Rozdział V
W którym poznajemy Jego Wielmożność ministra Colgena i kilka osobistości z jego prywatnego otoczenia
W którym poznajemy Jego Wielmożność ministra Colgena i kilka osobistości z jego prywatnego otoczenia
W pewien listopadowy poniedziałek minister Jean Pierre Colgen obudził się wyspany i gotów do działania. Dzień był piękny i słoneczny. Pan Colgen uważał, że bycie ministrem to wyjątkowo ciężkie zajęcie, a przy tym niezwykle odpowiedzialne. Co prawda, trudno nam stwierdzić z całą pewnością, żeby praca na dworze króla należała do bardzo męczących. Pan minister jednak tak uważał i to sprawiało, iż czuł pogardę dla innych, którzy nie szli w jego ślady. Zwykł mawiać, iż na dworze Jego Wysokości Ludwika XV tylko on jeden pracuje, reszta zaś tylko i wyłącznie się obija. Choć brzmiało to jak chwalenie się, to jednak Colgen miał pewne powody, aby tak mówić. Był on wszak zarazem ministrem Policji i Skarbu, dwóch najważniejszych funkcji w całym kraju. Już jedna z tych funkcji, jakie pełnił, należała do odpowiedzialnych, a cóż dopiero dwie. Poza tym było to dość męczące, bo w końcu siedzenie na dwóch krzesłach ministerialnych mogło spowodować odciski na wiadomej części ciała, której nazwy tu przez grzeczność tu nie przytoczymy. Bądź co bądź u ministra na szacunek zasługiwali tylko ludzie odważni albo oddani swemu zawodowi tak jak on. I tylko tacy, którzy swoje życie poświęcili szczytnemu celowi, jakim jest praca od świtu do zmierzchu. Według pana ministra należało pracować do zachodu słońca, nie krócej. Sam spełniał ten warunek skrupulatnie, dzięki czemu zaskarbił sobie szacunek władcy Francji. Co prawda złośliwi mu wytykali, że tylko przez wzgląd na swoje pokrewieństwo król mianował go ministrem tych dwóch resortów, bo zwierzchność nad nimi powinni sprawować dwaj różni, nie związani ze sobą ludzie. On jednak tym się nie przejmował. Wiedział jaka jest prawda i to mu wystarczyło.
Ale my tu ciągle mówimy o pracy, a przecież Czytelników zapewne ciekawi wygląd naszego bohatera. Opiszemy go więc. Jean Pierre Colgen był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, o czarnych włosach przyprószonych siwizną, oczach szarych, niegdyś błyszczących błękitem, posiadającym mały i skromny czarny wąs oraz lekkie zmarszczki na twarzy. Był dość przystojnym mężczyzną. Z jego twarzy biła surowość połączona z dobrocią. Jednak gdy ktoś mu się dobrze przyjrzał, mógł zobaczyć diabelskie ogniki ukryte w oczach. Był więc drobny problem z dokładnym rozszyfrowaniem znaczenia owych ogników. Nawet ten, kto znał Colgena bardzo dobrze, nie mógł wiedzieć, co kryło się w jego duszy. To wiedział tylko on sam. A krył się w tej duszy projekt misternie skonstruowanego planu. Miał on odmienić na zawsze losy pana ministra oraz bliskich mu osób. Ci, którzy pomogą mu zrealizować ten plan, będą nagrodzeni po stokroć za swoją pomoc. Ale o tym Czytelnicy się teraz nie dowiedzą, bo mógłby znudzić się taką książką, w której wszystko się wyjaśnia już w pierwszych rozdziałach. Zachowajmy więc to w tajemnicy, aż do chwili, gdy wyjawienie tego będzie konieczne.
Minister Colgen niekiedy dziwnie się zachowywał. Potrafił godzinami przeglądać akta kancelarii królewskiej (do której miał zresztą swobodny dostęp). Zachowywał się tak, jakby szukał czegoś niezmiernie ważnego. Cokolwiek to było, nikt nie miał pojęcia o celu jego poszukiwań. Nieraz zamykał się w swoim gabinecie i przesiadywał tam planując różne reformy i zmiany w rządzeniu państwem. Często przyjmował też u siebie w swoim pięknym domku, znajdującym się o pół drogi od Paryża, gości o lepszej lub gorszej reputacji. Powszechnie wszyscy wiedzieli, że minister prowadził między innymi program resocjalizacji niektórych więźniów, dając im szansę na lepsze życie. Przyjmował u siebie różnych skazańców, którzy po opuszczeniu więzienia chcieli coś zmienić w swoim życiu. Minister dawał im trochę pieniędzy i załatwiał znalezienie nowego zajęcia. Dzięki takim ułatwieniom przestępcy mogli pracą odkupić swoje poprzednie złe uczynki. Czy z tego korzystali czy nie, to już inna kwestia.
