiem. Bynajmniej, gdyż zdecydowanie wolał dzień. Tyle tylko, że czasami człowiek czuje potrzebę wędrowania pośród ciemności i odwiedzenia jakiegoś miejsca. Zwłaszcza jeżeli ma się w tym miejscu do załatwienia jakąś ważną dla siebie sprawę. A Trechevile miał właśnie taką sprawę do załatwienia. Udajmy się zatem za nim i pozwólmy mu ją załatwić.
Otóż on. Wchodzi do karczmy, podchodzi do lady i zamawia butelkę wina. Nalewa wino do szklanki i pyta karczmarza:
- Jest może Versner?
- Jest - odpowiedział mu karczmarz.
- A gdzie jest?
- A gdzie ma być? W swoim pokoju, wino żłopie.
- Zakładam, że za swoje pieniądze.
- A gdzie tam! Bierze na kredyt i to już dwa miesiące. Bardzo mnie to denerwuje.
- Czynsz, jak się domyślam, również na kredyt?
- A jakże. Oczywiście. Dwa miesiące już mi nie płaci. I codziennie słyszę od niego to samo: „Drogi panie, dostaniesz pan swoje pieniądze, ale jutro”. Ja, panie, tego jutra mam już dosyć. To jego „jutro” bokiem mi już wychodzi. Wyrzuciłbym go dawno, ale mam zbyt miękkie serce. Poza tym rozśmiesza mi gości, dzięki czemu oni częściej tu przychodzą.
„Czyli Versner nie ma przy sobie pieniędzy. To bardzo dobrze. W takim wypadku będzie pokorniejszy i przyjmie wszystkie warunki, jakie mu tylko postawię”, pomyślał sobie Trechevile, głośno zaś rzekł:
- Poproszę jeszcze jedną butelkę wina. Na wynos.
Kiedy otrzymał swoje zamówienie wziął ją, po czym poszedł na górę do pokoju, gdzie mieszkał pan Jules Versner.
Mądry Czytelnik na pewno zaraz się zapyta, kim był ten pan? Otóż odpowiedź jest prosta: był to złodziejaszek, włamywacz, płatny informator itp. Krótko mówiąc, przedstawiciel wolnego zawodu. Parał się on różnymi zajęciami, byleby starczyło na jedzenie i picie. Ale ponieważ rzadko kiedy starczyło, więc musiał podwoić swoje wysiłki i ograniczyć przyjemności, takie jak wino, kobiety i śpiew. Toteż od kilku miesięcy już nie śpiewał. Nie zmniejszyło to zbytnio jednak jego wydatków, ograniczył więc również kobiety. Ale wina już nie potrafił.
Andre Trechevile wiedział o tym bardzo dobrze, miał również kilka tajemniczych, nie do końca znanych nam dowodów jego jakże niecnych machinacji, ale trzymał je w tajemnicy. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy takie informacje mogą się przydać, do małego szantażu. Szantaż bowiem, użyty w uczciwym celu, może być narzędziem dobra. Poza tym cel uświęca środki, jak mawiał pewnie wielki człowiek, którego nazwiska tutaj nie wspomnimy z tej prostej przyczyny, że go nie znamy (choć chodzą słuchy, że był to niejaki Niccolo Machiavelli).
Trechevile myślał podobnie. Nie lubił szantażu i jeżeli już go używał, to robił to tylko w sytuacjach naprawdę wyjątkowych. Nie sprawiało mu to przyjemności. Po prostu czasem musiał go stosować. Wyznawał bowiem zasadę, że warto mieć kogoś takiego, o kim się wie coś, czego ten ktoś nie chciałby ujawnić przed innymi ludźmi. Ten fakt można wykorzystać później do własnych, dobrych oczywiście, celów. Taka prosta oraz bardzo wygodna mądrość życiowa.
Kapitan otworzył drzwi i wszedł do środka. W małym pokoiku na łóżku, siedział mężczyzna, mający ok. pięćdziesięciu lat. Na twarzy kilka zmarszczek, brązowe włosy, osiwiałe nieco od nadmiernego użalania się nad sobą oraz rozmaitych zmartwień. Oczy, niegdyś niebieskie, teraz były szare. Twarz natomiast zdobił mu wydatny, zakrzywiony lekko nos.
- Jules, wstawaj! Mam do ciebie sprawę! - zawołał Trechevile.
- Hej, co to ma być?! A cóż to są za maniery, prostaku?! Nie umiesz pukać?! Ja zawsze pukam, chyba, że się włamuję! - ryknął Versner głosem, który wyraźnie wskazywał, że nie jest już do końca trzeźwy.
