piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 09

Rozdział IX

W którym mają miejsce wydarzenie, będące echem dawnych lat

Wersal jest olbrzymią, monumentalną budowlą. Do dziś imponuje on ludziom, lecz nie tylko swymi rozmiarami, gdyż pałac ten mimo swojej wielkości jest prawdziwym pięknem. Zachowano podczas jego budowy doskonałe proporcje i dodano dobrane z gustem ozdoby. Łączy on w sobie najlepsze cechy francuskiego klasycyzmu i baroku. Liczne korytarze, przypominają Labirynt, w którym sam Tezeusz mógłby nie odnaleźć wyjścia, nawet przy pomocy kilku kłębków nici otrzymanych od Ariadny. Kilkaset komnat, rozmieszczonych w głównej części Pałacu oraz jego skrzydłach stanowi miejsce, w którym mieszka Król z rodziną oraz jego dwór i służba. Na ścianach pałacu wiszą dzieła najwybitniejszych malarzy. Posadzki są dziełami sztuki, a kiedy zachwycony gość unosi głowę, to zamiast nieba widzi sufity pokryte ozdobnymi kasetonami, lub wypełnione przepięknymi plafonami przedstawiającymi sceny mitologiczne, biblijne, lub nieco bardziej frywolne, zależnie od sali, jaką mają zaszczyt zdobić. Dodać musimy również, że wszędzie poustawiano wiele stylowych, drogocennych mebli. Pod ścianami stoją liczne, wspaniałe rzeźby od starożytnych po współczesne. Te ostatnie są dłuta znakomitych francuskich i włoskich rzeźbiarzy. O zmierzchu narastający mrok komnat, rozświetlają świece osadzone w ozdobnych kandelabrach i żyrandolach. Ich blask odbijają liczne lustra oprawione we wspaniałe, bogato rzeźbione i złocone ramy. Każdy miłośnik sztuki czułby się tutaj niczym w raju. Tutaj wszystko jest piękne i wykonane z nieporównanym artyzmem. Od obrazów wiszących na ścianach, poprzez rzeźby, plafony i posadzki oraz meble po okna, drzwi a nawet drobne detale takie jak klamki, dzwonki do przywołania służby, itd. Jak w każdym wielkim pałacu zaprojektowano również i tajemne przejścia do niektórych komnat. I nie wszystkie one zostały odnalezione. Wysyłamy chętnych śmiałków do zbadania wszystkich zakamarków Wersalu, może odnajdą owe przejścia. A jeśli Tobie, Szanowny Czytelniku, uda się takie przejście znaleźć, to prosimy o zabranie nas do Wersalu i pokazanie tego sekretu. Chętnie byśmy je poznali.
Wersal jest olbrzymim pałacem. Każdy jednak wie, gdzie bije, że tak powiem serce tej budowli. Otóż najważniejszą jej częścią są: sala tronowa i apartamenty pary królewskiej. Niełatwo jednak jest dotrzeć do prywatnych pokoi króla. Po przejściu kilkunastu korytarzy oraz po wyminięciu kilku wartowników Colgen wreszcie stanął przed obliczem Ludwika XV i jego małżonki, Królowej Marii. Nie muszę dodawać, że i prywatny gabinet Króla urządzony jest z przepychem i na projektował to pomieszczenie artysta obdarzony znakomitym gustem.
- Witaj, drogi kuzynie - zwrócił się do Colgena Ludwik XV - Cóż cię do nas sprowadza?
- Ważna i pilna sprawa - odpowiedział zapytany, kłaniając się swoim władcom.
- Domyślałam się tego - mruknęła królowa niezadowolonym tonem.
Nie było tajemnicą, że nie darzy ona sympatią pana ministra, któremu to z kolei jej małżonek ufał bezgranicznie.
- Moja droga, nie bądź złośliwa - powiedział Ludwik XV, kładąc dłoń na ręce żony - Więc mów, kuzynie, jaka to pilna sprawa.
- Proszę bardzo, ale jeśli można, to wolałbym z Waszą Wysokością omówić na osobności - rzekł Colgen konspiracyjnym tonem.