To tyle jeśli chodziło o ludzi posiadających gorszą reputację. Teraz o tych, którzy mieli lepszą opinię. Byli to arystokraci, którzy ułatwiali mu transakcje finansowe, dzięki którym jego majątek kilkakrotnie powiększył się. Tych swoich (jak ich nazywał) „interesantów” przyjmował u siebie w niedzielę. Bowiem tylko w tym dniu przebywał w domu. Pozostałe sześć dni tygodnia spędzał w Wersalu, u króla. Tam miał swój gabinet i wszystko, co niezbędne do wypełniania swych obowiązków. Król lubił mieć Colgena przy sobie. Minister miewał świetne pomysły, genialne plany reform, a przy okazji, jako kuzyn króla jegomości potrafił jako jedyny w pełni zrealizować królewskie oczekiwania. Mało kto urządzał równie piękne bale, przyjęcia i polowania, które uwielbiał młody, zaledwie szesnastoletni Ludwik XV.
Królowa Maria Leszczyńska, królewska małżonka, nie darzyła pana ministra sympatią, gdyż jak mówiła: „źle mu z oczu patrzy” i zarzucała mu również zły wpływ na charakter młodego króla Francji. Twierdziła, że Colgen odciąga króla od jego obowiązków publicznych i napełnia mu głowę błahostkami, zamiast uczyć go sztuki rządzenia państwem. Mimo tej niezbyt pochlebnej opinii Jean Pierre Colgen cieszył się wielką sympatią króla, szacunkiem innych ministrów, a także zazdrością przeciwników politycznych. Tym ostatnim najmniej się przejmował. Wierzył, tak jak Richelieu, że musi strzec się przyjaciół, bo z wrogami sam da sobie radę i nadal robił swoje.
A jak wyglądał zwykły dzień pana ministra Colgena? Już wyjaśniamy. Otóż wstawał wcześnie rano, ubierał się, szedł do kancelarii królewskiej, przeglądał papiery przedłożone do jego akceptacji. Następnie udawał się na śniadanie, które jako krewny Ludwika XV jadał razem z królewską rodziną. Później planował dla króla nowe zajęcia, szykował plany różnych reform, towarzyszył królowi podczas audiencji i jako jeden z doradców sugerował królowi, w jaki sposób władca powinien traktować kolejnych interesantów. O trzynastej kończono audiencję. Król miał chwilę odpoczynku, a po niej rozpoczynano naradę dotyczącą spraw państwa. Colgen przedstawiał na niej swoje pomysły i sugestie dotyczące prowadzenia polityki zagranicznej. Potem był czas na rozrywki. To znaczy, na rozrywki dla króla, dworzan i gości. Dla Colgena najlepszą rozrywką była jego praca i ewentualnie kilka partyjek szachów rozegranych z królem. Wieczorem kończył swoją pracę i szedł do komnaty, gdzie królewska rodzina grywała w karty. On jako minister i krewny króla również mógł, a nawet musiał, brać w tej grze udział. Potem zamykał się w swoim gabinecie, gdzie naradzał się ze swoim sekretarzem, o którym opowiemy nieco później. Dyskutowali o różnych sprawach godzinę albo dwie (to zależało od tematu rozmowy), a potem przychodziła pora wypoczynku. Minister Colgen mógł zasnąć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Następnego dnia znów miało miejsce to samo. Wyjątkiem były wspomniane już przez nas niedziele, w czasie których Colgen przebywał w swoim podparyskim pałacyku. Była to jego tzw. wiejska rezydencja. Tam oddawał się odpoczynkowi, w pełni zresztą zasłużonemu, oraz rozmową o interesach. No i oczywiście resocjalizacją ludzi występnych. To była jego pasja. W każdy poniedziałek rano minister wsiadał do karety i wracał leśną drogą do Paryża, a właściwie do Wersalu, by być gotowym na każde zawołanie królewskie.
Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że pan Colgen sam cieszył się z owoców swojej pracy. Miał kilka bliskich mu osób, które samą swoją obecnością potrafiły mu osłodzić życie.
Pierwszą z nich była panna Luiza, jego córka. Co prawda nikt nie potrafił sobie przypomnieć, aby Colgen kiedykolwiek miał żonę. Ponieważ jednak był pan minister postacią bardzo, ale to bardzo tajemniczą, więc mógł mieć żonę, którą trzymał z dala od towarzystwa paryskiego, uważając, że nie jest ono jej potrzebne. Taką zresztą wersję wydarzeń podawał Colgen i choć niektórzy podważali jej prawdziwość, to inni zaklinali się, że na własne oczy widzieli żonę pana ministra, przechadzającą się po ogrodzie. Byli też i tacy, którzy mówili, że byli na ceremonii ślubnej pana ministra. Krótko mówiąc, ludzie mówili swoje, a on wiedział swoje. I tylko dwie osoby znały prawdę: Colgen i Pan Bóg. Obaj również nie mieli zamiaru nigdy jej wyjawić. My oczywiście, jako narrator wszechwiedzący, wiemy o niej również, lecz na razie jej Czytelnikom nie zdradzimy.
Ale mieliśmy mówić o pannie Luizie, a tymczasem znowu zaczęliśmy opowiadać o ministrze Colgenie. Zrehabilitujemy się więc chyba w oczach Czytelników wracając do głównego tematu. Otóż Luiza, czy raczej „panna Luiza”, gdyż tak powinien ją nazywać człowiek dobrze wychowany, była osobą niezwykle osobliwą. Nie była taka jak inne dziewczęta i nie interesowała się zbytnio strojami, jak również nigdy nie marnotrawiła ona pieniędzy na barwiczki, mazidła, pachnidła itp. głupstwa, w jakie zwykle zaopatrywały się jej rówieśnice. Z całą pewnością była to zasługa (nie bójmy się użyć tego słowa) ojca. Wpoił on do słodkiej główki swojej córeczki, że pieniądze, które on zarabia, należy poświęcać na mądre rzeczy. Każdy wydatek powinien być odpowiednio przemyślany i rozważony, najlepiej skonsultowany z guwernantką, panią de Willer, o której również opowiemy, gdyż odegra ona niebagatelną rolę w historii jednego z bohaterów tej powieści.
Dlatego też nie będzie chyba zaskoczeniem dla Czytelników, kiedy wyjaśnimy, że najczęstszym przedmiotem, w który zaopatrywała się panna Luiza, była: książka. Tak, właśnie książka. Owa skarbnica ludzkiej wiedzy, rzecz niebagatelna, która w każdej kulturze stała się czymś w rodzaju niemalże „relikwii”, obdarzonej niezwykłym szacunkiem, niczym w średniowieczu cząstka jakiegoś świętego np. część kości Jana Chrzciciela, której posiadaniem szczycił się co drugi kościół. Panna Luiza należała do ludzi, którzy właśnie w ten sposób traktowali książki. Miała ich mnóstwo i to bynajmniej nie romanse, o nie! Choć trzeba przyznać, było tam również kilka dzieł z tego gatunku, które można nazwać „perłami wśród szmatławców”. Ale przede wszystkim były to dzieła ciekawe i niezwykłe w swojej urodzie i mądrości. Można tu było znaleźć dzieła pana Szekspira, Moliera, Corneille‘a, Perraulta, mistrzów dzieła teatralnego, jak i również mądre rozprawy filozofów greckich i rzymskich, poezje antyczne itp. Prawdziwą perełką w tej kolekcji były niewątpliwie „Iliada”, „Odyseja” oraz „Eneida”. Arcydzieła wśród arcydzieł. Był też niezwykle piękny egzemplarz Biblii. Panna Luiza była bowiem kobietą religijną, choć nigdy nie ciągnęło ją do zakonu ani do spędzania całego dnia na modlitwach. Jej religijność była na tyle umiarkowana, że ojciec nie obawiał się, iż jego córka nie wyrośnie na dewotkę. Zresztą dziewczyna miała głęboko zachowany w pamięci obraz pani Pernelle ze „Świętoszka“ Moliera. Obraz tej szanownej paniusi starczał za wykład o ludzkiej uczciwości i o minusach bycia dewotką. Dewocja więc nie groziła pannie Luizie, której rozum przewyższał niejednego filozofa i naukowca jej czasów.
