piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 02

Rozdział II

Rozpacz, wino i pociecha

Raul zły niczym rozdrażniona osa przechadzał się ulicami miasta. Panna Francesca zdecydowanie zdenerwowała go tymi swoimi miłostkami. Najpierw dała mu do zrozumienia, że za niego wyjdzie, a potem nagle oświadcza, że kocha innego i nie może za niego wyjść. Trechevile wielokrotnie mu mówił, żeby Raul pod żadnym pozorem nigdy nie próbował zrozumieć kobiety, gdyż motywacje płci pięknej na zawsze pozostaną dla mężczyzn zagadką. Raul sądził, że to tylko takie gadanie, teraz jednak na własne oczy się przekonał, iż jego dowódca miał rację. No bo rzeczywiście, zupełnie niezrozumiały był dla młodego Gaskończyka kobiecy punkt widzenia. Nie był w stanie go pojąć! Jak zresztą byłoby to możliwe? Jak można bowiem zrozumieć, że dziewczyna zakochuje się w jednym mężczyźnie, zwodzi go, daje nadzieję, a potem odpowiadając na jego oświadczyny wyjaśnia, że obecnie kocha innego. Cóż! Oszukała go i tyle. Nie trzeba tu się wysilać na zrozumienie. Obiecała i nie dotrzymała słowa.
- Ale czy aby na pewno coś ci obiecywała? - zapytał nagle zdrowy rozsądek - Czy jesteś pewien, że obiecywała ci cokolwiek?
- Ależ oczywiście - odpowiedziała namiętność.
- A jeśli tak było, to cóż ci obiecywała? - zapytał znowu rozsądek.
- Obiecywała, że za mnie wyjdzie - mówiła namiętność.
- Czy na pewno ci to obiecywała? Powiedziała ci może: „Panie Charmentall, wyjdę za pana”?
- No nie. Tego mi nie powiedziała.
- A widzisz. Jednak tego ci nie mówiła!
- Ale coś przecież mówiła.
- Ależ naturalnie. Ona często „ coś” mówiła. Prawie cały czas coś mówi, w końcu to straszna gaduła. Tylko czy powiedziała ci, że wyjdzie za ciebie?
- No, niby nie. Ale powiedziała, żebym jej dał czas.
- Ach! To zupełnie co innego. Widzisz więc, że nie ma sensu się złościć.
- Jak to nie ma? A odmowa?
- Mało to ludzi ci już odmówiło, mój panie? - próbował przekonywać rozsądek.
- Ale jeszcze nigdy kobieta - zawołała rozwścieczona namiętność.
- Bo nigdy też nie pytałeś kobiet o tak ważną rzecz.
- Wszystko przez tego hrabiego. Należy go wyzwać na pojedynek.
- Tak, a potem go zabić i spędzić resztę swego życia w Bastylii - kpił sobie dalej rozsądek.
- To by było jakieś oderwanie się od tej żałosnej kobiety - tłumaczyła namiętność.
- Nie mówiąc już o tym, że przyniesiesz wstyd panu Trechevile, który przecież tyle dla ciebie zrobił. Ładnie mu podziękujesz za opiekę lądując w lochu jak zwykły złoczyńca.
- Ale hrabiego trzeba ukarać.
- On tu jest najmniej winny.
- Jak to? - dziwiła się namiętność - Przecież on ją uwiódł.
- Jakby była mądra, to nie pozwoliłaby się uwieść - wyjaśnił rozum.
- Ktoś musi przecież ponieść karę.
- Jedynie twoja własna głupota.