- My nie mamy przed sobą tajemnic, kuzynie - królowa spojrzała z nadzieją na męża.
- No, prawdę mówiąc nie mamy - odpowiedział król nieco zmieszany.
- Jednakże wolałbym…
- Drogi kuzynie, tutaj decyduje wola króla, nie twoja - powiedziała stanowczo Maria Leszczyńska, wyraźnie okazując Colgenowi niechęć.
- Wiem, moja pani, ale… to sprawa między królem a mną - wyjaśnił pan minister próbujący za wszelką cenę pozbyć się królowej z sali.
- Sprawy króla są także i sprawami królowej - władczyni spojrzała na męża, jakby prosiła o potwierdzenie.
- Może jednak odejdź, moja droga - poprosił Ludwik XV i uśmiechnął się do żony - Potem i tak wspólnie rozważymy ten problem.
- Skoro nalegasz.
Maria Leszczyńska skinęła głową Colgenowi i wyszła z pokoju.
- No więc, o co mnie chcesz prosić? – zapytał król, kiedy jego dostojna małżonka już wyszła.
- O przysługę, Wasza Królewska Mość.
- O, to na pewno chodzi o pożyczkę. Twój ojciec tak się zwracał do mego pradziadka, Króla Słońce, kiedy chciał od niego wyciągnąć trochę pieniędzy. Dlatego też z góry ci powiem, wy-klu-czo-ne. Mam ograniczone fundusze.
- To widać - mruknął Colgen, rozglądając się po bijącym w oczy przepychem gabinecie królewskim - Ale tu nie chodzi o pożyczkę.
- Poważnie? A więc o co?
- Otóż, Wasza Wysokość, chodzi pozwolenie na stworzenie gwardii.
- O ile mnie pamięć nie myli, mój drogi kuzynie, to my już posiadamy gwardię. Królewską gwardię muszkieterów.
- Jednakże to żołnierze. Oni nie mają pilnować porządku, a wręcz przeciwnie, to oni wywołują najwięcej burd.
- Od pilnowania porządku jest żandarmeria, której ostatnio zaczynają pomagać moi muszkieterowie. Czyli ci żołnierze, których ty tak ostro teraz krytykujesz.
Colgen zawahał się. Nie wiedział, co ma teraz odpowiedzieć na takie dictum, ale dość szybko odzyskał pewność siebie.
- To prawda - powiedział - Jednakże mam powód, by stworzyć nową gwardię w celu obrony porządku w naszym Paryżu i okolicy.
- Zakładam, że jest to powód raczej prywatny - przerwał mu złośliwie Ludwik XV.
- Oczywiście - odpowiedział Colgen i ciągnął dalej - Otóż niedawno jechałem karetą drogą przez las do Paryża…
- Nie mów mi, że pękła ci szprycha w kole.
- Nie, skądże. Ale spotkało mnie coś znacznie gorszego.
- A co może być jeszcze gorsze?
- Napadli mnie zbóje.
- Zbóje? - Ludwik XV porzucił swój złośliwy ton i był teraz bardzo zdumiony tym, co usłyszał.
Mimo wszystko król nie spodziewał się, że na gościńcu, tuż pod jego nosem, czają się rozbójnicy. Toż to niemalże obraza jego majestatu. Jak oni śmieli napać na jego ministrów i przyjaciół?!
- Tak, panie. Zbóje. Krwawy George i jego kompania.
- A jednak stoisz tu żywy. Cały i zdrowy, co oznacza, że cię nie zabili. Chyba, że mam przed sobą nie do końca dojrzałego nieboszczyka.
- Skądże znowu, Wasza Wysokość. Uratowali mnie muszkieterowie.
- Moi muszkieterowie? - król był bardzo zadowolony.
- Tak, panie. Twoi muszkieterowie - potwierdził Colgen.
- A więc jednak udaje im się utrzymać porządek w okolicy. Po więc nowa gwardia?
- Otóż, oni ocalili mnie przez przypadek. A nie można ciągle liczyć wyłącznie na sam przypadek. Stąd moja propozycja, aby stworzyć nową gwardię, która by mogła bronić okolic i wspomagać muszkieterów.
