piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 17

Rozdział XVII

Wspomnienia pana Charmentall

Ojciec i syn ćwiczyli razem szermierkę przed swym domem. Uzbrojeni w tępe szpady służące do treningów zadawali sobie nawzajem pchnięcia, rzecz jasna nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy. Chłopak, zaledwie sześcioletni, doskonale władał już szpadą, oczywiście jak na swój wiek. Bardzo chętnie też poszerzał swoją wiedzę w tej dziedzinie. Mógł ćwiczyć godzinami, gdyż każdy kolejny pojedynek z ojcem pomagał mu doskonalić swoje umiejętności.
- Brawo, synu, jeszcze raz, bardzo dobrze! Brawo, tak trzymaj! - tak oto ojciec chwalił swojego syna.
Chłopiec radośnie przyjmował pochwały i tym chętniej odpierał ciosy a sam nawet starał się je zadawać. Na końcu „pojedynku” udało mu się i przyłożył ostrze swej szpady do piersi ojca.
- Świetnie, synu - powiedział pan Charmentall, nie ukrywając radości - Coraz lepiej walczysz. Niedługo ci już będę w stanie dorównać, mój chłopcze.
- Gaston! Raul! Obiad!
To z ganku ich małej wiejskiej posiadłości wołała męża i syna pani Charmentall.
Obaj panowie oblizali się zadowoleni na myśl o jadle, jakie na nich czekało i ruszyli spokojnie w stronę domu.
- Ojcze, czy ja też będę kiedyś muszkieterem? - zapytał Raul.
- Oczywiście, że tak, synu - odpowiedział radośnie synowi pan Gaston - Musisz tylko dużo ćwiczyć i nigdy się nie poddawać. No i koniecznie musisz mieć swój kodeks honorowy.
- Kodeks honorowy? - spytał zainteresowany słowami ojca chłopiec.
- Tak, mój synu. Każdy muszkieter ma swój kodeks honorowy, którego się trzyma.
- I co mu ten kodeks nakazuje?
- No cóż - pomyślał chwilę ojciec, nim udzielił odpowiedzi - Przede wszystkim wierną służbę królowi.
- I co jeszcze?
- Walkę z niesprawiedliwością i złem tego świata. Dbanie o bliskich, pomagania słabszym, wierność przyjaciołom, a także opiekę nad damami.
- Damami? A po co muszkieterowi dama?
Ojciec słysząc pytanie syna wybuchnął śmiechem
- Widzisz, synu. Jakby muszkieterowie nie mieli swoich dam, to nie mieliby oni też synów, którzy by po nich dziedziczyli. Ale pamiętaj, mój chłopcze. Dama to nie jest tylko żona czy ukochana. To także matka, córka, kuzynka…
- Albo siostra - odezwał się nagle piskliwy głosik.
Na ganku, tuż przy mamie, stała mała oraz bardzo urocza czteroletnia dziewczynka, panienka Izabella Charmentall.
- Albo siostra - dokończył wesołym tonem ojciec.
- Czyli ja też jestem taką damą? - zapytała mała.
Ojciec i syn zaśmiali się słysząc to pytanie.
- No, na razie jeszcze jesteś małą damą - wyjaśnił jej ojciec, biorąc ją na ręce i całując w policzek - Ale kiedyś…
- Jak już będę duża, to też będą o mnie walczyć rycerze? - spytała z nadzieją w głosie mała Izabella.
- Oczywiście, kochanie. Oczywiście.
- A braciszek też będzie o mnie walczył? - dziewczynka spojrzała na Raula pytająco.
Raul zaśmiał się. Nie przyszło mu nigdy do głowy, aby kiedykolwiek walczyć o swoją siostrzyczkę. Ponieważ jednak bardzo ją kochał i nie chciał jej robić przykrości, odpowiedział:
- Będę walczył z każdym, kto cię skrzywdzi. Aż do utraty sił.
Mała Izabella, gdy ojciec wypuścił ją z objęć, rzuciła się bratu na szyję i czule go ucałowała.
- Co do sił, to na pewno je utracisz, jak nie będziesz jadł - odezwała się matka, zastawiając stół przed domem i dodając: - Zjedzmy wszyscy na świeżym powietrzu, dobrze?
- Wspaniały pomysł - odpowiedzieli chórem ojciec i jego dzieci.
Cała rodzina usiadła przy stole.
- Nie zaczekamy na Trechevile’a ? - zapytał pan Charmentall.
- Jak go znam, to przyjedzie tu dopiero wieczorem. Chyba nie każesz dzieciom umierać z głodu do tego czasu? - mruknęła pani Charmentall na propozycje męża.
- Nie, skądże. Jednakże, to mój przyjaciel.
- Wiem o tym. I zawsze jest tutaj mile widziany.
Wtem usłyszano tętent końskich kopyt.
- O, to pewnie Andre - powiedział pan Charmentall.
- Ale chyba z kompanią, bo słyszę co najmniej kilka koni - dodała pani Charmentall wytężając słuch.
- Nic nie szkodzi - Gaston nie tracił dobrego humoru - Im nas więcej, tym weselej.
Po chwili tajemniczy jeźdźcy wjechali na podwórko. Nie był to jednak pan Andre Trechevile, ani też nikt z muszkieterów. Byli to ludzie o niezbyt sympatycznych wyglądach. Ich przywódca wyglądał zaś wręcz złowrogo. Ubrany na czarno, o kruczoczarnych włosach i twarzy, na której malowała się nienawiść.
- Witam panów i zapraszam na skromny posiłek - rzekł uprzejmym tonem Gaston Charmentall wskazując ręką stół zastawiony do obiadu.
- Dziękuję, ale niestety nie mogę przyjąć tego zaproszenia. Przywiodła mnie tutaj służba, gdyż wykonuję rozkazy mojego pana, wielmożnego ministra Colgena - odpowiedział przywódca jeźdźców.
- Słucham więc.
- Pan Gaston Charmentall? - zapytał jeden z ludzi.
- Tak. To ja.
- Oficer królewskich muszkieterów w stanie spoczynku?
- Tak, dlaczego pan pyta?
- Ponieważ chcę się upewnić, czy to o pana nam chodzi - odpowiedział zapytany.
- Więc już się upewniliście. I cóż z tego? Na Boga, mówcie wreszcie, w czym rzecz!
Człowiek, który zadawał pytania, wyjął nagle zza pazuchy pismo, po czym rozwinął je i zaczął je czytać.

