Rozdział XXI
W którym dowiadujemy się, że dokumenty, które mogą zaszkodzić państwu, należy niszczyć, a nie trzymać w archiwum
W którym dowiadujemy się, że dokumenty, które mogą zaszkodzić państwu, należy niszczyć, a nie trzymać w archiwum
- Zginął! Przepadł! Nie ma go!
Takie oto odgłosy dobiegały z kancelarii królewskiej wieczorem, tuż po zakończeniu całego dnia pracy, kiedy to zaufany dworzanin Jego Królewskiej Mości poszedł sprawdzić, czy aby wszystkie dokumenty są na swoim miejscu. Przejrzał on dokładnie każdy papierek, każdy dokument, najmniejszy nawet świstek. Zawsze tak robił, należało to bowiem do jego obowiązków. Była to praca co najmniej nużąca i żmudna, ale dowodziła ona wielkiego zaufania, jakim obdarzał owego urzędnika król. Dlatego też ów urzędnik wykonywał swoje obowiązki najbardziej skrupulatnie, jak się tylko dało. Tego wieczora też tak było. I gdy już miał stwierdzić, że nic nie zginęło, to nagle zauważył, iż brakuje jednego z najbardziej ważnych dokumentów dla tego kraju. Z początku pomyślał, że się po prostu pomylił w obliczeniach, więc przeliczył wszystkie papiery jeszcze raz. Niestety było tak, jak się tego obawiał. Brakowało jednego traktatu, bardzo ważnego dla Francji, a zarazem wyjątkowo niebezpiecznego. Tak niebezpiecznego, że gdyby wpadł on w niepowołane ręce, to konsekwencje, jakie by z tego wynikły, byłyby straszne.
Z największym więc przerażeniem, na jakie stać tylko prawdziwych patriotów, pobiegł do króla i królowej, aby przekazać im te straszne wieści. Władcy z początku nie chcieli w to uwierzyć. Pomyśleli, że może to być żart albo też fałszywy alarm. Kiedy jednak dworzanin zaczął zapewniać, że wszystko, co mówi to szczera prawda, król przejął się na poważnie.
- To nie wygląda dobrze, moja droga - rzekł Ludwik XV do Marii Leszczyńskiej - Obawiam się, że z tego nie wyniknie nic dobrego.
- Ale to przecież tylko jeden dokument - powiedziała królowa nie rozumiejąc przerażenia swego męża - Jestem pewna, że nie jest on w stanie wywołać wojny. Prawda?
- Właśnie, że jest w stanie - odparł król.
Po tych słowach spojrzał on uważnie na urzędnika, który pokiwał znacząco głową.
- To prawda, Najjaśniejsza Pani - rzekł wierny sługa - Ten dokument ma w sobie moc wywołania konfliktu na skalę europejską.
- Jak to? Co było w tym dokumencie? - królowa nie pochodziła się ze zdumienia.
Urzędnik spojrzał na Jego Królewską Mość, który dał mu znak ręką oznaczający wyrażenie zgody na wyjaśnienie wszystkiego królowej.
- To był traktat, szykujący Francję do ewentualnej wojny z Hiszpanią. Były w nim plany sojuszu z Anglią i Prusami przeciwko Hiszpanii. Co prawda nie było dotąd okazji, żeby ten plan zrealizować…
- I chwała Bogu - mruknęła Maria Leszczyńska, zdecydowanie nie przepadająca za wojnami.
Sługa króla skinął głową potakująco i mówił dalej:
- Niestety fakt, iż traktat nie został zrealizowany niczego nie zmienia. Ten dokument to wciąż iskra na prochy. Wystarczy, że teraz ktoś opublikuje go albo przekaże Hiszpanii lub Austrii, to wówczas będzie koniec! Nastąpi wojna, a jak znam życie, to nasi ewentualni sojusznicy wszystkiego się wyprą i zostaniemy w tym konflikcie sami. To będzie wojna, której wygrać nie zdołamy. A nawet jeśli, to osiągniemy jedynie pyrrusowe zwycięstwo.
- Więc trzeba ten dokument odzyskać - stwierdziła królowa.
Powiedziała to takim tonem, jakby to było oczywiste samo przez się. Król Ludwik XV oraz urzędnik nie byli jednak tak optymistycznie do całej sprawy nastawieni, jak ta szlachetna córka polskiego narodu.