Król zamyślił się.
- Hmm... To ciekawa propozycja. Widzę tylko jeden problem.
- Mianowicie?
- Mianowicie taki: skąd wziąć kandydatów do nowej gwardii?
- Oto Wasza Królewska Mość nie musi się martwić. Kandydatów już znalazłem.
- Naprawdę? Kim oni są?
- To ludzie, którym kiedyś pomogłem w ciężkich dla nich chwilach.
- Czyli pewnie niewielu.
- Skądże - odpowiedział Colgen, starając się nie zwracać uwagi na złośliwy ton władcy - Jest ich dostatecznie dużo.
- Kim oni są?
- Czy to ważne, Wasza Wysokość? Najważniejsze jest to, że są i będą mi ślepo posłuszni.
- Tobie tak, ale nie wiem, czy mnie także.
- Ja jestem tobie posłuszny, Panie - Colgen ukłonił się nisko królowi - A ponieważ ja jestem, to oni na mój rozkaz również będą.
- Słuchanie ministra niekoniecznie oznacza słuchanie króla.
- Być może, panie. Lecz ja jestem oddany Waszej Królewskiej Mości. Kto jest oddany mnie, ten jest oddany Jego Wysokości królowi Francji.
- Dobrze. Przekonałeś mnie. Masz moją zgodę. Stwórz swoją gwardię i niechaj pilnuje ona porządku. Zaraz polecę memu sekretarzowi opracować stosowne dokumenty i podpiszę je. A ty możesz tworzyć te swoje oddziały.
Król wstał i ruszył ku drzwiom. Spostrzegł jednak, że Colgen nadal stoi i wpatruje się w niego.
- Masz jeszcze jakąś sprawę, kuzynie? - zapytał.
- Owszem - odpowiedział minister Colgen z uśmiechem na twarzy – Mianowicie, chodzi o liczbę żołnierzy w mojej gwardii.
- W tej sprawie daję ci wolną rękę. Zaciągnij do gwardii ilu chcesz, byleby tylko byli skuteczni - odpowiedział Ludwik XV.
- Będą skuteczni, mój panie - mruknął ten nędzny, fałszywy intrygant, kłaniając się przy tym nisko i robiąc bardzo tajemniczą minę - I to bardzo skuteczni. Zapewniam cię, Najjaśniejszy Panie, że będą.
I obaj udali się do kancelarii królewskiej.

***

- Znacie najnowsze nowiny? - zwrócił się Trechevile do Raula, Francois i Fryderyka, kiedy weszli do jego gabinetu.
- Masz na myśli, stryjku, tą wieść, że pani Helena de Saudier odrzuciła kolejnego łowcę posagów? - zapytał Raul - Bo jeśli o to ci chodzi, to nie jest to dla nas żadna nowość.
- Nie to mam na myśli - powiedział Trechevile, który nie miał tego dnia ochoty na żarty - To coś znacznie gorszego.
- Co? - zapytała jednocześnie cała trójka muszkieterów.
- Otóż król podpisał nominację na stworzenie nowej gwardii do pilnowania porządku w Paryżu i jego okolicach.
- Nowa gwardia? To już żandarmeria mu nie wystarczy? - zapytał Francois równie zdumiony, co jego kompan.
- To nie ja jestem królem i nie ja tu decyduję - odpowiedział Trechevile - Jednak fakt jest faktem, że gwardia pana Colgena powstaje i może nam narobić kłopotów.
- Colgena? - zapytał zdumiony Raul.
- Tak, Colgena.
- Tego ministra, którego niedawno uratowaliśmy? – spytał Fryderyk.
- Tego samego - potwierdził Trechevile - On to powołał tę gwardię do życia i on będzie nad nią panował.
- To chyba wszystko powinno być dobrze - rzekł Raul z lekkim powątpiewaniem w głosie.
Widocznie sam nie wierzył w to, co mówił, choć chciał za wszelką cenę dodać przyjaciołom otuchy.
- Tak myślisz?
Trechevile nigdy nie miał dobrego zdania o politykach.
