piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 15

Rozdział XV

Raul walczy w obronie królowej i spotyka widmo

Muszkieterowie popędzali konie, lecz ścigający ich napastnicy zbliżali się do nich z zawrotną szybkością. Mieli oni nie tylko przewagę liczebną, ale również bardziej wypoczęte konie, zaś tych atutów niestety nie posiadali nasi dzielni rycerze, z czego doskonale zdawali sobie sprawę. Wiedzieli też, że jeśli jeszcze trochę potrwa ten pościg, to wówczas biedne zwierzęta, które mieli nieszczęście dosiadać, padną pod nimi. Przyjaciele zrozumieli więc jedno. Nie ma wyboru! Muszą stanąć do walki i zwyciężyć lub zginąć w obronie królowej.
Jej Królewska Mość również doskonale orientowała się w sytuacji. Na całe szczęście wiedziała, co należy zrobić w takiej sytuacji. Wyjęła szybko ze skrzyni dwa pistolety. Jeden wręczyła swej pokojówce, drugi chciała zatrzymać dla siebie. Odezwała się w niej bowiem bojowa polska krew i postanowiła, że nie podda się bez walki.
- Niech no tylko któryś z nich zbliży się do mnie! - zawołała tak głośno, aby muszkieterowie jadący obok jej karocy mogli ją usłyszeć - Niech tylko podejdą na odległość strzału, a wypalę im prosto w twarz! Przekonają się, co to znaczy zadzierać z królową Francji! Pochodzę ze szlachetnego rodu Leszczyńskich, a nikt z tego rodu nigdy nie poddawał się bez walki!
- Ależ Wasza Królewska Mość! - wykrzyknął przerażony Trechevile, jadący na tyle blisko, aby móc przemówić do władczyni - To jest przecież niemożliwe! Nie wolno Waszej Królewskiej Mości się tak narażać! Co król by na to powiedział, gdyby tak nasza królowa została zraniona? Co Francja pomyślałaby o nas, królewskich muszkieterach, gdybyśmy na to pozwolili? Okrylibyśmy się hańbą na wieki!
Królowa zawahała się słysząc jego słowa. Z ust kapitana królewskich muszkieterów płynęła sama mądrość oraz doświadczenie życiowe. Trudno było nie posłuchać jego argumentów, chociaż gorąca polska krew rodu Leszczyńskich nie dawała spokoju koronowanej głowie. W końcu jej ojciec był swego czasu królem Polski, a prócz tego pochodził ze znamienitego rodu, godnego najwyższych szacunków. Jej Wysokość Maria chciała więc okazać się być godną swego nazwiska. Mimo tego jednak błagalny wzrok kapitana muszkieterów oraz jego mądre słowa przekonały ją do zaniechania tego szalonego projektu, który przez chwilę zaświtał w jej głowie.
- No cóż… Na całe szczęście Laura dość dobrze strzela - powiedziała królowa nieco załamanym tonem - Ma pan rację, panie Trechevile. Cóż... Mój mąż byłby bardzo smutny i wściekły, gdyby mnie zraniono... Albo też nie daj Boże...
Tu Maria Leszczyńska urwała bojąc się dokończyć zdanie. Orientowała się, że zagrożenie było bardzo duże. Ścigający być może nie tylko chcieli ich obrabować ale również i zabić. Jej pokojówka, również jak i królowa pochodząca z Polski, najpierw obejrzała, potem przygotowała do oddania strzału dwa pistolety.
Muszkieterowie również szykowali się do walki, nie przestając jednak nadal uciekać.
- Mają przewagę liczebną! - zawołał Francois do przyjaciół.
- To nie liczebność daje zwycięstwo - mruknął Trechevile, jak zwykle potrafiący zimno i trzeźwo ocenić sytuację.
- Chyba nie, ale na pewno pomaga - powiedział Raul sceptycznym tonem.
- Święte słowa - zgodził się z nim Fryderyk.
- Dosyć tego gadania! Lepiej szykujcie szpady i pukawki - zakończył sprawę Trechevile iście wojskowym tonem.
- Ale ich jest co najmniej szesnastu, co daje kombinację czterech na jednego! - zawołał Francois, który był dobry z matematyki.