Jednocześnie córka Colgena była niczym kwiat młodej lilii, który to każdy chciał zerwać, ale nikt jeszcze nie zdołał dokonać tego czynu. Ojciec Luizy, niczym Bestia z bajki Perraulta, pilnował swojego kwiatu jak największego skarbu i postanowił, że wyda ją tylko za tego, kto spodoba się zarówno jej, jak i jemu. Miał już nawet upatrzonego kandydata. Młody, przystojny, hrabia, dzielny żołnierz, odważny, a do tego jego własny, zaufany człowiek. Czego zatem żądać więcej? Jednakże panna Luiza nie zdecydowała się na małżeństwo z nim. Może dlatego, że nie umiała pokochać, a może żal jej było opuszczać ojca. Pan Colgen nie nalegał. Doszedł do wniosku, że czas i rozum pomogą jego córce podjąć właściwą decyzję.
Był jeszcze jeden problem. Szła już pannie Luizie dwudziesta czwarta wiosna, a wciąż nie odbył się jej debiut towarzyski. Nie była ona też przedstawiona na dworze królewskim. Czas, w którym przemieniła się z poczwarki w motylka dawno już minął, lecz pomimo tego nadal nie ciągnęło ją do ludzi. Książki, towarzystwo ojca i guwernantki wystarczyło jej zupełnie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie złośliwi ludzie, którzy mówili, że to Colgen nie wypuszcza swojej córki w świat, gdyż obawia się, że wzorem innych córek opuści go, wyjdzie za mąż i nigdy nie wróci do domowego zacisza. Minister zaprzeczał temu, ale ludzie wiedzieli swoje.
- Czas najwyższy, drogi panie, by ją pokazać w towarzystwie - mówiła jej guwernantka, hrabina de Willer - Może by tak po jej dwudziestych czwartych urodzinach wyjechała ze mną do Paryża. Nabierze ogłady i dobrych manier, a przy okazji przestanie być taką pustelnicą.
Postanowił więc pan Colgen posłuchać tej rady i właśnie w ten weekend oznajmił córce, że czy tego ona chce, czy też nie, to po swoich urodzinach rozpocznie życie towarzyskie. I od tej decyzji nie ma odwołania. Luiza przyjęła to ze spokojem i z rozwagą, wpojoną jej przez mądre książki.
To tyle jeśli chodzi o pannę Luizę. Obiecaliśmy powiedzieć też o kimś innym. Pan minister Colgen znał drugą osobę, która potrafiła go podnieść na duchu i rozśmieszyć. Był nim jego sekretarz, szanowny pan Hermann Grusner. Człowiek sumienny i bardzo poważnie podchodzący do swoich obowiązków. Tak jak jego pan zaczynał pracę o wschodzie, a kończył o zachodzie słońca. Jeśli o kimś można było powiedzieć, że był cieniem swego pana, to tylko o Grusnerze.
- On jest naprawdę niezwykły, ten Grusner. Potrafi naprawdę mnie rozśmieszyć tym swoim „Herr Colgen”, albo „Jawohl, Herr minister” - opowiadał o nim pan Colgen swojemu znajomemu - A jaki on dokładny i obowiązkowy. Do pracy podchodzi tak jak ja. Nawet Luiza go lubi, choć obecnie raczej rzadko ma czas na to, aby z nią porozmawiać. Ale pamięta ją z czasów, kiedy była maleńką dziewczynką. To dobry chłopak.
Mówił o nim chłopak, choć Grusner miał już na karku trzy krzyżyki. Weszło mu to jednak w nawyk, gdyż pracował on dla niego od czasu, gdy skończył dziewiętnaście lat.
- Grusner? - zdziwił się przyjaciel - Dziwne nazwisko. Chyba nie francuskie. Do tego te niemieckie zwroty. On nie jest Francuzem?