- Tak, odzyskać - powiedział urzędnik - Pytanie tylko, jak to zrobić, Najjaśniejsza Pani? Przecież nawet nie wiemy, kto go ukradł. A nawet, jak się dowiemy, to zanim to odkryjemy, on będzie już z pewnością bardzo daleko. Nie znajdziemy go. Krótko mówiąc jesteśmy zgubieni.
Ludwik XV załamał ręce z rozpaczy. Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamanym wzrokiem. Nie sądziła, że jej małżonek byłby zdolny tak szybko się poddać i nawet nie spróbować walczyć w obronie swojego kraju. Dla niej takie zachowanie było po prostu nie do przyjęcia. Gdyby ona była mężczyzną bez najmniejszego wahania podjęłaby wszystkie możliwe starania, aby tylko obronić kraj, który został jej oddany pod władanie. Francja była dla niej drugą ojczyzną i jeśli jej małżonek nie chciał zrobić wszystkiego, co w jego mocy, by ocalić Francję, to ona to zrobi.
- Mój drogi, jeszcze nie wszystko stracone - powiedziała królowa Maria spokojnym głosem ukrywającym złość - Nie zapominaj, że mamy jeszcze muszkieterów. Naszych wiernych i oddanych muszkieterów.
- Ale o ile mnie pamięć nie myli, to są żołnierze, nie żandarmi. Nie rozwiązują oni zagadek.
- Aleś ty mądry, mój królewski małżonku. To prawda, muszkieterowie nie są może przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości, lecz zapewniam cię, że są nie do pokonania. Na pewno odkryją, kto stoi za kradzieżą. I zrobią wszystko, by ten dokument odzyskać.
- Jeśli wolno wyrazić swoje zdanie... - zaczął urzędnik.
Królowa spojrzała na niego przyzwalająco.
- Wyraź je.
- To więc jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, Najjaśniejsza Pani, to lepiej ów dokument zniszczyć. Po jego zniszczeniu nic by już nam potem nie zagrażało z jego strony.
Królowa była bardzo zadowolona z takiego wyjścia. Jednakże jej królewski małżonek nie był do końca przekonany do takiego rozwiązania.
- Może to i dobre wyjście - rzekł - Ale gdyby nadal ten traktat istniał, wtedy mielibyśmy zapewniony sojusz na ewentualną wojnę.
Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamując ręce.
- Mężu mój... Panie mój drogi... Na jaką ty ewentualną wojnę liczysz? Nie rozumiesz, że gdyby wojna z Hiszpanią miała zostać zrealizowana, to już dawno by do niej doszło? A skoro dotychczas ta wojna jeszcze nie została rozpoczęta, to chyba jest największy dowód na to, że nikt jej nigdy nie rozpocznie? Hiszpania nie przeszkadza teraz żadnemu krajowi Europy. Pojmij to wreszcie, mój Panie. Do wojny nie dojdzie. A nasi sojusznicy prędzej zmienią front niż pozwolą sobie na taki koszt jak wojna po naszej stronie przeciwko Hiszpanii, która wszak jest potęgą.
Ludwik XV spojrzał na swoją królewską małżonkę niezbyt przekonany jej argumentacją, lecz jednak pokiwał głową na znak zgody.
- Niech i tak będzie - powiedział smutnym głosem - Jednak komu powierzyć tę niezwykle trudną misję?
Maria Leszczyńska uśmiechnęła się w sposób bardzo tajemniczy.
- Znam kogoś odpowiedniego do tego zadania. Ci ludzie nie zawahają się przed oddaniem życia za swój kraj. I na pewno nie poniosą porażki.
- Znam ich?
- Ależ oczywiście, mój Panie. To ci sami ludzie, którzy już raz mnie uratowali.
- Ta wesoła czwórka? - król odzyskał humor.
- Właśnie o nich mówię, Najjaśniejszy Panie - królowa obdarzyła swego męża przyjemnym uśmiechem.
Ludwik XV odwzajemnił uśmiech. Powoli zaczął odzyskiwać wiarę w odnalezienie dokumenty i ocalenie kraju od zguby.
- Tak... Wydaje mi się, że będą oni wiedzieli, co robić. Jednakże, moja droga, czy jesteś pewna, że im się uda?