Raul, chociaż był Gaskończykiem, nie posiadał wcale porywczego charakteru, tak jak inni jego rodacy. Z tego też powodu w rodzinnych stronach nazywano go często „czarną owcą Gaskonii”. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że Raula przejmowała tą opinią. Wręcz przeciwnie, nasz młodzieniec wręcz szczycił się nią. Jakby więc teraz ośmieszył się przed ludźmi, gdyby poszedł za głosem namiętności. Dałby zły przykład każdemu awanturnikowi, który tylko przemocą pragnie dochodzić swych praw. Pięknie by się zachował wobec swego dowódcy i opiekuna, kapitana Trechevile. Przyniósłby mu tylko wstyd. Nie, jemu tak postąpić nie wolno. Na szczęście Raul w gniewie zachował choć tę odrobinę rozsądku, która wybiła mu z głowy szalone pomysły. I chociaż krew go zalewała, to jednak on nie popełni takie głupstwa, przez które zmarnuje sobie życie. Będzie żył dalej i będzie godny bycia wychowaniem kapitana Andre Trechevile’a który w oczach jego oraz wielu ludzi był wzorem wszelkich cnót.
Jednak Raula nadal coś dręczyło. Co konkretnie? Przede wszystkim złość i smutek oraz rozpacz po odprawie, jaka dała mu ukochana. Ta kobieta, o którą tak bardzo się starał, teraz go odrzucił. Myśli w głowie młodzieńca się już mieszały. Chciał on jednocześnie odejść i zostać. Zabić ją i oszczędzić zarazem. Targały nim sprzeczne emocje i wątpliwości, jak powinien postąpić. Na zwalczenie tych rozterek widział już tylko jeden sposób: upić się winem! Wiele razy słyszał od Trechevile’a, że „na frasunek najlepszy trunek”. Nigdy nie korzystał z tej rady, tym razem miał jednak ochotę zmienić swoje zwyczaje.
Ocknął się nagle z rozmyślań. Był na ulicy paryskiej, dookoła przechodzili różni ludzie, mniej lub bardziej mu znani. Obrócił się w prawo i ujrzał ogromny szyld karczmy „Pod Złamaną Szpadą“, miejsca często odwiedzanego przez królewskich muszkieterów. A nie wiemy, czy wspominaliśmy to już, ale nasz Raul był do niedawna muszkieterem Jego Królewskiej Mości króla Ludwika XV. Jednak miesiąc temu wystąpił ze służby.
- Dlaczego ja właściwie porzuciłem muszkieterów? - zapytał sam siebie - Ach tak, zrobiłem to dla niej. Dla Francesci. Nie chciała ona bowiem wychodzić za żołnierza, gdyż po pierwsze żołnierz nie miałby za dużo czasu dla swojej żony, a po drugie nigdy nie wiadomo, czy następnego dnia żyć będzie. Życie muszkietera było bowiem zawsze w zagrożeniu bez względu na okoliczności; bez względu na to, czy była wojna, czy też pokój. Zawsze w zagrożeniu. A to pojedynek, a to burda uliczna, a to diabeł wie co jeszcze. Dlatego też Francesca wolała, aby wystąpił z wojska, kupił majątek ziemski i osiadł w nim na stałe.
Gwoli ścisłości musimy wyjaśnić, że Charmentallowie byli raczej ubogą szlachtą i majątku ziemskiego nie posiadali. Jedynie parę wsi oraz kilka akrów, które uprawiali przy pomocy kilkunastu chłopów, często przyłączając się osobiście do tej pracy. Zatem posiadanie majątku ziemskiego, choćby nawet najmniejszego, znacznie podniosłoby rangę w hierarchii społecznej naszego ex-muszkietera.
- Wszakże obiecała, że się ze mną ożeni - znów przemówiła do Raula jego namiętność.
- Skądże znowu - odezwał się ponownie rozum - Powiedziała jedynie, że poślubi jedynie szlachcica z majątkiem, a nie żołnierza. Nie koniecznie mówiła o tobie.
- Ale to oświadczenie było skierowane do mnie.
- I co z tego? Przecież ta pannica nie kazała ci występować z szeregów muszkieterów.
- Ale przecież jej słowa były skierowane do mnie.