- Nie, jest Niemcem, chociaż ma francuskie korzenie. Ponoć jego babka była Francuzką. Pochodzi z bardzo szanowanej, urzędniczej rodziny. Jego ojciec utracił majątek na wskutek donosu złośliwego sąsiada. Ponoć miał brać udział w defraudacji pieniędzy ministerstwa spraw zagranicznych a nawet spiskować przeciwko królowi pruskiemu. Ten za to skonfiskował staremu Grusnerowi jego rodzinne dobra i przekazał je donosicielowi. Więc Herr Hermann musi szukać pracy gdzie indziej. W poszukiwaniu zarobku zawędrował aż tutaj, a wiesz pan, że z czego jak z czego, ale jestem dumny ze swojej zdolności oceniania ludzi i dobierania im odpowiednich zajęć. Nie dziw się pan więc, że zatrudniłem go jako sekretarza. Wyręcza mnie przy połowie moich zajęć!
- To nie znalazł by pan dla mnie takiego drugiego pana, a najlepiej dwóch.
- Dlaczego dwóch?
- Ponieważ jak jeden spełnia połowę pracy, to dwóch spełni całą. A ja będę mógł leżeć resztę życia do góry brzuchem.
- Przecież pan całe życie nic innego nie robisz, tylko leżysz do góry brzuchem - skomentował te słowa Colgen.
Jednakże nigdzie nie można było znaleźć drugiego takiego sekretarza jak pan Grusner. Hermann Grusner był jeden jedyny. Człowiek mądry i rozważny. Pracowity i skrupulatny. A do tego powiernik tajemnic swego pana. Znał wszystkie jego plany. Łącznie z owym planem, który miał zmienić losy rodu Colgenów. Posiadał jednak tę zaletę, że milczał jak grób, zachowując dla siebie wszystkie sekrety ministra. Jedynym sposobem aby coś usłyszeć od sekretarza było upicie go. Wtedy być może wymknęłoby mu się jakieś słówko. Ale jeszcze nikt nie wpadł na tak genialny pomysł, by użyć tego sprytnego podstępu, więc tajemnice Colgena były bezpieczne. Na razie.
I wreszcie następuje ostatnia osoba, o której należałoby wspomnieć: hrabina Paulina de Willer. Hrabina nie wyglądała na swój wiek. Co prawda, miała pewne braki w urodzie, jednakże skutecznie maskowała je za pomocą pudru i kosmetyków, którymi tak gardziła Luiza. To właśnie jej powierzył Colgen wychowanie swojej córki, kiedy ta skończyła dziesięć lat. Pani Paulina nauczyła dziewczynę wszystkiego, co powinna wiedzieć dobrze urodzona młoda dama i bardzo dobrze zrobiła. Gdyby bowiem chciała ją uczyć tylko tego, co sama umiała i potrafiła, nie zajęło by to nawet dwóch dni. Nie podważamy tu oczywiście inteligencji pani hrabiny (mówimy o niej pani, gdyż była wdową i to trzykrotną), ale mimo wszystko ówczesne wykształcenie kobiet nie było zbyt wielkie. To, że Luiza stała się taka rozsądna, pochłaniała książki, stale poszerzała swoją wiedzę, było przede wszystkim zasługą jej samej. Jej charakteru. Pani de Willer nauczyła ją jedynie dobrych manier, a nawet na wyraźne żądanie Colgena, sama wzięła się za książki (do których, nawiasem mówiąc, nie miała żadnego zapału), żeby Luiza miała z kim prowadzić konwersacje. Uczyła ją też angielskiego, gdyż języki obce były w modzie, nie mówiąc o pożytku z ich znajomości.
Pani Paulina była kobietą ładną, miała piękne blond włosy i zielone oczy, które przysparzały jej wielu wielbicieli. Jedynie bardzo wprawne oko dostrzegło w nich złośliwość i diabelskie ogniki. A ponieważ często demony przybierają postać kobiet, niektórzy mówili o hrabinie, że jest ona właśnie takim demonem, którzy pojawił się na ziemi aby kusić mężczyzn. Bardzo tajemnicze było owo trzykrotne wdowieństwo, które w wieku trzydziestu pięciu lat było rzadko spotykane. Porównywano ją nawet z biblijną Sarą z Księgi Tobiasza. Tam jednak ingerował Asmodeusz, a tutaj, jak powiadali złośliwi, działała sama hrabina. Jak było naprawdę: trudno zgadnąć. Ona sama tylko znała odpowiedź na to pytanie. Przed całym światem pokazywała się jako biedna kobieta, skrzywdzona przez los. Było oczywiście w tym niewątpliwie trochę prawdy, ale ile prawdy, a ile udawania, tego nie wiedziano. Ona sama skrzętnie ukrywała ten sekret.