- Skoro udało im się uratować mnie przed co najmniej dwunastoma kandydatami na moich aniołów śmierci, to czymże dla nich będzie taki dokument? Znajdą go choćby na końcu świata.
- Obawiam się, że rzeczywiście będą musieli go tam szukać.
- Nawet jeśli, to i tak go znajdą. Oni są najlepsi - powiedziała królowa z całą pewnością siebie w głosie.
- Doskonale! Sprowadzić mi tu ich! - zawołał Ludwik XV do służącego.
***
- I cóż, Grusner, mój drogi przyjacielu? - zapytał Colgen, kiedy jego sekretarz wszedł do pokoju - Masz to?
- Ja, Herr Colgen! - zawołał Niemiec.
- No, to pokaż!
Grusner wyjął za pazuchy dokument zwinięty w rulonik i przewiązany sznurkiem z pieczęcią. Colgen z chciwością pochwycił go w ręce, rozerwał pieczęć i zaczął czytać.
- Tak, to jest to! Brawo, spisałeś się! - wołał, aż podskakując z radości - Mam to nareszcie. Teraz już nic nie stoi mi na przeszkodzie. Wreszcie zrealizuję wszystkie moje plany. Zakładam, że nie było żadnych trudności, Grusner?
- Nein, Herr Minister - odpowiedział sekretarz - Chociaż, nie powiem, był taki eine kleine szczególik, ale zasadniczo nieistotny.
- Mianowicie?
- Herr Trechevile coraz bardziej podejrzliwie na mnie patrzy. Sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
- Przypominam ci, przyjacielu, że nie ty tu jesteś od myślenia, tylko ja - zakpił sobie Colgen - I póki co, niech lepiej tak pozostanie.
- Rozumiem, Herr Minister. Jednakże, jeśli kapitan coś podejrzewa, to może nam popsuć szyki.
- Nie bój się, on niczego się nie domyśla. Aż taki bystry to on nie jest. Ręczę ci za to. Zresztą, ja bym się tu obawiał kogoś zupełnie innego, niż Trechevile’a.
- Ja? A kogo, jeśli wolno spytać?
- Charmentalla i tego jego kompana, barona de Morce. Obawiam się, że mogli wpaść na jakiś trop, zwłaszcza po tym incydencie spowodowanym przez samowolny czyn tego idioty, de Bernice’a. Wiesz, że on chciał tego młodego barona zakopać w ogrodzie domu mojej córki? Zakopać go w ogrodzie i to żywcem! A wszystko przez zwykłą zazdrość.
- Och, Herr Good! - zawołał wyraźnie przerażony sekretarz wykonując znak krzyża.
- No właśnie - zgodził się z nim Colgen - Musimy więc działać szybko, jeśli nasz plan ma się powieść.
- Co mam zrobić?
- Ty już nic. Ale Febre i owszem. On może zrobić i to dużo.
- Was, Herr Colgen?
- Przekaż mu, aby natychmiast aresztował Charmentalla i osadził go w Bastylii. Przynajmniej na jakiś czas, póki nie dokonamy transakcji.
- Pod jakim zarzutem, mein Minister?
- Nie obchodzi mnie, o co się go oskarży, Grusner. Chodzi o tylko o to, żeby go usunąć na pewien czas z naszej drogi. Za dużo węszy, a to źle. W końcu wpadnie na właściwy trop, a tego sobie nie życzę. Musimy być szybsi i zareagować pierwsi. Kiedy już będzie po wszystkim, będziemy mogli go wypuścić. Bo usunięcie go byłoby... że tak powiem, głupie. Na wojnie jego szpada może nam się jeszcze przydać.
- Rozumiem. A jeśli będzie stawiał opór lub próbował ucieczek? - zapytał Grusner zaciekawiony, jaką dostanie odpowiedź.
- On jest mądrym człowiekiem, Grusner - rzekł Colgen, specjalnie przeciągając słowa, aby dodać im w ten sposób mroku - Nie będzie tego robił. Dla własnego dobra nie będzie.