- Ano, powinno. Minister Colgen wydaje się być całkiem przyzwoitym człowiekiem.
- Znałem dwóch przyzwoitych ludzi - mruknął Trechevile - Tylko, że potem jeden z nich okazał się mordercą, a drugi przywódcą jakieś okropnej sekty, którą to musieliśmy zniszczyć. I obaj wydawali mi się całkiem przyzwoici. Rzeczywistość była zupełnie, ale to zupełnie inna. Jak więc widzisz, pozory mylą, Raul. A prywatne magnackie gwardie, jakich tu pełno, są tylko solą w oku naszej ukochanej Francji. Niby to pilnują porządku, ale każda z nich tylko czeka na to, żeby zrobić jakąś rozróbę. Uwierz mi, wiem co mówię. Muszkieterowie króla Ludwika XIII musieli wiecznie walczyć z gwardią jego I ministra, kardynała Richelieu. Coś mi mówi, że wracają stare czasy, gdy ministrowie zaczynają rosnąć w potęgę na niekorzyść króla. Podejrzewam, że Colgen może mieć ambicje, żeby stać się nowym Fouquetem, a nasz Najjaśniejszy Pan nie robi nic, by mu w tym przeszkodzić.
- A co my możemy zrobić w tej sprawie? - zapytał Francois.
- Starać się nie wchodzić im w drogę. I nie wywoływać awantur w ich obecności - wyjaśnił swoim podwładnym Trechevile - Oni tylko na to czekają, aby móc was aresztować za burdy, chociaż sami nie są lepsi. Wiecie z jakich ludzi będzie się ta gwardia składać? Z samych wyrzutków społeczeństwa. Przestępcy, którzy wyszli z więzienia i są resocjalizowani przez naszego kochanego pana ministra. Cały zbiór hołoty i łotrów. Wiem, że właśnie takich mamy zwalczać, lecz jeśli Colgen promuje tę gwardię, to możemy mieć poważne problemy, jeśli zadrzemy z nimi. Starajcie się więc nie wchodzić im w drogę.
- Więc co mamy robić?! Pozwalać im popełniać zbrodnie? - zawołał zdumiony Raul.
- Skądże znowu - odpowiedział Trechevile - Przeszkadzajcie im w popełnianiu przestępstw, lecz unikajcie zwady z nimi. Lepiej składać na nich skargi.
- Sądy działają powoli - mruknął Fryderyk - A Colgen może nie przyjmować do wiadomości naszych skarg.
- Poza tym, bardziej niż sądom ufam mojej szpadzie - dodał Francois, który zawsze był skory do walki - Jest ona szybsza i o wiele bardziej skuteczniejsza niż jakikolwiek sąd na ziemi. Lepiej osądza łajdaków niż banda urzędasów, których notabene łatwo przekupić.
- Być może, ale pamiętajcie o tym, co wam powiedziałem. Starajcie się nie wywoływać awantur, jeśli łaska.
Muszkieterowie ukłonili się dowódcy i odeszli. Jak się nasi Czytelnicy mogą domyślać, od razu skierowali swoje kroki „Pod Złamana Szpadę”, żeby napić się trochę, dzień był bowiem upalny.
Usiedli więc przy stoliku i zaczęli powoli sączyć wino ze szklanek. We trójkę szybko je opróżnili, więc Raul poszedł zamówić następną butelkę. Wtem do karczmy weszło trzech ludzi o twarzach tak ohydnych oraz ordynarnych, że dziw brał, iż jeszcze ziemia się pod nimi nie zapadła. Zachowywali się bezczelnie i wulgarnie. Raul przyjrzał się im. Mieli na sobie czarne mundury z wyszytym na nich herbem. Herbem Colgena. Nie było więc wątpliwości, że to jego gwardziści. Porucznik szybko odwrócił wzrok i starał się nie zwracać uwagi na ich okropne zachowanie i złe maniery, lecz było to wyjątkowo trudne. Domagali się bardzo głośno wina, wrzeszcząc przy tym, tupiąc i przeklinając. Młodego muszkietera tak mocno to bulwersowało, że z trudem powstrzymał się od rzucenia na nich.