Pan Gaston Charmentall, były porucznik królewskich muszkieterów, jest oskarżony o uchylanie się od płacenia podatków już od ponad pięciu lat, co podlega aresztowaniu i konfiskacie dóbr materialnych. Ponadto istnieje podejrzenie o notoryczne łamanie zakazu pojedynkowania się, co jest również poważnym oskarżeniem, zważywszy na fakt, iż jest to wyraźne ignorowanie zarządzeń króla, miłościwie nam panującego Ludwika XIV.
Ponieważ jednak, ze względu na dawne zasługi pana Charmentall, Jego Królewska Wysokość daruje mu one pojedynki, dodając do tego okoliczności łagodzące, spowodowane tym, że w ich wyniku nikt nie zginął, a także nie były one wywoływane przez niego. Jednakże pan Gaston musi zapłacić zaległy podatek w wysokości 10 000 liwrów, z zastrzeżeniem, że jeśli tego nie zrobi, wszystko co posiada zostanie przejęte przez skarb państwa.

Podpisano:
Jean Pierre Colgen
Minister Królewski

Charmentallowie patrzyli przerażeni na tajemniczych jeźdźców. Nie mogli w to wszystko uwierzyć. Przecież płacili podatki. Urzędnicy z całą pewnością je otrzymywali, a jeżeli nie przekazywali ich władcy, to oni – Charmentallowie nie mogą za to odpowiadać! Gaston próbował wyjaśnić to dowódcy jeźdźców dowódcy jeźdźców, jednak ten odparł, że urzędnik, któremu „niby” to płacili pieniądze, nigdy ich nie otrzymał. Więc niech lepiej teraz zapłacą, gdyż w przeciwnym wypadku mogą mieć tylko kłopoty. Pan Gaston próbował tłumaczyć, że nie ma przy sobie aż takiej sumy. Jego wyjaśnienie wywołało śmiech wśród niespodziewanych „gości”.
- Świetna bajeczka, panie Charmentall - odparł na to z kpiną w głosie dowódca jeźdźców - Ale chyba nie sądzi pan, że w nią uwierzymy.
- To nie bajeczka! To jest prawda!
- Z pańskiego punktu widzenia. My mamy inny. Przypuszczam, że pan po prostu łże.
- Mój ojciec nigdy nie kłamie! - krzyknął gniewnie Raul, robiąc krok w kierunku jeźdźców.
- Mówi, że zapłacił podatek a nie może tego udowodnić. Więc kłamie! A ponieważ kłamie, to jest więc kłamcą - rzekł dowódca jeźdźców do Raula bardzo groźnym tonem.
Pan Gaston był oburzony.
- Natychmiast wynoś się z mojego domu! - krzyknął do przywódcy jeźdźców.
- Zrobię to, ale najpierw zapłać podatek.
- Już ci mówiłem, płaciłem królowi uczciwie. Więcej zapłacić już nie mogę. Mam resztki pieniędzy. Jeśli zapłacę, grozi nam głód.
- To straszne, ale nie wiele mnie to obchodzi. Płać albo wylądujesz w Bastylii, zaś twoje dobra zostaną skonfiskowane.
- Ty mi grozisz Bastylią?! Ty śmiesz mi grozić konfiskatą dóbr? Mnie?! Byłemu oficerowi królewskich muszkieterów?!
- Tak, właśnie tobie śmiem grozić, panie Charmentall. I nie krzycz na mnie, bo nic ci to nie pomoże. Powiedziałem ci. Płać albo wylądujesz w Bastylii. A wiesz, jak tam traktuje się złodziei.
- Nie jestem złodziejem, tylko dłużnikiem.
- To jedno i to samo. A propos, gdzie jest Trechevile?
Gaston Charmentall doskonale wiedział, że jeśli tajemniczy dowódca jeźdźców pyta o jego najlepszego przyjaciela, to nie wróży to nic dobrego. Udawał więc, że nie wie, o kogo mu chodzi.
- Trechevile? Jaki Trechevile? Nie wiem o kim mówisz.
- Dobrze wiesz, człowieku! Służyliście razem w jednej kompanii, a prócz tego byliście przyjaciółmi, a ty mi śmiesz teraz mówić, że nie wiesz, o kim mówię?
- Nie ma go tu - warknął pan Charmentall.
- Czyżby? Mówiono mi co innego.
- Przesłyszałeś się.
- No proszę - zakpił sobie dowódca, zsiadając z konia - Nie dość, że złodziej i kłamca, to jeszcze bezczelny.