Takie oto odgłosy dobiegały z kancelarii królewskiej wieczorem, tuż po zakończeniu całego dnia pracy, kiedy to zaufany dworzanin Jego Królewskiej Mości poszedł sprawdzić, czy aby wszystkie dokumenty są na swoim miejscu. Przejrzał on dokładnie każdy papierek, każdy dokument, najmniejszy nawet świstek. Zawsze tak robił, należało to bowiem do jego obowiązków. Była to praca co najmniej nużąca i żmudna, ale dowodziła ona wielkiego zaufania, jakim obdarzał owego urzędnika król. Dlatego też ów urzędnik wykonywał swoje obowiązki najbardziej skrupulatnie, jak się tylko dało. Tego wieczora też tak było. I gdy już miał stwierdzić, że nic nie zginęło, to nagle zauważył, iż brakuje jednego z najbardziej ważnych dokumentów dla tego kraju. Z początku pomyślał, że się po prostu pomylił w obliczeniach, więc przeliczył wszystkie papiery jeszcze raz. Niestety było tak, jak się tego obawiał. Brakowało jednego traktatu, bardzo ważnego dla Francji, a zarazem wyjątkowo niebezpiecznego. Tak niebezpiecznego, że gdyby wpadł on w niepowołane ręce, to konsekwencje, jakie by z tego wynikły, byłyby straszne.
Z największym więc przerażeniem, na jakie stać tylko prawdziwych patriotów, pobiegł do króla i królowej, aby przekazać im te straszne wieści. Władcy z początku nie chcieli w to uwierzyć. Pomyśleli, że może to być żart albo też fałszywy alarm. Kiedy jednak dworzanin zaczął zapewniać, że wszystko, co mówi to szczera prawda, król przejął się na poważnie.
- To nie wygląda dobrze, moja droga - rzekł Ludwik XV do Marii Leszczyńskiej - Obawiam się, że z tego nie wyniknie nic dobrego.
- Ale to przecież tylko jeden dokument - powiedziała królowa nie rozumiejąc przerażenia swego męża - Jestem pewna, że nie jest on w stanie wywołać wojny. Prawda?
- Właśnie, że jest w stanie - odparł król.
Po tych słowach spojrzał on uważnie na urzędnika, który pokiwał znacząco głową.
- To prawda, Najjaśniejsza Pani - rzekł wierny sługa - Ten dokument ma w sobie moc wywołania konfliktu na skalę europejską.
- Jak to? Co było w tym dokumencie? - królowa nie pochodziła się ze zdumienia.
Urzędnik spojrzał na Jego Królewską Mość, który dał mu znak ręką oznaczający wyrażenie zgody na wyjaśnienie wszystkiego królowej.
- To był traktat, szykujący Francję do ewentualnej wojny z Hiszpanią. Były w nim plany sojuszu z Anglią i Prusami przeciwko Hiszpanii. Co prawda nie było dotąd okazji, żeby ten plan zrealizować…
- I chwała Bogu - mruknęła Maria Leszczyńska, zdecydowanie nie przepadająca za wojnami.
Sługa króla skinął głową potakująco i mówił dalej:
- Niestety fakt, iż traktat nie został zrealizowany niczego nie zmienia. Ten dokument to wciąż iskra na prochy. Wystarczy, że teraz ktoś opublikuje go albo przekaże Hiszpanii lub Austrii, to wówczas będzie koniec! Nastąpi wojna, a jak znam życie, to nasi ewentualni sojusznicy wszystkiego się wyprą i zostaniemy w tym konflikcie sami. To będzie wojna, której wygrać nie zdołamy. A nawet jeśli, to osiągniemy jedynie pyrrusowe zwycięstwo.
- Więc trzeba ten dokument odzyskać - stwierdziła królowa.
Powiedziała to takim tonem, jakby to było oczywiste samo przez się. Król Ludwik XV oraz urzędnik nie byli jednak tak optymistycznie do całej sprawy nastawieni, jak ta szlachetna córka polskiego narodu.
- Tak, odzyskać - powiedział urzędnik - Pytanie tylko, jak to zrobić, Najjaśniejsza Pani? Przecież nawet nie wiemy, kto go ukradł. A nawet, jak się dowiemy, to zanim to odkryjemy, on będzie już z pewnością bardzo daleko. Nie znajdziemy go. Krótko mówiąc jesteśmy zgubieni.