- Nic podobnego.
- Ja wiem, że tak.
- Ach, ty marzycielu. Jakiś ty naiwny!
Raul ponownie ocknął się z odrętwienia. Rozum i namiętność ucichły w nim wreszcie. Zostało tylko jedne pragnienie: napić się wina. I nie gdzie indziej, lecz właśnie w oberży odwiedzanej najczęściej przez muszkieterów. Tam, gdzie minęło mu wiele miłych i radosnych chwil, gdy był jeszcze beztroski, a miłość do kobiet nie zaćmiewała mu umysłu. Ach, ileż wspomnień jest związanych z tym miejscem? Ileż wspólnych wesołych rozmów odbył tu z przyjaciółmi? Ileż wesołych pieśni odśpiewali tu on i jego druhowie? Ileż wieczorów spędzali tu, odpoczywając po ciężkiej służbie w pałacu?
Wszedł zatem do oberży, podszedł do szynkwasu, zamówił butelkę najlepszego wina i gdy została mu ona podana, otworzył ją, nalał sobie nieco do szklanki i wypił ją duszkiem do dna.
- Raul! Hej, Raul! - odezwał się nagle znajomy głos.
Gaskończyk rozejrzał się dookoła, aby zobaczyć, kto go woła. Przy jednym ze stolików siedziało dwóch szlachciców. A raczej jeden siedział, drugi zaś stał i przyjaźnie machał do niego ręką. Ten, który stał był starszy od swego towarzysza. Miał około czterdziestu ośmiu lat, gęste czarne włosy, lekko przyprószone siwizną, szare oczy oraz całą twarz poznaczoną lekkimi zmarszczkami. Ubrany był w mundur muszkietera. Młodszy wyglądał na dwadzieścia cztery lata i był blondynem o brązowych oczach. Nie miał wąsów, tak chętnie zapuszczanych przez muszkieterów. W ręku trzyma szklankę z winem. Powoli sączy z niej czerwony płyn i z uwagą przygląda się starszemu muszkieterowi, który właśnie wita się z Raulem. Również miał na sobie mundur. Otrzymał go dopiero dzisiaj. Był bardzo z siebie dumny, czekał bowiem na niego aż dwa lata, które ciągnęły się dla niecierpliwego młodzieńca w nieskończoność.
- Stryjek Andre! - zawołał Charmentall, podchodząc do nich.
- Raul, mój drogi chłopcze, jak miło cię znowu widzieć! - uśmiechnął się Andre, ściskając chłopaka mocno i uderzając go po przyjacielsku w plecy - Chłopcy! Popatrzcie tylko, kto to raczył nas odwiedzić! Sam namiestnik Raul Charmentall!
Muszkieterowie siedzący dookoła przy stolikach i ladzie zdaje się, że dopiero teraz go zobaczyli, gdyż wesoło się uśmiechnęli i zaczęli go pozdrawiać. Niektórzy nawet podbiegali do niego i uścisnęli mu dłoń. Raul czuł się nieco zakłopotany tak miłym i bardzo przyjemnym powitaniem, gdyż nieco się zarumienił, wybąkał coś w rodzaju podziękowań i usiadł przy stoliku z Andre i młodym chłopakiem.
- Co u ciebie słychać, mój drogi chłopcze? - pytał się Andre - Wychudłeś, zmizerniałeś i o nas też niemal zapomniałeś.
Młodzieniec ponownie się zarumienił, gdyż nie chciał o tym mówić.
- Stryjku, może nas sobie przedstawisz - powiedział Raul, wskazując na młodego chłopaka, którego wesoły i radosny wzrok mówił wyraźne, że też pragnie, możliwie jak najszybciej, dokonać prezentacji.