- Hej, wieśniaku! - odezwał się nagle ochrypły głos.
Raul obejrzał się. Za nim stał jeden z gwardzistów, właściciel ogromnej rudej czupryny i brody również w tym samym kolorze. Wyglądało na to, że mówił do niego.
- Tak, do ciebie mówię, gamoniu! - zawołał, wskazując Raula palcem - Mam do ciebie prośbę, a raczej polecenie.
- A jakież to polecenie? - zapytał Raul, czując, że nawet jeśli to jest prośba, to nie będzie ona miła.
- A takie, żebyś łaskawie wyniósł się z tej karczmy - odpowiedział gwardzista.
- Dlaczego?
- Ponieważ pan pochodzi stąd, skąd ja ludzi życzę sobie nie oglądać, czyli z Gaskonii.
- A w czym to panu przeszkadzają Gaskończycy?
- Ponieważ to wieśniacy. A wieśniaków ja nie znoszę.
- Obawiam się, że będziesz pan musiał ich znosić.
- To pan się będziesz musiał „wynosić”, a ściślej mówiąc, „będą” pana wynosić.
- Naprawdę?
- Tak. Bo jak z panem skończę, to nie będzie pan umiał utrzymać się na własnych nogach i pana wyniosą. A raczej, wyniosą to, co z pana zostanie.
- Niekoniecznie - Raul spojrzał się na niego ze złością - Może być i tak, że to pana wyniosą, ale do więzienia.
- Mnie?! Do więzienia?! - gwardzista miał żądzę mordu w oczach - Mnie będziesz więzieniem straszył, szczeniaku?! Czy ty wiesz, kto ja jestem?! Jestem pan Vinterie, oficer w gwardii Jego Wielmożności, ministra Colgena.
- A wiesz pan, kto ja jestem? - zapytał Raul, trzymając już rękę na rękojeści szpady.
- Nie wiem. Kim?
- To, mój szanowany panie, jest pan Raul Charmentall, porucznik muszkieterów Jego Królewskiej Mości Ludwika XV - Francois wtrącił się do rozmowy.
- A ty kim jesteś, młodziku, bo nie wyglądasz mi na Gaskończyka? - zapytał Vinterie.
- Jestem baron Francois de Morce, sierżant królewskich muszkieterów i przyjaciel tego „wieśniaka”, jak raczyłeś pan nazwać mego przyjaciela. A to pan Fryderyk de Saudier, nasz kompan. On również nie jest zadowolony z pana słów.
- I co z tego?
- To, że masz pan przeprosić pana Charmentall, bo jeżeli nie, to będziemy musieli zrobić panu krzywdę.
Vinterie ryknął śmiechem, zaś jego dwaj kompani, którzy cały czas siedzieli przy stole i sączyli wino.
- Krzywdę?! Mnie?! Cha, cha, cha! Śmiechu warte. Ty mnie chcesz zrobić krzywdę?! Coś mi się wydaje, że będę musiał szanownego pana nauczyć szacunku dla lepszych.
- Lepszych?! Ha! Chyba pan nie ma na myśli siebie, panie ładny! - zawołał Fryderyk.
- Jak się do mnie odzywasz?! - krzyknął zły jak osa Vinterie.
- Tak, jak się należy odzywać do takich nędzników jak ty! - odrzekł mu zadziornie de Morce.
- Ja nędznik?! Ja?! Jak śmiesz?! - ryknął Vinterie, wyrywając szpadę i atakując nią na Fryderyka.
W ostatniej chwili Francois zasłonił chłopaka i jednym zwinnym ruchem swej szpady wytrącił przeciwnikowi broń z ręki.
- Panowie! Gwałt tu nam czynią! Gwałt! Bić muszkieterów! - krzyknął Vinterie wołając swoich kolegów na pomoc.
Jego dwaj kompani natychmiast chwycili za szpady i zaatakowali naszych muszkieterów. Ci jednak byli już na to przygotowani. Francois i Fryderyk stanęli przed Raulem i rozpoczęli walkę. Mieli lekką przewagę, ponieważ ich przeciwnicy byli już mocno podchmieleni. Odpieranie ich ataków nie było więc czymś trudnym. Mimo wszystko należało się jednak mieć na baczności. Ostatecznie niejeden szermierz zginął dlatego, że zlekceważył on swego przeciwnika.