Ludwik XV załamał ręce z rozpaczy. Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamanym wzrokiem. Nie sądziła, że jej małżonek byłby zdolny tak szybko się poddać i nawet nie spróbować walczyć w obronie swojego kraju. Dla niej takie zachowanie było po prostu nie do przyjęcia. Gdyby ona była mężczyzną bez najmniejszego wahania podjęłaby wszystkie możliwe starania, aby tylko obronić kraj, który został jej oddany pod władanie. Francja była dla niej drugą ojczyzną i jeśli jej małżonek nie chciał zrobić wszystkiego, co w jego mocy, by ocalić Francję, to ona to zrobi.
- Mój drogi, jeszcze nie wszystko stracone - powiedziała królowa Maria spokojnym głosem ukrywającym złość - Nie zapominaj, że mamy jeszcze muszkieterów. Naszych wiernych i oddanych muszkieterów.
- Ale o ile mnie pamięć nie myli, to są żołnierze, nie żandarmi. Nie rozwiązują oni zagadek.
- Aleś ty mądry, mój królewski małżonku. To prawda, muszkieterowie nie są może przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości, lecz zapewniam cię, że są nie do pokonania. Na pewno odkryją, kto stoi za kradzieżą. I zrobią wszystko, by ten dokument odzyskać.
- Jeśli wolno wyrazić swoje zdanie... - zaczął urzędnik.
Królowa spojrzała na niego przyzwalająco.
- Wyraź je.
- To więc jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, Najjaśniejsza Pani, to lepiej ów dokument zniszczyć. Po jego zniszczeniu nic by już nam potem nie zagrażało z jego strony.
Królowa była bardzo zadowolona z takiego wyjścia. Jednakże jej królewski małżonek nie był do końca przekonany do takiego rozwiązania.
- Może to i dobre wyjście - rzekł - Ale gdyby nadal ten traktat istniał, wtedy mielibyśmy zapewniony sojusz na ewentualną wojnę.
Maria Leszczyńska spojrzała na niego załamując ręce.
- Mężu mój... Panie mój drogi... Na jaką ty ewentualną wojnę liczysz? Nie rozumiesz, że gdyby wojna z Hiszpanią miała zostać zrealizowana, to już dawno by do niej doszło? A skoro dotychczas ta wojna jeszcze nie została rozpoczęta, to chyba jest największy dowód na to, że nikt jej nigdy nie rozpocznie? Hiszpania nie przeszkadza teraz żadnemu krajowi Europy. Pojmij to wreszcie, mój Panie. Do wojny nie dojdzie. A nasi sojusznicy prędzej zmienią front niż pozwolą sobie na taki koszt jak wojna po naszej stronie przeciwko Hiszpanii, która wszak jest potęgą.
Ludwik XV spojrzał na swoją królewską małżonkę niezbyt przekonany jej argumentacją, lecz jednak pokiwał głową na znak zgody.
- Niech i tak będzie - powiedział smutnym głosem - Jednak komu powierzyć tę niezwykle trudną misję?
Maria Leszczyńska uśmiechnęła się w sposób bardzo tajemniczy.
- Znam kogoś odpowiedniego do tego zadania. Ci ludzie nie zawahają się przed oddaniem życia za swój kraj. I na pewno nie poniosą porażki.
- Znam ich?
- Ależ oczywiście, mój Panie. To ci sami ludzie, którzy już raz mnie uratowali.
- Ta wesoła czwórka? - król odzyskał humor.
- Właśnie o nich mówię, Najjaśniejszy Panie - królowa obdarzyła swego męża przyjemnym uśmiechem.
Ludwik XV odwzajemnił uśmiech. Powoli zaczął odzyskiwać wiarę w odnalezienie dokumenty i ocalenie kraju od zguby.
- Tak... Wydaje mi się, że będą oni wiedzieli, co robić. Jednakże, moja droga, czy jesteś pewna, że im się uda?
- Skoro udało im się uratować mnie przed co najmniej dwunastoma kandydatami na moich aniołów śmierci, to czymże dla nich będzie taki dokument? Znajdą go choćby na końcu świata.
- Obawiam się, że rzeczywiście będą musieli go tam szukać.
- Nawet jeśli, to i tak go znajdą. Oni są najlepsi - powiedziała królowa z całą pewnością siebie w głosie.