- Pomyłka - rzekł nagle kapitan, a następnie wymierzywszy pistolet w ścigających ich łotrów wypalił i strącił jednego z napastników z konia.
- Teraz jest co najmniej piętnastu – powiedział ze stoickim spokojem, jakby nic się nie stało.
- Marna pociecha - stwierdził ponuro Raul.
- Nie gadajcie tyle, tylko walczcie! - krzyknął Andre Trechevile, już mocno zdenerwowany gadaniną, jaka miała właśnie miejsce.
- Racja! - zawołał Francois i zastrzelił następnego zbója.
- Hej, ja też tak potrafię - dodał Fryderyk, któremu również udzielił się bojowy duch i poszedł w ślady przyjaciół.
- I ja też - rzekł Raul, po czym zabił następnego zbója.
- Teraz jest ich tylko dwunastu - zawołał Trechevile - Mamy większe szanse, bo jest po trzech na jednego.
- Racja! - zawołał Charmentall - To nieco polepsza naszą sytuację!
To mówiąc muszkieterowie pognali dalej przed siebie. Pędzili oni jak szaleni, ale przeciwnicy zaczęli ich doganiać. Byli coraz bliżej. Jeśli ktoś miał pomysł, to był już najwyższy czas, aby go wykorzystać.
- Słuchajcie, mam plan! - krzyknął Trechevile starając się przekrzyczeć huk pistoletów, z których strzelali do nich zbóje - Musimy się rozdzielić! Ja i Fryderyk odeprzemy atak, a wy dwaj zostańcie przy karecie i będziecie jej bronić! Jeśli polegniemy, wy jedźcie dalej!
- Nie zostawimy cię, stryjku! - okrzyknął Raul, akurat w chwili, kiedy kula odstrzeliła mu pióro z kapelusza.
- Musicie to zrobić, Raul! Od tego zależy los królowej! - odpowiedział kapitan tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Nie zrobimy tego! - poparł go Francois.
- To jest rozkaz! I lepiej go wykonajcie! - wrzasnął Trechevile.
Groźna mina kapitana przekonała porucznika i sierżanta, żeby się nie sprzeciwiali. Tak więc drużyna się rozdzieliła. Raul i Francois zostali przy karecie, zaś Trechevile w towarzystwie Fryderyka doskoczyli do zbójów. Jednocześnie wyjęli nabite jeszcze dwa pistolety i wypalili z nich. Z koni spadli kolejni przeciwnicy. Następnie w ruch poszły szpady. Dwaj dzielni muszkieterowie wskoczyli w sam środek oddziału i uderzyli we wrogów bez litości. Nie obchodziło ich, czy umrą, czy też przeżyją. Wszystko jedno! Ich życie nie stanowiło teraz dla nich żadnej wartości. Ważne było dla nich jedynie wykonanie zadania. Czuli na sobie spojrzenia króla i wszystkich Paryżan, co dodawało im sił do dalszej walki. Zadawali cięcia i pchnięcia swoimi rapierami ze wszystkich sił, jakie im pozostały. Rzucali się w wir walki byle się bić, byle osłabić przeciwników, dać szansę ucieczki dwójce muszkieterów osłaniających królową. „Jeszcze jednego, jeszcze kolejnego”, ta myśl kołatała im w głowie. Obaj walczyli niczym dwa lwy osaczone przez myśliwych. Byli groźnymi przeciwnikami. Jednak napastników było wielu, choć kilku z nich ubyło, zaś wielu z nich zostało rannych. W końcu Trechevile zleciał z konia pchnięty ostrzem w ramie, natomiast Fryderyk upadł na ziemię z przebitym bokiem. Żyli jeszcze, czuli jednak zbliżającą się śmierć. Byli na nią gotowi. Napastnicy chcieli ich dobić, lecz gdy doskoczyli do nich ze szpadami, zatrzymał ich głos dowódcy.
- Zostawić ich, niech się wykrwawią. Nie o nich nam chodzi. Gońmy karetę! Nie mogli daleko odjechać.