Wydawało mu się, że wszedł karczmarz lub ktoś inny, ale spostrzegłszy Trechevile’a zaczął się śmiać i zawołał:
- Andre! To ty, mój stary druhu?! Mój drogi Andre! Cóż cię do mnie sprowadza?! - wołał, ściskając go mocno.
- A cóż by innego, jak nie interes, kochasiu? - odpowiedział mu pytaniem na pytaniem Trechevile.
- W takim razie czym chata bogata. Siadaj i opowiadaj.
Versner wskazał kapitanowi stolik i dwa krzesła. Obaj na nich usiedli.
- Wybacz mi moje niegrzeczne zachowanie. Myślałem, że to znowu ten drań, oberżysta. Naciska mnie ciągle i żąda pieniędzy. Ponoć zalegam mu z czynszem.
- A za ile mu zalegasz? - zapytał kapitan.
- Ponoć za miesiąc.
- Doprawdy? - zakpił sobie Trechevile - A ja słyszałem, że ponoć aż za dwa miesiące.
Versner zmieszał się lekko.
- Cóż, wersji jest kilka. Ale do rzeczy. Zakładam, że nie przyszedłeś tu z sentymentu do mej jakże skromnej osoby.
- I bardzo dobrze zakładasz.
- Mów więc Andre, jaki masz do mnie interes?
- Poważny - rzekł Trechevile.
- No, to ja rozumiem - zaśmiał się Versner - Ale jak bardzo poważny?
- Bardzo poważny.
- Domyślam się, Andre. Jednak wiesz przecież, że poważne interesy wymagają wyłożenia poważnego towaru na stół. Postaw więc butelkę, to wtedy porozmawiamy.
Trechevile spojrzał się wymownie na stół, gdzie stała opróżniona do połowy butelka.
- Nie sądzę, żeby ona ci w jakiś sposób pomogła - powiedział - Więc, jak się domyślasz, potrzebuję informacji…
- Wszystko w swoim czasie, mój drogi, ale najpierw postaw butelkę.
- A co? Przewróciła się? - zakpił sobie Trechevile.
Versner parsknął śmiechem, słysząc słowa kapitana muszkieterów.
- Ach, mój Andre! Ty zawsze miałeś poczucie humoru, chłopie. Ale na serio, postaw butelkę. Chyba mi nie skąpisz, co?
- Skądże. Ani mi to nie przyszło do głowy.
To mówiąc kapitan wyjął zza pazuchy butelkę wina i dwie szklanki.
- No! To już o wiele lepiej do mnie przemawia. Trzeba było tak od razu - zaśmiał się Versner.
Popili troszkę, a potem przeszli do interesów. Kapitan zapytał o to, co go interesowało, ale Jules podrapał się po głowie i rzekł:
- A może byś tak dał jeszcze jedną butelkę, żeby mi się jeszcze bardziej rozjaśniło w głowie.
- Co proszę? A niby co ci się może w tej twojej głowie rozjaśnić? Na pewno nie rozum, bo już go tam dawno nie ma.
- Jak to?
- A tak to. Skazałeś go wszak na śmierć głodową, to uciekł. Ale dość tego gadania o niczym. Wytęż więc swoją głowę, o ile ją jeszcze posiadasz. Co wiesz o pewnym człowieku ubranym na czarno?
- Zależy o jakiego człowieka ci chodzi. Bo bardzo wielu ludzi ubiera się na czarno.
Trechevile opisał więc poszukiwanego przez siebie człowieka. Wysoki, czarne włosy, oczy zielone, czarne wąsiki, a także długa szrama na policzku oraz brak połowy prawego ucha. Kiedy doszedł do tego szczegółu, Versner przerażony wyszeptał:
- Febre.
- Co powiedziałeś?
- Nie, nic.
- Mnie nie oszukasz, Versner. Mów więc, kim on jest, ten człowiek w czerni? Dla kogo pracuje, czym się zajmuje oraz gdzie chodzi?! Czy ma on jakąś kochankę? Mów wszystko!
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Ty go nie znasz. Gdyby się dowiedział, że ktoś udzielił ci informacji o nim, ta osoba na drugi dzień leżałaby na dnie Sekwany. Nie mam zamiaru umierać w tak młodym wieku.
- Młodym wieku - zakpił sobie kapitan - W młodym wieku byłeś jako dziecko. A teraz jesteś starym głupcem. Gadaj zaraz, bo się zdenerwuję!
Jules Versner lekko się oburzył słowami kapitana. Nie żeby nie słyszał gorszych wyzwisk pod swoim adresem, ale jednak wolałby oszczędzić sobie takich kpin, jakie właśnie usłyszał.
- Nie widzę powodów, dla jakich miałbym się bać twoich gróźb - powiedział dumnie.
- Czyżby? - zakpił sobie kapitan - Jednakże ja je widzę.