Tymczasem Vinterie podniósł z podłogi swoją szpadę i próbował zaatakować Francois ciosem w plecy. Raul na szczęście odbił jego cios.
- Ty wieśniaku! - ryknął jak wściekły buhaj Vinterie - Chciałem ci darować, ale teraz już przeciągnąłeś strunę mojej cierpliwości. Wyślę cię na spotkanie ze Stwórcą!
- Nie wiadomo, co komu pisane - odpowiedział mu Raul i zaczął odpierać jego ataki.
Walka trwała długo i zaciekle. Przeciwnicy byli rzeczywiście niezłymi szermierzami, nawet pijani byli groźni. Przydały się teraz te wszystkie lekcje, jakie muszkieterowie pobierali w akademii pana Trechevile. Bronili się z niebywałą precyzją. Fryderyk zaatakował z dużym spokojem i udało mu się pchnąć przeciwnika w ramię. Francois „obdarował” swojego przeciwnika serią groźnych pchnięć szpadą, że tamten niebawem leżał na podłodze z rozciętym udem. Na placu boju pozostali jeszcze Raul i Vinterie. Ten drugi nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić. Charmentall nie darmo był nazywany „najlepszą szpadą w akademii”. W szermierce był na tyle dobry, że wyraźnie bawił się swoim przeciwnikiem niczym kot myszą. Vinterie atakował coraz częściej, jednak Raul nic sobie z tych ataków nie robił. Jego ulubionym sposobem walki było jej unikanie. Wiedział, że przeciwnik jest pijany, szybciej się zdenerwuje i zmęczy, więc popełni prędzej czy później jakiś błąd.
Na razie jednak wcale się na to nie zanosiło. Vinterie z furią atakował, gdyż denerwowało go unikanie walki przez Raula, ale na razie jeszcze był ostrożny.
Czy on się w ogóle męczy, pomyślał Raul. Jak tak dalej pójdzie, to tu zginę z ręki tego nietolerancyjnego gbura.
- Jak długo masz zamiar przede mną uciekać, ty tchórzu?! - zawołał z kpiną Vinterie.
Raul bronił się zaciekle, odbijając ciosy szpady przeciwnika lub uskakując przed jego ciosami. W końcu jednak zrozumiał, że z tym przeciwnikiem można w ten sposób bardzo długo walczyć. Postanowił więc zakończyć tę walkę. Z determinacją natarł na pana Vinterie, ten zaś, pod naporem ciosów Raula zaczął się cofać. W pewnym momencie stawił jednak ostry opór. Walka nabrała tempa. Ciosy stawały się coraz częstsze i niebezpieczniejsze. Charmentall pozornie tylko uległ sile przeciwnika i cofnął się, przewracając przy tym na podłogę. Wykonał unik przed ciosem wroga i przetaczając się, chwycił swoją szpadę, którą upuścił w trakcie upadku. Złapał ją w ostatniej chwili i zdążył sparować cios przeciwnika, po czym wykonał unik przed ciosem szpadą wroga. Następnie powtarzać krok w krok atak, jakiego nauczył się niedawno podczas ćwiczeń z Trechevilem, wbił ostrze swojej szpady w pierś przeciwnika. Vinterie upadł na podłogę charcząc przy tym. Przez chwilę jeszcze drgał w licznych drgawkach, ale w końcu znieruchomiał.
Raul wstał na równe nogi, otrzepał ubranie i włożył kapelusz.
- I kto tu kogo posłał na spotkanie ze Stwórcą, co? - wydyszał patrząc wściekle na Vinterie.
Potem zwrócił się do karczmarza i rzekł:
- Czego się tak patrzysz? Wezwij doktora, niech ich opatrzy. A my wracajmy złożyć raport kapitanowi.