Ruszyli więc dalej, pozostawiając rannych własnemu losowi. Kiedy zniknęli za zakrętem Trechevile, cały czas trzymając się za zranione ramię wstał i pomógł się podnieść Fryderykowi.
- W porządku, chłopcze? - zapytał z troską w głosie.
- Tak - odpowiedział Fryderyk trzymając się za żebra - Trafili mnie tylko lekko w bok, nic mi nie jest.
- To dobrze. Musimy ich ścigać, Raul i Francois mogą potrzebować naszej pomocy.
- No, to w drogę.
Wskoczyli więc na konie i pomimo tego, że byli ranni i osłabienie upływem krwi ruszyli na pomoc swoim przyjaciołom.
Tymczasem oddział Febre’a niebezpiecznie doganiał już karetę. Raul i Francois popędzali swe konie jak tylko mogli, ale niewiele to dało. Łotry te były coraz bliżej. Padły kolejne strzały. Muszkieterowie odpowiedzieli ogniem. Strącili z konia jednego z napastników. Niestety, w ferworze walki padł również wierzchowiec Raula. Dzielny Charmentall nie poddawał się jednak. Gdy zbliżył się do niego jeden z łotrów chwycił go za rękę, strącił z konia i zabił, po czym wskoczył na zdobytego w ten sposób rumaka, a następnie dogonił karetę. Tam zaś walka trwała w najlepsze. Francois odpierał ataki aż dwóch przeciwników na raz. Jeden napastnik szarpał się zaś ze stangretem, który zadawał mu ciosy batem. Innego bandytę z kolei postrzeliła pokojówka królowej, Laura.
Z boku przed dwoma przeciwnikami szamotał się Francois, jednak z pomocą dojechał do niego Raul. W siodle zdobycznego konia znalazł dwa nabite pistoletu, z których postanowił zrobić użytek i uratować swego przyjaciela. Jednym celnym strzałem strącił z konia jednego z napastników atakujących Francoisa. Z drugim zaś pan baron de Morce już sobie sam świetnie poradził.
Napastnicy nadal nie wycofywali się. Jeden z nich wskoczył na dach karety i próbował wejść do środka. Raul jednak skoczył za nim. Obaj przeciwnicy chwycili za szpady i rozpoczęli zacięty pojedynek tym trudniejszy, że musieli jednocześnie utrzymać równowagę, aby nie zlecieć z dachu królewskiej karocy. Gwardzista nacierał groźnie, jednak Charmentall z łatwością odpierał jego ataki. Nagle ni stąd, ni zowąd upadł plackiem na dach karety. Zbój złośliwie się zaśmiał i już szykował się do zadania ciosu, gdy zwisająca gałąź drzewa, obok którego przejeżdżali, uderzyła go w potylicę. Oszołomiony upadł na dach karety, gdzie Raul przebił mu szpadą pierś. Następnie strąciwszy jego martwe ciało, przeskoczył na konia, szybko i sprawnie. Spostrzegłszy zaś w oddali siedzącego na koniu dowódcę ruszył na niego.
- Broń się, łotrze! - krzyknął do niego.
Dowódca napastników wyrwał szpadę i natarł na Raula. Rozpoczęła się wówczas zacięta walka. Obaj byli świetnymi szermierzami. Zbój nacierał, Charmentall jednak pamiętając o instrukcjach Andre Trechevile’a skupił się jedynie na odpieraniu ataków przeciwnika. Z takim łotrem nie było to jednak aż takie proste. Wydawało się, że zna on wszystkie możliwe fortele szermiercze, więc Raul musiał się mieć na baczności. W końcu chłopak postanowił wykorzystać sztuczkę, której nauczył się jeszcze w dzieciństwie. Udając, że spada z siodła uchylił się na bok i ciął napastnika przez żebra. Łotr złapał się za ranę i znów natarł, teraz jednak chłopak przeciął mu popręg w siodle i przeciwnik zleciał na ziemię. Raul zaś zeskoczył za nim ze sztyletem w ręku. Rozpoczęła się ostra szamotanina. W końcu jednak Charmentall znalazł się na górze. Przycisnął przeciwnika kolanami do ziemi, chwycił sztylet i wymierzył cios. Nagle dostrzegł bliznę na jego policzku. Zauważył również długie włosy szczelnie zasłaniające mu ucho w taki sposób, jakby ten człowiek chciał coś ukryć. Odsłonił je i wówczas dostrzegł, że jego przeciwnik nie ma połowy ucha.