Krótko mówiąc, pani de Willer była równie tajemnicza jak Colgen i to był najważniejszy powód wybrania jej na guwernantkę Luizy. Pan minister dostrzegł w niej pokrewną duszę i nie pomylił się. Bowiem Colgen był znany ze swojej umiejętności trafnej oceny ludzi.
Ale wróćmy do momentu, od którego zaczął się ten rozdział.
Ale my tu ciągle mówimy o pracy, a przecież Czytelników zapewne ciekawi wygląd naszego bohatera. Opiszemy go więc. Jean Pierre Colgen był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, o czarnych włosach przyprószonych siwizną, oczach szarych, niegdyś błyszczących błękitem, posiadającym mały i skromny czarny wąs oraz lekkie zmarszczki na twarzy. Był dość przystojnym mężczyzną. Z jego twarzy biła surowość połączona z dobrocią. Jednak gdy ktoś mu się dobrze przyjrzał, mógł zobaczyć diabelskie ogniki ukryte w oczach. Był więc drobny problem z dokładnym rozszyfrowaniem znaczenia owych ogników. Nawet ten, kto znał Colgena bardzo dobrze, nie mógł wiedzieć, co kryło się w jego duszy. To wiedział tylko on sam. A krył się w tej duszy projekt misternie skonstruowanego planu. Miał on odmienić na zawsze losy pana ministra oraz bliskich mu osób. Ci, którzy pomogą mu zrealizować ten plan, będą nagrodzeni po stokroć za swoją pomoc. Ale o tym Czytelnicy się teraz nie dowiedzą, bo mógłby znudzić się taką książką, w której wszystko się wyjaśnia już w pierwszych rozdziałach. Zachowajmy więc to w tajemnicy, aż do chwili, gdy wyjawienie tego będzie konieczne.
Minister Colgen niekiedy dziwnie się zachowywał. Potrafił godzinami przeglądać akta kancelarii królewskiej (do której miał zresztą swobodny dostęp). Zachowywał się tak, jakby szukał czegoś niezmiernie ważnego. Cokolwiek to było, nikt nie miał pojęcia o celu jego poszukiwań. Nieraz zamykał się w swoim gabinecie i przesiadywał tam planując różne reformy i zmiany w rządzeniu państwem. Często przyjmował też u siebie w swoim pięknym domku, znajdującym się o pół drogi od Paryża, gości o lepszej lub gorszej reputacji. Powszechnie wszyscy wiedzieli, że minister prowadził między innymi program resocjalizacji niektórych więźniów, dając im szansę na lepsze życie. Przyjmował u siebie różnych skazańców, którzy po opuszczeniu więzienia chcieli coś zmienić w swoim życiu. Minister dawał im trochę pieniędzy i załatwiał znalezienie nowego zajęcia. Dzięki takim ułatwieniom przestępcy mogli pracą odkupić swoje poprzednie złe uczynki. Czy z tego korzystali czy nie, to już inna kwestia.
To tyle jeśli chodziło o ludzi posiadających gorszą reputację. Teraz o tych, którzy mieli lepszą opinię. Byli to arystokraci, którzy ułatwiali mu transakcje finansowe, dzięki którym jego majątek kilkakrotnie powiększył się. Tych swoich (jak ich nazywał) „interesantów” przyjmował u siebie w niedzielę. Bowiem tylko w tym dniu przebywał w domu. Pozostałe sześć dni tygodnia spędzał w Wersalu, u króla. Tam miał swój gabinet i wszystko, co niezbędne do wypełniania swych obowiązków. Król lubił mieć Colgena przy sobie. Minister miewał świetne pomysły, genialne plany reform, a przy okazji, jako kuzyn króla jegomości potrafił jako jedyny w pełni zrealizować królewskie oczekiwania. Mało kto urządzał równie piękne bale, przyjęcia i polowania, które uwielbiał młody, zaledwie szesnastoletni Ludwik XV.