Jak powiedział, tak się stało. Karczmarz od razu pobiegł sprowadzić medyka, zaś nasi muszkieterowie udali się w swoją stronę. Wrócili do akademii i od razu udali się do gabinetu Trechevile’a, by opowiedzieć mu całą historię, nie pomijając przy tym najdrobniejszych szczegółów.
- Wiedziałem! Ja wiedziałem! Was na chwilę tylko z oczu spuścić, a od razu robicie rozróby! - krzyczał Trechevile - Nowa gwardia przybyła i już pierwszego dnia urzędowania ma trzech rannych. Pięknie! Bardzo pięknie! I jak się teraz z tego wszystkiego wytłumaczę?! Przecież Colgen poskarży się królowi na was. Oni mieli pilnować porządku, a wy im przeszkodziliście.
- Pilnować porządku?! Śmiechu warte! - zawołał oburzony Francois - Zachowywali się bezczelnie i wulgarnie! A tak w ogóle, to oni pierwsi zaczęli burdę, a nie my!
- Nie obchodzi mnie, kto zaczął, ale kto skończył! - zawołał Trechevile i nagle się uśmiechnął - Jak tam było? Mocno ich chociaż pocięliście?
- A jakże - zaśmiał się Raul.
- Raul z nas trzech okazał się najlepszy - zawołał Fryderyk.
- Potwierdzam to z przyjemnością - dodał Francois.
- Ach, przestańcie już, bo tu się zarumienię - powiedział Raul nieco zawstydzony komplementami swoich przyjaciół.
- A co, może nieprawda? - zapytał wesoło Francois - Spuściłeś manto temu Vinterie i to jak się patrzy. Pewnie łotr już puka do bram piekielnych.
- Brawo - powiedział wesoło Trechevile, ale zaraz spoważniał - No, a więc wiedzcie, że nie wolno tym draniom wchodzić w drogę. A jeżeli zaczną, to… - tu ściszył głos - To załatwcie ich dokładnie tak samo, jak dzisiaj, rozumiemy się?! - ostatnie słowa aż wykrzyknął.
- Tak jest! - odpowiedzieli chórem przyjaciele.
- No! A teraz odmaszerować!
Chłopcy wyszli z gabinetu kapitana, uśmiechając się. Wiedzieli bardzo dobrze, że kapitan Trechevile był dla swoich muszkieterów jak ojciec. Surowy, ale sprawiedliwy. Nigdy nikogo niepotrzebnie nie karał. Czasami wobec niektórych był aż nazbyt pobłażliwy. Dlatego wszyscy go lubili. On zaś lubił swoich żołnierzy. Poszliby za nim w ogień, tak samo jak on za nimi. Takim właśnie wodzem był Andre Trechevile.

1 komentarz:

Archie pisze...

No cóż, jak widać Colgenowi wcale nie udało się wychować i sprowadzić ze złej drogi tych wszystkich plugawych i wyjętych spod prawa łotrów, którymi podobno przez czas jakiś się zajmował, a zwerbował ich za pomocą tego psychola zapewne po to, by obalić króla i tym samym osiągnąć swój cel. Zaczynam odnosić wrażenie, że zdobycie większej władzy niż ta, którą mu dano, stanowi jego obsesję, bo widać, że jest gotów na dążenie po trupach do celu, byleby tylko osiągnąć to, co zamierzył. Żądza władzy po prostu go zaślepia i jestem pewien, że marnie skończy, jeśli się nie opamięta, choć trzeba przyznać, że jest człowiekiem honoru, skoro nie chce wyrządzić niczego złego muszkieterom, którzy ocalili go przed zbójami w lesie, o ile rzecz jasna nie będą wchodzić mu w drogę, bo wtedy pozbędzie się ich z zimną krwią, za pomocą tego psychopatycznego mordercy, którym z jednej strony pogardza, ale mimo to uważa za bardzo przydatnego człowieka, bo w końcu to on pomógł mu zwerbować bandę przestępców, z których uczynił swą własną, prywatną gwardię. Raul z pewnością przestałby uważać go za przyzwoitego człowieka, gdyby tylko dowiedział, że to on nasłał mordercę na jego rodziców i kazał mu zgładzić również jego samego.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...