- O! A jakie to są powody? - spytał bezczelnie złodziejaszek.
- Proste.
- Proste to są szpady, a nie powody.
Trechevile trzasnął wściekły pięścią w stół.
- Posłuchaj mnie, gnido. Handlujesz kradzionymi starożytnymi wazami i innymi dziełami sztuki, wiem o tym.
- Co ty mi tu…
- Nie przerywaj! Handlujesz również bronią, która nie przeszła przez cło, ale została przemycona przez granicę, o tym również wiem. A że nie wspomnę o tych kilku włamaniach i fałszywych wekslach. Wiem o tobie praktycznie wszystko. A tym samym mam na ciebie takiego haka, że wystarczy, iż kiwnę palcem, a wylądujesz w Bastylii, zanim się obejrzysz! A być może Jego Królewska Mość, zgodnie z najnowszą modą, ześle cię na galery. Więc jeśli nie chcesz do końca życia machać wiosłem na starej łajbie po Morzu Śródziemnym, to lepiej ze mną współpracuj!
Jules Versner zadrżał trochę o własną skórę. Ostatecznie wolał już śmierć w rzece od „kariery” galernika. Dlatego też, mimo lekkiego wahania się, zaczął opowiadać.
- No dobrze, a więc, słuchaj. Ten człowiek w czerni nazywa się Febre. A przynajmniej sam się tak nazwał, gdyż jego prawdziwe nazwisko brzmi ponoć inaczej. Podobno jest synem jakiegoś szlachcica. Dzieckiem, ma się rozumieć, z nieprawego łoża. Jego matka została opuszczona przez swojego kochanka, a jego ojca. Urodziła dziecko w klasztorze. Tam też umarła przy porodzie. On zaś, kiedy tylko dorósł i dowiedział się, kto jest jego rodzicielem, natychmiast poszedł go poprosić o uznanie go za syna.
- Zakładam, że nie został uznany.
- I dobrze zakładasz, bo istotnie tak było. Więcej ci powiem. Ojciec wyśmiał go i przepędził. Chłopak zaś wściekły zapowiedział mu zemstę. Korzystając z tego, że jego ojciec brał ślub, podstępem wdarł się na ceremonię i tam go zabił. Przyszło mu to tym łatwiej, że pan młody był tak pijany, że ledwie trzymał się na nogach. Młodzieniec zastrzelił go z zimną krwią. Zabił potem jego żonę i jej ojca. Mając te trzy zabójstwa na sumieniu nie mógł już mieszkać w tej okolicy, w której te oto zbrodnie popełnił. Uciekł więc w głąb kraju i szukał dla siebie zajęcia. Wyuczył się szermierki i przybrawszy nazwisko Febre ruszył w świat. Wynajmował się do różnych zadań.
- Jakich?
- Jeszcze się pytasz? Zabijanie na zlecenie, oczywiście. Zabił ponoć ok. trzydzieści osób, zawsze szlachetnie urodzonych. Przykładowo taki hrabia de Garen. Jego żonę zadźgano nożem w łóżku, a on szybko po jej śmierci powtórnie się ożenił, jak się można domyślać, bogato. Nikt jednak nie wie, że to Febre zabił mu żonę, na jego zresztą polecenie. Albo ten szlachcic, Hannibal Leseart. Miał zeznawać w sądzie przeciwko jakiemuś mordercy. Zginął zastrzelony tuż przed salą sądową. Policji nigdy nie udało się ustalić tożsamości mordercy.
- A był nim Febre?
- Oczywiście. Zastrzelił go z okna sąsiedniej kamienicy, zaś nasza policja co prawda doszła do tego, ale nigdy nie odkryła, kto pociągnął za spust. Pełno było jeszcze podobnych ofiar, chociażby twój znajomy, Gaston Charmentall.
- O tej zbrodni to akurat doskonale wiem.
- To dobrze. No więc ostatnio Febre zniknął z pola widzenia. Nie wiem dokładnie, gdzie jest, ale prawdopodobnie znalazł sobie bogatego patrona, który go wynajmuje do różnych zadań i w zamian zapewnia mu ochronę.
- A któż to może być?
- Nie mam pojęcia. A bo to mało jest teraz arystokratów, którzy chcąc chronić swoją działalność, wynajmują najemnych zbirów, by ci wykonywali za nich brudną robotę? Nie mam zielonego pojęcia, kim jest ten łotr.
- To lepiej pomyśl - naciskał Trechevile.
- Nie wiem. Coś mi się kojarzy, ale pamięć mam zaćmioną.
- A może to ci ją rozjaśni? - zapytał zirytowany Trechevile, wyjmując pistolet i mierząc nim w Versnera.
Jules przeraził się teraz nie na żarty. Zrozumiał, że Andre to człowiek, którego nie można zbyć byle czym i który nie cofnie się przed niczym, byleby tylko wycisnąć z niego informacje.