- Ach prawda, gdzie są moje maniery?! Pozwól, że ci przedstawię. To sierżant Francois de Morce, nasz nowy nabytek. Dzisiaj właśnie ukończył dwuletni kurs w naszej akademii i z radością ci oznajmiam, że już dziś może wstąpić w nasze szeregi jako prawdziwy muszkieter. A to, mój drogi Francois, jest namiestnik Raul Charmentall, mój wychowanek, o którym tyle ci opowiadałem.
- Zaszczyt to dla mnie niemały poznać wielce szanownego pana - powiedział Francois.
Obaj młodzieńcy wstali od stolika i podali sobie radośnie ręce.
- Mnie również - odparł Raul - Ale nie nazywaj mnie „wielce szanownym panem”. Mówmy sobie po imieniu. Przecież jesteśmy prawie w tym samym wieku.
- Prawie - rzekł Francois z uśmiechem na twarzy - To duża różnica.
- Dla mnie niewielka.
- Skoro tak, to dla mnie również.
- Nie wiem, czy wiesz, ale nasz Francois jest synem mojego wspólnika, z którym założyłem akademię muszkieterów - powiedział Andre, nadal tryskając humorem - Znam jego ojca bardzo dobrze. Odważny to człowiek i spodziewam się, że jego syn na pewno mu dorówna w bohaterskich czynach, a może nawet i przerośnie.
- Ależ panie Trechevile - rzekł Francois rumieniąc się lekko.
- A co, może nie? - zapytał Trechevile.
Nie wiem, czy domyśliliście się już, Drodzy Czytelnicy, że ów Andre to nie kto inny, jak tylko Andre Trechevile, kapitan królewskich muszkieterów oraz opiekun Raula, który zajął się nim, po tragicznej śmierci pana Charmentall, jego ojca (o czym jednak opowiemy później).
Nie minęło więcej niż dziesięć minut, a już cała trójka siedziała przy stoliku, pijąc wino i wesoło przy tym rozmawiając. Charmentall szczególnie wpatrywał się w dużą bliznę z lewej strony szyi swego opiekuna. Niewątpliwie pochodziła ona od cięcia szpadą lub nożem, jednak Trechevile nigdy nie chciał Raulowi powiedzieć, skąd ją ma. A na każde pytanie o jej pochodzenie zaczął chrząkać i szybko zmieniał temat. Widocznie sposób, w jaki powstała ta blizna, nie był dla niego powodem do dumy. Ale dlaczego? Tego się również Charmentall nigdy nie dowiedział.
- No i cóż mi powiesz, Raul? - zapytał Trechevile - Słyszałem, że miałeś się żenić.
Raul, który wypił już całą butelkę, na spółkę oczywiście z Francois, opowiedział towarzyszom całą historię swojej miłości.
- Nie przejmuj się, chłopcze - powiedział Trechevile, patrząc smętnie w butelkę.
Kapitan był najmniej w tym towarzystwie pijany, choć wielu ludzi mogło poświadczyć, że kto jak kto, ale to właśnie Andre Trechevile, dowódca królewskich muszkieterów, najczęściej zachodził do oberży „Pod Złamaną Szpadą“ na wino. Nigdy jednak nie widziano go pijanym. Było to na pewno zasługą doświadczenia pana Andre, które rosło z wiekiem. Kapitan wiedział bardzo dobrze, że jeżeli jego żołnierze zobaczą go choćby raz pijanego, to stracą do niego szacunek, zupełnie jak Cham stracił go do Noego. Zaczęli by go również wyśmiewać, a on tego by nie zniósł. Stracony autorytet bowiem bardzo trudno odzyskać. Czasami jest to wręcz niemożliwe. Trechevile wiedział o tym, więc choć pił dużo, nigdy się nie upijał. Ludzie go szanowali jako wodza i przyjaciela, a co do jego picia mówili o nim, że pewnie pragnie zapomnieć jakąś straszną przygodę z przyszłości, jaka go spotkała i szanowali kapitana jeszcze bardziej.
- Nie przejmuj się - mówił do Raula.