Królowa Maria Leszczyńska, królewska małżonka, nie darzyła pana ministra sympatią, gdyż jak mówiła: „źle mu z oczu patrzy” i zarzucała mu również zły wpływ na charakter młodego króla Francji. Twierdziła, że Colgen odciąga króla od jego obowiązków publicznych i napełnia mu głowę błahostkami, zamiast uczyć go sztuki rządzenia państwem. Mimo tej niezbyt pochlebnej opinii Jean Pierre Colgen cieszył się wielką sympatią króla, szacunkiem innych ministrów, a także zazdrością przeciwników politycznych. Tym ostatnim najmniej się przejmował. Wierzył, tak jak Richelieu, że musi strzec się przyjaciół, bo z wrogami sam da sobie radę i nadal robił swoje.
A jak wyglądał zwykły dzień pana ministra Colgena? Już wyjaśniamy. Otóż wstawał wcześnie rano, ubierał się, szedł do kancelarii królewskiej, przeglądał papiery przedłożone do jego akceptacji. Następnie udawał się na śniadanie, które jako krewny Ludwika XV jadał razem z królewską rodziną. Później planował dla króla nowe zajęcia, szykował plany różnych reform, towarzyszył królowi podczas audiencji i jako jeden z doradców sugerował królowi, w jaki sposób władca powinien traktować kolejnych interesantów. O trzynastej kończono audiencję. Król miał chwilę odpoczynku, a po niej rozpoczynano naradę dotyczącą spraw państwa. Colgen przedstawiał na niej swoje pomysły i sugestie dotyczące prowadzenia polityki zagranicznej. Potem był czas na rozrywki. To znaczy, na rozrywki dla króla, dworzan i gości. Dla Colgena najlepszą rozrywką była jego praca i ewentualnie kilka partyjek szachów rozegranych z królem. Wieczorem kończył swoją pracę i szedł do komnaty, gdzie królewska rodzina grywała w karty. On jako minister i krewny króla również mógł, a nawet musiał, brać w tej grze udział. Potem zamykał się w swoim gabinecie, gdzie naradzał się ze swoim sekretarzem, o którym opowiemy nieco później. Dyskutowali o różnych sprawach godzinę albo dwie (to zależało od tematu rozmowy), a potem przychodziła pora wypoczynku. Minister Colgen mógł zasnąć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Następnego dnia znów miało miejsce to samo. Wyjątkiem były wspomniane już przez nas niedziele, w czasie których Colgen przebywał w swoim podparyskim pałacyku. Była to jego tzw. wiejska rezydencja. Tam oddawał się odpoczynkowi, w pełni zresztą zasłużonemu, oraz rozmową o interesach. No i oczywiście resocjalizacją ludzi występnych. To była jego pasja. W każdy poniedziałek rano minister wsiadał do karety i wracał leśną drogą do Paryża, a właściwie do Wersalu, by być gotowym na każde zawołanie królewskie.
Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że pan Colgen sam cieszył się z owoców swojej pracy. Miał kilka bliskich mu osób, które samą swoją obecnością potrafiły mu osłodzić życie.
Pierwszą z nich była panna Luiza, jego córka. Co prawda nikt nie potrafił sobie przypomnieć, aby Colgen kiedykolwiek miał żonę. Ponieważ jednak był pan minister postacią bardzo, ale to bardzo tajemniczą, więc mógł mieć żonę, którą trzymał z dala od towarzystwa paryskiego, uważając, że nie jest ono jej potrzebne. Taką zresztą wersję wydarzeń podawał Colgen i choć niektórzy podważali jej prawdziwość, to inni zaklinali się, że na własne oczy widzieli żonę pana ministra, przechadzającą się po ogrodzie. Byli też i tacy, którzy mówili, że byli na ceremonii ślubnej pana ministra. Krótko mówiąc, ludzie mówili swoje, a on wiedział swoje. I tylko dwie osoby znały prawdę: Colgen i Pan Bóg. Obaj również nie mieli zamiaru nigdy jej wyjawić. My oczywiście, jako narrator wszechwiedzący, wiemy o niej również, lecz na razie jej Czytelnikom nie zdradzimy.