- Ach, rzeczywiście, przypomniałem sobie - zawołał Versner, klepiąc się w czoło i udając, że dopiero teraz sobie przypomniał - To jest polityk.
Rozejrzał się, czy nikt nie widzi i szepnął do kapitana:
- Ponoć minister. Bardzo ważna figura. Rzekomo nawet spokrewniony z samym królem.
- No, to jest już coś konkretnego - rzekł Trechevile, ale pistoletu nie schował - A nie wiesz przypadkiem, jak on się nazywa? Ten minister?
- Nie.
Kapitan ustawił pistolet do strzału i szykował się do naciśnięcia spustu. Widząc to Jules Versner zaczął się pocić jak mysz.
- Człowieku, na miłość boską! Przysięgam ci, że nie wiem! Nie znam jego nazwiska! Naprawdę! Przecież bym cię nie okłamał!
- No, nie jestem pewien, czy byś mnie nie okłamał - zakpił sobie Trechevile - Kłamanie idzie ci przecież jak z nut.
- Naprawdę nie wiem! - krzyczał Versner ze łzami w oczach.
Andre przyjrzał mu się dokładnie. Stwierdził, że ten człowiek mówił prawdę. Naprawdę był przerażony i nic więcej nie wiedział. Trzeba było więc mu dać spokój, a także wynagrodzić za zdobyte informacje.
- No dobrze - rzekł kapitan muszkieterów chowając pistolet i rzucając na stół sakiewkę - Tu masz za swoje wiadomości. Niewątpliwie mi się one przydadzą. Do zobaczenia następnym razem, bo myślę, że się jeszcze spotkamy.
- Ja także - rzekł Versner, przeliczając pieniądze.
Trechevile zbierał się do odejścia, kiedy nagle zatrzymał go głos Jules.
- Pytałeś mnie, Andre, czy ten łajdak ma jakąś paniusię na boku.
- Tak. I co? Ma?
- A i owszem, ma. Kobieta ta nazywa się hrabina Paulina de Willer. Widziano ich razem kilkakrotnie. Najczęściej u niej.
- Paulina de Willer? - zastanowił się kapitan - Słyszałem o niej. A ty skąd to wiesz?
- Jej służba ma długi język, zwłaszcza po kilku szklanicach - zaśmiał się Versner, nie przestając liczyć pieniądze - Ale nie to jest najlepsze.
- Doprawdy? A co jest najlepsze?
- Mianowicie to, iż mówią o tej paniusi, że wcale nie nazywa się de Willer.
- Nie nazywa się?
- Ano nie. Ponoć to tylko nazwisko jednego z jej narzeczonych, który zginął w pojedynku. I to w pojedynku sprowokowanym przez nią.
- A jak ta pani nazywa się naprawdę? - zapytał zaciekawiony kapitan.
Wiadomości od Versnera wyraźnie go zaintrygowały.
- Reces.
Trechevile wyglądał tak, jakby zaraz miał zemdleć.
- Co ci jest? - zapytał Jules, który spostrzegł jego bladość.
- Nie, nic - odpowiedział Andre, machając lekceważąco ręką i dodał: - Jak mówiłeś, że ona się nazywa?
- Reces.
- To niemożliwe - wydyszał zdumiony kapitan.
- Mówię ci to, co słyszałem. Nie zakładam, że to prawda. To mogą być tylko plotki. Nie wiem.
- Nie powiesz mi chyba, że ona także pracuje dla tego całego ministra, którego nazwiska nie znamy?
- Owszem, niektórzy mówią, że ona i Febre pracują dla tego samego człowieka.
- A jaką pracę ona wykonuje? Może... guwernantki?
Versner zastanowił się trochę.
- Guwernantki, powiadasz? A owszem, to możliwe. Służba mówiła mi o jakieś panience, którą ona się opiekuje. To ponoć córka bardzo ważnej persony. Nie wiem jednak jakiej, nie padły żadne znane nazwiska. Przykro mi, Andre, że tak mało ci pomogłem.
- Przeciwnie, pomogłeś mi jak nigdy dotąd. Teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.
I wyszedł rzucając Versnerowi kolejną sakiewkę, którą on oczywiście przyjął.
Otóż on. Wchodzi do karczmy, podchodzi do lady i zamawia butelkę wina. Nalewa wino do szklanki i pyta karczmarza:
- Jest może Versner?
- Jest - odpowiedział mu karczmarz.
- A gdzie jest?
- A gdzie ma być? W swoim pokoju, wino żłopie.
- Zakładam, że za swoje pieniądze.
- A gdzie tam! Bierze na kredyt i to już dwa miesiące. Bardzo mnie to denerwuje.