- To niemożliwe - wydyszał zdumiony - To ty!
Napastnik jednak korzystając z nieuwagi młodzieńca zadał mu cios nogami w plecy i strącił go z siebie. Następnie wskoczył na konia i rzucił się do ucieczki.
- Stój, łotrze! Stój, bo strzelam! - krzyknął wściekle Raul i wypalił do uciekającego z pistoletu.
Kula strąciła napastnikowi kapelusz z głowy, jemu samemu nie robiąc wielkiej szkody. Raul patrzył ze wściekłością na uciekającego człowieka w czerni.
- Dopadnę cię jeszcze, łajdaku! Dopadnę cię i zabiję! Odnalazłem cię po dwudziestu latach, więc odnajdę cię ponownie! Choćby miało mi to zająć resztę życia! Nie umkniesz mi!
Wpatrywał się w jego niknącą za drzewami postać i wyszeptał już sam do siebie:
- Odnajdę cię. Odnajdę.
Widząc ucieczkę swego dowódcy, pozostali trzej gwardziści udający zbójów rzucili się do ucieczki. Po chwili nie było po nich śladu.
- Uciekli! - wołał radośnie Francois - Nasza Viktoria!
Raul nie słuchał go jednak. Oczami jeszcze wypatrywał zarysu postaci człowieka w czerni, którym właśnie mu umknął.
- Co ci jest, Raul? - zapytał Francois z troską.
Chłopak nie odpowiedział mu jednak, ale dalej patrzył w stronę, w której zniknął właśnie człowiek w czerni.
Chwilę później podjechali konno Andre Trechevile oraz Fryderyk de Saudier. Francois opowiedział im krótko, co się wydarzyło. Raul zaś, kiedy tylko zobaczył kapitana, podbiegł do niego i zawołał:
- Stryjku! Stryjku Andre! To był on! Widziałem go! To był on! To on dowodził tymi ludźmi!
- Ale kto? - zapytał zdumiony Trechevile - O kim ty mówisz, mój chłopcze? Kto dowodził tymi ludzi?
- Co za on? - dodał równie zdziwiony Fryderyk.
- On! Człowiek w czerni! Morderca mego ojca!
Trechevile był tym faktem co najmniej zdumiony, żeby nie powiedzieć wręcz, przerażony.
- Jesteś pewien? - zapytał.
- Absolutnie! To był na pewno on! Widziałem jego bliznę z tamtych czasów! Do tego nie miał połowy ucha! Nie mam żadnych wątpliwości! To jest ten łotr! Morderca moich rodziców!
- A niech to diabli! - zawołał Trechevile, kopiąc ze złości ziemię - Mieliśmy już go w garści i znów nam się wymknął. Jak to możliwe?!
- Może później się nad tym zastanowimy - zaproponował Fryderyk - Bo wydaje mi się, że królowa chciałaby już kontynuować podróż. Lepiej jedźmy już do celu naszej wyprawy.
- Racja. Porozmawiamy o tym później - rzekł kapitan, ocierając sobie powoli pot z czoła - Teraz wszystkim nam przyda się medyk i wypoczynek. W drogę!

1 komentarz:

Archie pisze...

Trechevile to naprawdę opanowany człowiek, potrafiący w każdej sytuacji zachować trzeźwe myślenie i zimną krew, dzięki czemu jest tak znakomitym dowódcą, bo zawsze umiejętnie potrafi pokierować swoim oddziałem. Gdyby Raul nie odkrył, że Febre jest mordercą jego rodziców i tak się tym nie zaszokował, że dał mu tym samym szansę na ucieczkę, to wówczas udałoby mu się pomścić śmierć rodziców, a tak to temu nikczemnemu łotrowi udało się ujść bezkarnie z pola walki, ale jestem pewien, że Raul jeszcze go dopadnie w swoje ręce, a wówczas sprawiedliwości stanie się zadość.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...