- Doskonale! Sprowadzić mi tu ich! - zawołał Ludwik XV do służącego.
***
- I cóż, Grusner, mój drogi przyjacielu? - zapytał Colgen, kiedy jego sekretarz wszedł do pokoju - Masz to?
- Ja, Herr Colgen! - zawołał Niemiec.
- No, to pokaż!
Grusner wyjął za pazuchy dokument zwinięty w rulonik i przewiązany sznurkiem z pieczęcią. Colgen z chciwością pochwycił go w ręce, rozerwał pieczęć i zaczął czytać.
- Tak, to jest to! Brawo, spisałeś się! - wołał, aż podskakując z radości - Mam to nareszcie. Teraz już nic nie stoi mi na przeszkodzie. Wreszcie zrealizuję wszystkie moje plany. Zakładam, że nie było żadnych trudności, Grusner?
- Nein, Herr Minister - odpowiedział sekretarz - Chociaż, nie powiem, był taki eine kleine szczególik, ale zasadniczo nieistotny.
- Mianowicie?
- Herr Trechevile coraz bardziej podejrzliwie na mnie patrzy. Sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
- Przypominam ci, przyjacielu, że nie ty tu jesteś od myślenia, tylko ja - zakpił sobie Colgen - I póki co, niech lepiej tak pozostanie.
- Rozumiem, Herr Minister. Jednakże, jeśli kapitan coś podejrzewa, to może nam popsuć szyki.
- Nie bój się, on niczego się nie domyśla. Aż taki bystry to on nie jest. Ręczę ci za to. Zresztą, ja bym się tu obawiał kogoś zupełnie innego, niż Trechevile’a.
- Ja? A kogo, jeśli wolno spytać?
- Charmentalla i tego jego kompana, barona de Morce. Obawiam się, że mogli wpaść na jakiś trop, zwłaszcza po tym incydencie spowodowanym przez samowolny czyn tego idioty, de Bernice’a. Wiesz, że on chciał tego młodego barona zakopać w ogrodzie domu mojej córki? Zakopać go w ogrodzie i to żywcem! A wszystko przez zwykłą zazdrość.
- Och, Herr Good! - zawołał wyraźnie przerażony sekretarz wykonując znak krzyża.
- No właśnie - zgodził się z nim Colgen - Musimy więc działać szybko, jeśli nasz plan ma się powieść.
- Co mam zrobić?
- Ty już nic. Ale Febre i owszem. On może zrobić i to dużo.
- Was, Herr Colgen?
- Przekaż mu, aby natychmiast aresztował Charmentalla i osadził go w Bastylii. Przynajmniej na jakiś czas, póki nie dokonamy transakcji.
- Pod jakim zarzutem, mein Minister?
- Nie obchodzi mnie, o co się go oskarży, Grusner. Chodzi o tylko o to, żeby go usunąć na pewien czas z naszej drogi. Za dużo węszy, a to źle. W końcu wpadnie na właściwy trop, a tego sobie nie życzę. Musimy być szybsi i zareagować pierwsi. Kiedy już będzie po wszystkim, będziemy mogli go wypuścić. Bo usunięcie go byłoby... że tak powiem, głupie. Na wojnie jego szpada może nam się jeszcze przydać.
- Rozumiem. A jeśli będzie stawiał opór lub próbował ucieczek? - zapytał Grusner zaciekawiony, jaką dostanie odpowiedź.
- On jest mądrym człowiekiem, Grusner - rzekł Colgen, specjalnie przeciągając słowa, aby dodać im w ten sposób mroku - Nie będzie tego robił. Dla własnego dobra nie będzie.
1 komentarz:
Król jest człowiekiem małej wiary, za to królowa wręcz przeciwnie. Ona tak łatwo się nie poddaje i ma naprawdę zbawienny wpływ na męża. Mogłoby się wydawać, że dobro Francji jest dla niej ważniejsze niż dla króla, mimo że w przeciwieństwie do niego jest cudzoziemką. Do tego jest naprawdę mądrą, rozsądną i roztropną kobietą, posiadającą głowę na karku, podczas gdy król jest naiwny i łatwowierny, bo przecież ufa bezgranicznie Colgenowi, którego ona już dawno zdążyła przejrzeć i dobrze wie, jaki z niego farbowany lis.
Prześlij komentarz