- Tak. Ludzie są bardzo dziwni - dodał Francois, który był już prawie kompletnie zalany - Raz okazują ci łaskę, a innym razem dają kosza. Tak to już z nimi jest.
- Tak - mruknął Raul - Ludzie są bardzo dziwni. Ale przecież ty, mój drogi stryjku, zawsze mówiłeś, że każdego człowieka można zrozumieć.
- Owszem - potwierdził kapitan - Tak mówiłem.
- Więc może i Francescę także w końcu zrozumiem. Co prawda mówiłeś, że motywów kobiety nie da się zrozumieć, ale może to nie do końca tak jest? Być może któregoś dnia pojmę wreszcie motywy jej dziwnego zachowania. Nie dzisiaj, to jutro. A nie jutro, to za jakiś czas.
- Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię.
- A to dlaczego?
- Właśnie, dlaczego? - dodał pijackim głosem Francois, nalewając sobie kolejną szklankę z kolejnej już butelki - Przecież ponoć ludzi można zrozumieć.
- A od kiedy kobiety to ludzie? - zapytał ironicznie Trechevile.
To pytanie zaskoczyło obu jego towarzyszy do tego stopnia, że nawet nie wiedzieli, co mają na nie odpowiedzieć.
- No, wydaje mi się, że od czasu, kiedy Pan Bóg je stworzył - powiedział Raul szukając jakieś sensownej odpowiedzi.
- Skądże znowu - bronił swego zdania Andre - Właśnie wtedy udowodniono, że są one tylko zwierzętami, stworzonymi na pomoc mężczyznom.
- A nie na towarzyszki życia? - zapytał Francois.
- Towarzyszem to może być pies - mruknął Trechevile - Od kobiety wymaga się, żeby była ukochaną, pomocą, przyjaciółką.
- No właśnie - zawołał Francois - Słyszałem, że kobieta, to najlepszy przyjaciel człowieka.
- Tak, zaraz po psie - odparł złośliwym tonem dowódca królewskich muszkieterów.
Obaj młodzieńcy parsknęli śmiechem słysząc ten żart. Francois nawet zachłysnął się winem i Raul musiał go trzepnąć przez plecy. Tylko kapitan zachował kamienną twarz.
- A wiecie, jak to z kobietą było? - zapytał Trechevile, nalewając sobie wina - Otóż Adam narzekał, że czuje się w raju strasznie samotny. Wówczas to Pan Bóg powiedział, że jeżeli odda mu swoją nogę, to zrobi z tej nogi istotę idealną, piękną, wspaniałą i fenomenalną. A on na to: „Mam dać nogę? Niezbyt mi się to uśmiecha. A co mi dasz za żebro”? No i Pan Bóg stworzył kobietę.
Trechevile wreszcie się uśmiechnął.
- Czyli, gdyby Adam nie był takim skąpiradłem, jak dajmy na to Harpagon, to wszyscy mężczyźni mieliby idealne partnerki życia - stwierdził Raul.
- Doskonałe pod każdym względem - powiedział Trechevile.
- Właśnie - dodał Francois - A tak przez jego skąpstwo…
Nie dokończył, gdyż zabrakło mu właściwych słów. Wolał się więc napić się, co natychmiast zrobił.
- A teraz na poważnie - powiedział po chwili Trechevile - Co byś powiedział, mój chłopcze, gdybym chciał cię przyjąć na powrót do wojska i to jeszcze jako porucznika?
- Awans? - zapytał Raul - No, nie wiem. Musiałbym się zastanowić.
- Więc się zastanów. Ale czasu masz mało. Jak bowiem dobrze wiesz moja łaska nie trwa wiecznie.
- To by ci pozwoliło zapomnieć o Francesce! - zawołał Francois, który również zapalił się do pomysłu swego dowódcy.
- I na dokonanie twojej zemsty - dodał kapitan.
- Jakiej zemsty?