- Czynsz, jak się domyślam, również na kredyt?
- A jakże. Oczywiście. Dwa miesiące już mi nie płaci. I codziennie słyszę od niego to samo: „Drogi panie, dostaniesz pan swoje pieniądze, ale jutro”. Ja, panie, tego jutra mam już dosyć. To jego „jutro” bokiem mi już wychodzi. Wyrzuciłbym go dawno, ale mam zbyt miękkie serce. Poza tym rozśmiesza mi gości, dzięki czemu oni częściej tu przychodzą.
„Czyli Versner nie ma przy sobie pieniędzy. To bardzo dobrze. W takim wypadku będzie pokorniejszy i przyjmie wszystkie warunki, jakie mu tylko postawię”, pomyślał sobie Trechevile, głośno zaś rzekł:
- Poproszę jeszcze jedną butelkę wina. Na wynos.
Kiedy otrzymał swoje zamówienie wziął ją, po czym poszedł na górę do pokoju, gdzie mieszkał pan Jules Versner.
Mądry Czytelnik na pewno zaraz się zapyta, kim był ten pan? Otóż odpowiedź jest prosta: był to złodziejaszek, włamywacz, płatny informator itp. Krótko mówiąc, przedstawiciel wolnego zawodu. Parał się on różnymi zajęciami, byleby starczyło na jedzenie i picie. Ale ponieważ rzadko kiedy starczyło, więc musiał podwoić swoje wysiłki i ograniczyć przyjemności, takie jak wino, kobiety i śpiew. Toteż od kilku miesięcy już nie śpiewał. Nie zmniejszyło to zbytnio jednak jego wydatków, ograniczył więc również kobiety. Ale wina już nie potrafił.
Andre Trechevile wiedział o tym bardzo dobrze, miał również kilka tajemniczych, nie do końca znanych nam dowodów jego jakże niecnych machinacji, ale trzymał je w tajemnicy. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy takie informacje mogą się przydać, do małego szantażu. Szantaż bowiem, użyty w uczciwym celu, może być narzędziem dobra. Poza tym cel uświęca środki, jak mawiał pewnie wielki człowiek, którego nazwiska tutaj nie wspomnimy z tej prostej przyczyny, że go nie znamy (choć chodzą słuchy, że był to niejaki Niccolo Machiavelli).
Trechevile myślał podobnie. Nie lubił szantażu i jeżeli już go używał, to robił to tylko w sytuacjach naprawdę wyjątkowych. Nie sprawiało mu to przyjemności. Po prostu czasem musiał go stosować. Wyznawał bowiem zasadę, że warto mieć kogoś takiego, o kim się wie coś, czego ten ktoś nie chciałby ujawnić przed innymi ludźmi. Ten fakt można wykorzystać później do własnych, dobrych oczywiście, celów. Taka prosta oraz bardzo wygodna mądrość życiowa.
Kapitan otworzył drzwi i wszedł do środka. W małym pokoiku na łóżku, siedział mężczyzna, mający ok. pięćdziesięciu lat. Na twarzy kilka zmarszczek, brązowe włosy, osiwiałe nieco od nadmiernego użalania się nad sobą oraz rozmaitych zmartwień. Oczy, niegdyś niebieskie, teraz były szare. Twarz natomiast zdobił mu wydatny, zakrzywiony lekko nos.
- Jules, wstawaj! Mam do ciebie sprawę! - zawołał Trechevile.
- Hej, co to ma być?! A cóż to są za maniery, prostaku?! Nie umiesz pukać?! Ja zawsze pukam, chyba, że się włamuję! - ryknął Versner głosem, który wyraźnie wskazywał, że nie jest już do końca trzeźwy.
Wydawało mu się, że wszedł karczmarz lub ktoś inny, ale spostrzegłszy Trechevile’a zaczął się śmiać i zawołał:
- Andre! To ty, mój stary druhu?! Mój drogi Andre! Cóż cię do mnie sprowadza?! - wołał, ściskając go mocno.
- A cóż by innego, jak nie interes, kochasiu? - odpowiedział mu pytaniem na pytaniem Trechevile.
- W takim razie czym chata bogata. Siadaj i opowiadaj.
Versner wskazał kapitanowi stolik i dwa krzesła. Obaj na nich usiedli.
- Wybacz mi moje niegrzeczne zachowanie. Myślałem, że to znowu ten drań, oberżysta. Naciska mnie ciągle i żąda pieniędzy. Ponoć zalegam mu z czynszem.
- A za ile mu zalegasz? - zapytał kapitan.
- Ponoć za miesiąc.
- Doprawdy? - zakpił sobie Trechevile - A ja słyszałem, że ponoć aż za dwa miesiące.
Versner zmieszał się lekko.