Następnie łotr chwycił za szpadę. Pan Gaston nie pozostał mu dłużny i chwycił za swoją. Lecz nie tę służącą do ćwiczeń, lecz tę prawdziwą, którą zawsze nosił u swego boku i którą przed lekcją z synem odłożył na stół. Rozpoczął się pojedynek. Obaj przeciwnicy zaciekle się atakowali. Raul patrzył na walkę z przerażeniem, Izabella piszczała, zaś pani Charmentall widząc, jak jeden z jeźdźców mierzy do jej męża z pistoletu, rzuciła się z krzykiem, aby go zasłonić. Padł strzał. Kula trafiła kobietę prosto w serce.
Pan Charmentall spojrzał na to ze zgrozą oraz przerażeniem. Bardzo kochał żonę, także widok jej śmierci sprawił, że stracił na chwilę orientację w pojedynku. Dowódca jeźdźców wykorzystał tę okazję, aby przebić go szpadą. Rozległ się krzyk Izabelli, która przerażona tuliła się do brata.
Dowódca zbliżył się do umierającego i rzekł:
- Ona nie miała zginąć. Jej nie chciałem zabijać. To nie moja wina.
Śmiertelnie ranny Charmentall spojrzał na niego i wyszeptał:
- Bądź przeklęty, nędzniku.
I skonał.
Dowódca odsunął wzrok od trupa i rozmyślał przez chwilę, po czym rzekł:
- Musimy, chłopcy, jakoś zrekompensować sobie tę poważną stratę. I chyba nawet wiem, jak to zrobimy. Bierzcie tę małą!
Dziewczynka jeszcze bardziej przytuliła się do brata. Niestety nic to nie dało. Jeźdźcy siłą wydarli dziewczynkę bratu. Dowódca wsadził ją na swojego konia.
- Braciszku! Ratuj! - krzyknęła rozpaczliwie mała Izabella.
Raul szybkim krokiem podbiegł do dowódcy i zaczął go szarpać.
- Puść ją! Zostaw moją siostrę! - krzyknął.
Człowiek w czerni go odepchnął od siebie.
- Precz, szczeniaku albo skończysz jak twój ojciec! - warknął.
Raul jednak podbiegł do niego ponownie, złapał go za nogi i z całej siły powalił na ziemię, po czym nim człowiek w czerni zdążył zareagować chłopiec wyrwał mu zza pasa sztylet i uderzył nim na oślep. Cios był na tyle mocny i skuteczny, że przeciął policzek napastnika i odrąbał mu zarazem kawałek jego ucha. Człowiek w czerni ryknął z bólu i zepchnął chłopca z siebie. Mały Charmentall patrzył na niego ze mściwością w oczach.
- Naznaczyłem cię, ty podły łotrze! - krzyknął - Naznaczyłem cię i zapamiętam. Zapamiętam i dopadnę. Nigdzie się przede mną nie ukryjesz, bo ślad na twojej twarzy będzie dla mnie znakiem rozpoznawczym. I gdy nadejdzie czas dopadnę cię. Dopadnę cię i zabiję!
Rozwścieczony jego słowami człowiek w czerni kopnął go, po czym wbił swoją szpadę w brzuch chłopczyka.
- No i co teraz, szczeniaku? - zawołał ze mściwą satysfakcją - Jak mnie chcesz teraz dopaść? Martwy?
- Raul! - krzyczała Izabella.
- Jedziemy! - zawołał dowódca do swoich ludzi i odjechali.
Zatrzymali się przed bramą. Dowódca zbliżył się do człowieka, który zabił panią Charmentall.
- Powiedz mi jedno, człowieku. Czemu zabiłeś tę kobietę? Przecież nie taki był rozkaz - zapytał.
- Sama podeszła mi pod kulę. Ja jej nie chciałem trafić. Celowałem w tego durnia - tłumaczył się podwładny.
- A czy ja ci kazałem to robić?! – ryknął wściekły dowódca - Sam bym sobie z nim poradził.
- Wiem o tym, mój panie. Ale chciałem tylko się zasłużyć.
- No i się zasłużyłeś - rzekł dowódca.
Następnie wyjął on pistolet i wypalił swemu podwładnemu prosto w twarz, zabijając go na miejscu.
- Zasłużyłeś na kulę w łeb! - zawołał - I na taką nagrodę zasłuży sobie każdy z was, jeśli także samo będzie ignorował moje polecenia! Czy to rozumiecie?! A teraz jazda!