- Już zapomniałeś? Zapomniałeś już, co przysięgałeś na grobie swego ojca? - zapytał zdumiony kapitan.
- Ależ skąd. Tylko pomyślałem, że skoro przez dwadzieścia lat go nie znalazłem, to może już mi się to nie uda.
Mówiąc to Raul zarumienił się na twarzy. Czuł wstyd przed swoim opiekunem, że tak łatwo zrezygnował z zemsty na mordercy swojej rodziny. Ów podły człowiek w czerni, kimkolwiek by nie był, otrzyma z jego ręki sprawiedliwość. Taką przysięgę złożył na grobie swoich rodziców Raul i choć minęło od tego wydarzenia już dwadzieścia lat i możliwość zabicia tego łajdaka spadła praktycznie do zera Raul poczuł teraz, że nie umiałby spojrzeć we własne odbicie bez obrzydzenia, jeśliby teraz zrezygnował z tego, co przysiągł kiedyś zrobić. Nie wolno mu się było teraz poddawać. I się nie podda! Czuł w swoim sercu odwagę i chęć walki nawet z całym światem, jeśli będzie trzeba. Lecz tajemniczy człowiek w czerni zapłaci mu za wszystko, co zrobił. Zapłaci za odebranie Raulowi rodziny.
Trechevile popatrzył na swego wychowanka uważnie. Nie musiał o nic pytać. Doskonale wiedział, co teraz chodzi chłopakowi po głowie. Znał go już na tyle dobrze, aby umieć rozpoznać jego myśli po jego mimice twarzy. Uśmiechnął się więc zadowolony i zapytał:
- No, to jak? Wracasz do wojska ze stopniem porucznika?
- Kiedy ja jeszcze nie wiem, czy tego chcę.
- Chcesz, Raul, chcesz! - niemal krzyknął Trechevile, zrywając się z krzesła i opierając dłonie na stoliku - A jeżeli nie chcesz, to sobie zatrzymaj tę myśl dla siebie! Ojczyzna cię wzywa i nie będzie zadowolona, jeśli odmówisz jej swojej pomocy, zwłaszcza dla prywaty!
- Tak jest! - krzyknął Raul, stając przed dowódcą na baczność.
- Więc jak będzie?!
- Wracam!
- Doskonale! - uradował się Trechevile i pochwycił z stolika szklanicę z winem - A teraz, panowie, wypijmy za to!
- Wypijmy? Ale ja już nie mogę. Odpada - mruknął Francois, upadając za stolik.

***

Tak więc nim minął dzień Raul wrócił do służby w muszkieterach, ale tym razem jako porucznik. Szybko zaprzyjaźnił się z Francois i razem przeżyli wiele niezwykłych przygód, które później w naszej powieści opiszemy. Szybko zapomniał o Francesce (a przynajmniej tak wszyscy myśleli), czy jednak ona równie szybko zapomniała o nim? To już inna historia i opowiemy o niej już za chwilę.

1 komentarz:

Archie pisze...

Liczyłem na to, że Francois szybko stanie się najlepszym przyjacielem Raula, bo wydaje się być naprawdę w porządku, choć lubi sobie dobrze wypić, choć Raul też nie wydaje się być pod tym względem dużo gorszy, no ale miejmy nadzieję, że nie popadnie w nałóg po odmowie ze strony Francesci. Trechevile z kolei musiał zostać naprawdę mocno skrzywdzony przez kobiety, skoro odczuwa wobec nich tak ogromną niechęć i awersję, że nie postrzega ich jak ludzi, tylko otwarcie nazywa je zwierzętami, zupełnie tak, jakby uważał, że nie posiadają ludzkich uczuć, bo pewnie to właśnie ma na myśli. Wydaje się być naprawdę tajemniczym człowiekiem, skoro Raul tak dużo rzeczy nie wie na jego temat, mimo że on się nim zaopiekował po śmierci jego rodziców.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...