- Cóż, wersji jest kilka. Ale do rzeczy. Zakładam, że nie przyszedłeś tu z sentymentu do mej jakże skromnej osoby.
- I bardzo dobrze zakładasz.
- Mów więc Andre, jaki masz do mnie interes?
- Poważny - rzekł Trechevile.
- No, to ja rozumiem - zaśmiał się Versner - Ale jak bardzo poważny?
- Bardzo poważny.
- Domyślam się, Andre. Jednak wiesz przecież, że poważne interesy wymagają wyłożenia poważnego towaru na stół. Postaw więc butelkę, to wtedy porozmawiamy.
Trechevile spojrzał się wymownie na stół, gdzie stała opróżniona do połowy butelka.
- Nie sądzę, żeby ona ci w jakiś sposób pomogła - powiedział - Więc, jak się domyślasz, potrzebuję informacji…
- Wszystko w swoim czasie, mój drogi, ale najpierw postaw butelkę.
- A co? Przewróciła się? - zakpił sobie Trechevile.
Versner parsknął śmiechem, słysząc słowa kapitana muszkieterów.
- Ach, mój Andre! Ty zawsze miałeś poczucie humoru, chłopie. Ale na serio, postaw butelkę. Chyba mi nie skąpisz, co?
- Skądże. Ani mi to nie przyszło do głowy.
To mówiąc kapitan wyjął zza pazuchy butelkę wina i dwie szklanki.
- No! To już o wiele lepiej do mnie przemawia. Trzeba było tak od razu - zaśmiał się Versner.
Popili troszkę, a potem przeszli do interesów. Kapitan zapytał o to, co go interesowało, ale Jules podrapał się po głowie i rzekł:
- A może byś tak dał jeszcze jedną butelkę, żeby mi się jeszcze bardziej rozjaśniło w głowie.
- Co proszę? A niby co ci się może w tej twojej głowie rozjaśnić? Na pewno nie rozum, bo już go tam dawno nie ma.
- Jak to?
- A tak to. Skazałeś go wszak na śmierć głodową, to uciekł. Ale dość tego gadania o niczym. Wytęż więc swoją głowę, o ile ją jeszcze posiadasz. Co wiesz o pewnym człowieku ubranym na czarno?
- Zależy o jakiego człowieka ci chodzi. Bo bardzo wielu ludzi ubiera się na czarno.
Trechevile opisał więc poszukiwanego przez siebie człowieka. Wysoki, czarne włosy, oczy zielone, czarne wąsiki, a także długa szrama na policzku oraz brak połowy prawego ucha. Kiedy doszedł do tego szczegółu, Versner przerażony wyszeptał:
- Febre.
- Co powiedziałeś?
- Nie, nic.
- Mnie nie oszukasz, Versner. Mów więc, kim on jest, ten człowiek w czerni? Dla kogo pracuje, czym się zajmuje oraz gdzie chodzi?! Czy ma on jakąś kochankę? Mów wszystko!
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Ty go nie znasz. Gdyby się dowiedział, że ktoś udzielił ci informacji o nim, ta osoba na drugi dzień leżałaby na dnie Sekwany. Nie mam zamiaru umierać w tak młodym wieku.
- Młodym wieku - zakpił sobie kapitan - W młodym wieku byłeś jako dziecko. A teraz jesteś starym głupcem. Gadaj zaraz, bo się zdenerwuję!
Jules Versner lekko się oburzył słowami kapitana. Nie żeby nie słyszał gorszych wyzwisk pod swoim adresem, ale jednak wolałby oszczędzić sobie takich kpin, jakie właśnie usłyszał.
- Nie widzę powodów, dla jakich miałbym się bać twoich gróźb - powiedział dumnie.
- Czyżby? - zakpił sobie kapitan - Jednakże ja je widzę.
- O! A jakie to są powody? - spytał bezczelnie złodziejaszek.
- Proste.
- Proste to są szpady, a nie powody.
Trechevile trzasnął wściekły pięścią w stół.
- Posłuchaj mnie, gnido. Handlujesz kradzionymi starożytnymi wazami i innymi dziełami sztuki, wiem o tym.
- Co ty mi tu…
- Nie przerywaj! Handlujesz również bronią, która nie przeszła przez cło, ale została przemycona przez granicę, o tym również wiem. A że nie wspomnę o tych kilku włamaniach i fałszywych wekslach. Wiem o tobie praktycznie wszystko. A tym samym mam na ciebie takiego haka, że wystarczy, iż kiwnę palcem, a wylądujesz w Bastylii, zanim się obejrzysz! A być może Jego Królewska Mość, zgodnie z najnowszą modą, ześle cię na galery. Więc jeśli nie chcesz do końca życia machać wiosłem na starej łajbie po Morzu Śródziemnym, to lepiej ze mną współpracuj!