***

Trechevile zjawił się dopiero wieczorem. Zastał już tylko pobojowisko. Przeraził się, gdy je zobaczył.
- Co tu się stało? - zapytał sam siebie - To straszne.
Podchodził po kolei do każdego ciała i sprawdził je. Nikt nie przeżył. Zginęła cała rodzina. Cała? Nie... Pośród trupów nie było ciała Izabelli. Gdzie ona jest? Dlaczego jej tu nie ma? To wszystko było bardzo dziwne.
Nagle Andre Trechevile spostrzegł leżącego na ziemi małego Raula. Zobaczył, że on jeszcze oddycha. Rana, którą mu zadał człowiek w czerni, nie była groźna dla życia. Muszkieter podniósł chłopca z ziemi i przytulił go do piersi. Zapłakany i z krwawiącym sercem tulił dziecko do siebie powtarzając:
- Nie martw się chłopcze, jestem przy tobie. Jestem przy tobie i zawsze będę.
- Mój ojciec... Moja mama... - szeptał Raul - Oni nie żyją... Oni nie żyją... A Bella... Ona... Porwali ją.... Porwali...
- Ciii... Rozumiem, mój biedaku. Ale spokojnie. Twoi rodzice nie żyją, ale wszak ty żyjesz. I będziesz jeszcze długo żył. Na tyle długo, by ich pomścić.
- Odnajdę go! Odnajdę tego człowieka w czerni! Naznaczyłem go nim uciekł! Poznam go choćby i w piekle! Odnajdę go i zabiję!
Trechevile podniósł się i jeszcze mocniej go przytulił.
- Nie bój się, Raul. Nie bój się. Teraz ja się tobą zajmę.

***

Trechevile zaopiekował się chłopcem i zajął się jego wychowaniem. Był dla niego niczym rodzony ojciec. Opiekował się nim, szkolił, uczył jak zostać muszkieterem i zarazem szlachetnym człowiekiem. Nie pozwolił też na to, aby chłopiec myślał jedynie o zemścić. Wprawdzie Raul pamiętał o wydarzeniach, które zniszczyły mu rodzinę, ale pragnienie zemsty nie stało się jego obsesją. Dzięki Trechevilowi młodzieniec stał się szlachetnym człowiekiem. Jemu także zawdzięczał swoją mądrość i rozwagę, które to cechy ma do dnia, w którym toczy się akcja naszej historii.
Teraz zaś, ponieważ już znamy tę historię, pozwolą Czytelnicy, że wrócimy do teraźniejszości i udamy się za panem Trechevile w pewne bardzo ponure miejsce.

1 komentarz:

Archie pisze...

A zatem ci nędznicy nie dość, że zabili Raulowi rodziców, to jeszcze na dodatek porwali i uprowadzili jego ukochaną młodszą siostrę. Stracił ją zupełnie tak, jak Francois swego brata, o którym również słuch wszelki zaginął. Raul już od najmłodszych lat był bardzo bitny i odważny i mimo, że miał zaledwie sześć lat, zachowywał się zupełnie tak, jakby był dorosły. W ogóle nie przeląkł się złoczyńców, tylko stanął w obronie rodziców i siostry. Szkoda tylko, że na niewiele się to zdało, bo i tak ich utracił, ale przynajmniej zdołał zranić tego nikczemnego prowodyra, dzięki czemu udało mu się go po latach rozpoznać, skoro pozostawił mu na twarzy bliznę i pozbawił ucha. Kto by pomyślał, że sześciolatek okaże się zdolny do takiego czynu. Nic dziwnego, że tak trudno dorównać mu w walce, skoro już jako dziecko był zdolny do bohaterskich czynów i wiedział, jak należy posługiwać się bronią.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...