Jules Versner zadrżał trochę o własną skórę. Ostatecznie wolał już śmierć w rzece od „kariery” galernika. Dlatego też, mimo lekkiego wahania się, zaczął opowiadać.
- No dobrze, a więc, słuchaj. Ten człowiek w czerni nazywa się Febre. A przynajmniej sam się tak nazwał, gdyż jego prawdziwe nazwisko brzmi ponoć inaczej. Podobno jest synem jakiegoś szlachcica. Dzieckiem, ma się rozumieć, z nieprawego łoża. Jego matka została opuszczona przez swojego kochanka, a jego ojca. Urodziła dziecko w klasztorze. Tam też umarła przy porodzie. On zaś, kiedy tylko dorósł i dowiedział się, kto jest jego rodzicielem, natychmiast poszedł go poprosić o uznanie go za syna.
- Zakładam, że nie został uznany.
- I dobrze zakładasz, bo istotnie tak było. Więcej ci powiem. Ojciec wyśmiał go i przepędził. Chłopak zaś wściekły zapowiedział mu zemstę. Korzystając z tego, że jego ojciec brał ślub, podstępem wdarł się na ceremonię i tam go zabił. Przyszło mu to tym łatwiej, że pan młody był tak pijany, że ledwie trzymał się na nogach. Młodzieniec zastrzelił go z zimną krwią. Zabił potem jego żonę i jej ojca. Mając te trzy zabójstwa na sumieniu nie mógł już mieszkać w tej okolicy, w której te oto zbrodnie popełnił. Uciekł więc w głąb kraju i szukał dla siebie zajęcia. Wyuczył się szermierki i przybrawszy nazwisko Febre ruszył w świat. Wynajmował się do różnych zadań.
- Jakich?
- Jeszcze się pytasz? Zabijanie na zlecenie, oczywiście. Zabił ponoć ok. trzydzieści osób, zawsze szlachetnie urodzonych. Przykładowo taki hrabia de Garen. Jego żonę zadźgano nożem w łóżku, a on szybko po jej śmierci powtórnie się ożenił, jak się można domyślać, bogato. Nikt jednak nie wie, że to Febre zabił mu żonę, na jego zresztą polecenie. Albo ten szlachcic, Hannibal Leseart. Miał zeznawać w sądzie przeciwko jakiemuś mordercy. Zginął zastrzelony tuż przed salą sądową. Policji nigdy nie udało się ustalić tożsamości mordercy.
- A był nim Febre?
- Oczywiście. Zastrzelił go z okna sąsiedniej kamienicy, zaś nasza policja co prawda doszła do tego, ale nigdy nie odkryła, kto pociągnął za spust. Pełno było jeszcze podobnych ofiar, chociażby twój znajomy, Gaston Charmentall.
- O tej zbrodni to akurat doskonale wiem.
- To dobrze. No więc ostatnio Febre zniknął z pola widzenia. Nie wiem dokładnie, gdzie jest, ale prawdopodobnie znalazł sobie bogatego patrona, który go wynajmuje do różnych zadań i w zamian zapewnia mu ochronę.
- A któż to może być?
- Nie mam pojęcia. A bo to mało jest teraz arystokratów, którzy chcąc chronić swoją działalność, wynajmują najemnych zbirów, by ci wykonywali za nich brudną robotę? Nie mam zielonego pojęcia, kim jest ten łotr.
- To lepiej pomyśl - naciskał Trechevile.
- Nie wiem. Coś mi się kojarzy, ale pamięć mam zaćmioną.
- A może to ci ją rozjaśni? - zapytał zirytowany Trechevile, wyjmując pistolet i mierząc nim w Versnera.
Jules przeraził się teraz nie na żarty. Zrozumiał, że Andre to człowiek, którego nie można zbyć byle czym i który nie cofnie się przed niczym, byleby tylko wycisnąć z niego informacje.
- Ach, rzeczywiście, przypomniałem sobie - zawołał Versner, klepiąc się w czoło i udając, że dopiero teraz sobie przypomniał - To jest polityk.
Rozejrzał się, czy nikt nie widzi i szepnął do kapitana:
- Ponoć minister. Bardzo ważna figura. Rzekomo nawet spokrewniony z samym królem.
- No, to jest już coś konkretnego - rzekł Trechevile, ale pistoletu nie schował - A nie wiesz przypadkiem, jak on się nazywa? Ten minister?
- Nie.
Kapitan ustawił pistolet do strzału i szykował się do naciśnięcia spustu. Widząc to Jules Versner zaczął się pocić jak mysz.
- Człowieku, na miłość boską! Przysięgam ci, że nie wiem! Nie znam jego nazwiska! Naprawdę! Przecież bym cię nie okłamał!
- No, nie jestem pewien, czy byś mnie nie okłamał - zakpił sobie Trechevile - Kłamanie idzie ci przecież jak z nut.
- Naprawdę nie wiem! - krzyczał Versner ze łzami w oczach.
Andre przyjrzał mu się dokładnie. Stwierdził, że ten człowiek mówił prawdę. Naprawdę był przerażony i nic więcej nie wiedział. Trzeba było więc mu dać spokój, a także wynagrodzić za zdobyte informacje.
- No dobrze - rzekł kapitan muszkieterów chowając pistolet i rzucając na stół sakiewkę - Tu masz za swoje wiadomości. Niewątpliwie mi się one przydadzą. Do zobaczenia następnym razem, bo myślę, że się jeszcze spotkamy.
- Ja także - rzekł Versner, przeliczając pieniądze.
Trechevile zbierał się do odejścia, kiedy nagle zatrzymał go głos Jules.
- Pytałeś mnie, Andre, czy ten łajdak ma jakąś paniusię na boku.
- Tak. I co? Ma?
- A i owszem, ma. Kobieta ta nazywa się hrabina Paulina de Willer. Widziano ich razem kilkakrotnie. Najczęściej u niej.
- Paulina de Willer? - zastanowił się kapitan - Słyszałem o niej. A ty skąd to wiesz?
- Jej służba ma długi język, zwłaszcza po kilku szklanicach - zaśmiał się Versner, nie przestając liczyć pieniądze - Ale nie to jest najlepsze.
- Doprawdy? A co jest najlepsze?
- Mianowicie to, iż mówią o tej paniusi, że wcale nie nazywa się de Willer.
- Nie nazywa się?
- Ano nie. Ponoć to tylko nazwisko jednego z jej narzeczonych, który zginął w pojedynku. I to w pojedynku sprowokowanym przez nią.
- A jak ta pani nazywa się naprawdę? - zapytał zaciekawiony kapitan.
Wiadomości od Versnera wyraźnie go zaintrygowały.
- Reces.
Trechevile wyglądał tak, jakby zaraz miał zemdleć.
- Co ci jest? - zapytał Jules, który spostrzegł jego bladość.
- Nie, nic - odpowiedział Andre, machając lekceważąco ręką i dodał: - Jak mówiłeś, że ona się nazywa?
- Reces.
- To niemożliwe - wydyszał zdumiony kapitan.
- Mówię ci to, co słyszałem. Nie zakładam, że to prawda. To mogą być tylko plotki. Nie wiem.
- Nie powiesz mi chyba, że ona także pracuje dla tego całego ministra, którego nazwiska nie znamy?
- Owszem, niektórzy mówią, że ona i Febre pracują dla tego samego człowieka.
- A jaką pracę ona wykonuje? Może... guwernantki?
Versner zastanowił się trochę.
- Guwernantki, powiadasz? A owszem, to możliwe. Służba mówiła mi o jakieś panience, którą ona się opiekuje. To ponoć córka bardzo ważnej persony. Nie wiem jednak jakiej, nie padły żadne znane nazwiska. Przykro mi, Andre, że tak mało ci pomogłem.
- Przeciwnie, pomogłeś mi jak nigdy dotąd. Teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.
I wyszedł rzucając Versnerowi kolejną sakiewkę, którą on oczywiście przyjął.
1 komentarz:
Jules to typowy cwaniaczek i nałogowy alkoholik, który nie potrafi się obyć bez butelki wina, ale bywa naprawdę użyteczny, dzięki temu, że posiada wiele cennych informacji i wszędzie ma wtyki. Jak widać, nawet taki bezwartościowy śmieć spoza marginesu, może się czasem do czegoś przydać, zwłaszcza jeśli jego nędzne, parszywe życie jest dla niego tak cenne, że zrobi wszystko byleby tylko je ocalić, choć większość ludzi, zwłaszcza tych porządniejszych, uważa że takie nędzne szczury i podłe kanalie jego pokroju, nie są w ogóle godne tego, by żyć i lepiej by było dla społeczeństwa, gdyby się ich wytępiło, bo takie plugawe szumowiny, jak Jules, żyją tylko kosztem uczciwych ludzi niczym pasożyty. No ale dzięki niemu Andre zdobył kilka cennych informacji na temat Febre’a, a co więcej dowiedział się, że jego niedoszła narzeczona i morderczyni jego brata wciąż żyje i ma się dobrze. To dopiero musiał być dla niego ogromny szok i niebywałe zaskoczenie, kiedy się o tym dowiedział, skoro był przekonany o tym, że ona od dawna nie żyje, a jej jednak jakimś cudem udało się uniknąć egzekucji i uciec z więzienia.
Prześlij komentarz