Ale mieliśmy mówić o pannie Luizie, a tymczasem znowu zaczęliśmy opowiadać o ministrze Colgenie. Zrehabilitujemy się więc chyba w oczach Czytelników wracając do głównego tematu. Otóż Luiza, czy raczej „panna Luiza”, gdyż tak powinien ją nazywać człowiek dobrze wychowany, była osobą niezwykle osobliwą. Nie była taka jak inne dziewczęta i nie interesowała się zbytnio strojami, jak również nigdy nie marnotrawiła ona pieniędzy na barwiczki, mazidła, pachnidła itp. głupstwa, w jakie zwykle zaopatrywały się jej rówieśnice. Z całą pewnością była to zasługa (nie bójmy się użyć tego słowa) ojca. Wpoił on do słodkiej główki swojej córeczki, że pieniądze, które on zarabia, należy poświęcać na mądre rzeczy. Każdy wydatek powinien być odpowiednio przemyślany i rozważony, najlepiej skonsultowany z guwernantką, panią de Willer, o której również opowiemy, gdyż odegra ona niebagatelną rolę w historii jednego z bohaterów tej powieści.
Dlatego też nie będzie chyba zaskoczeniem dla Czytelników, kiedy wyjaśnimy, że najczęstszym przedmiotem, w który zaopatrywała się panna Luiza, była: książka. Tak, właśnie książka. Owa skarbnica ludzkiej wiedzy, rzecz niebagatelna, która w każdej kulturze stała się czymś w rodzaju niemalże „relikwii”, obdarzonej niezwykłym szacunkiem, niczym w średniowieczu cząstka jakiegoś świętego np. część kości Jana Chrzciciela, której posiadaniem szczycił się co drugi kościół. Panna Luiza należała do ludzi, którzy właśnie w ten sposób traktowali książki. Miała ich mnóstwo i to bynajmniej nie romanse, o nie! Choć trzeba przyznać, było tam również kilka dzieł z tego gatunku, które można nazwać „perłami wśród szmatławców”. Ale przede wszystkim były to dzieła ciekawe i niezwykłe w swojej urodzie i mądrości. Można tu było znaleźć dzieła pana Szekspira, Moliera, Corneille‘a, Perraulta, mistrzów dzieła teatralnego, jak i również mądre rozprawy filozofów greckich i rzymskich, poezje antyczne itp. Prawdziwą perełką w tej kolekcji były niewątpliwie „Iliada”, „Odyseja” oraz „Eneida”. Arcydzieła wśród arcydzieł. Był też niezwykle piękny egzemplarz Biblii. Panna Luiza była bowiem kobietą religijną, choć nigdy nie ciągnęło ją do zakonu ani do spędzania całego dnia na modlitwach. Jej religijność była na tyle umiarkowana, że ojciec nie obawiał się, iż jego córka nie wyrośnie na dewotkę. Zresztą dziewczyna miała głęboko zachowany w pamięci obraz pani Pernelle ze „Świętoszka“ Moliera. Obraz tej szanownej paniusi starczał za wykład o ludzkiej uczciwości i o minusach bycia dewotką. Dewocja więc nie groziła pannie Luizie, której rozum przewyższał niejednego filozofa i naukowca jej czasów.
Jednocześnie córka Colgena była niczym kwiat młodej lilii, który to każdy chciał zerwać, ale nikt jeszcze nie zdołał dokonać tego czynu. Ojciec Luizy, niczym Bestia z bajki Perraulta, pilnował swojego kwiatu jak największego skarbu i postanowił, że wyda ją tylko za tego, kto spodoba się zarówno jej, jak i jemu. Miał już nawet upatrzonego kandydata. Młody, przystojny, hrabia, dzielny żołnierz, odważny, a do tego jego własny, zaufany człowiek. Czego zatem żądać więcej? Jednakże panna Luiza nie zdecydowała się na małżeństwo z nim. Może dlatego, że nie umiała pokochać, a może żal jej było opuszczać ojca. Pan Colgen nie nalegał. Doszedł do wniosku, że czas i rozum pomogą jego córce podjąć właściwą decyzję.
Był jeszcze jeden problem. Szła już pannie Luizie dwudziesta czwarta wiosna, a wciąż nie odbył się jej debiut towarzyski. Nie była ona też przedstawiona na dworze królewskim. Czas, w którym przemieniła się z poczwarki w motylka dawno już minął, lecz pomimo tego nadal nie ciągnęło ją do ludzi. Książki, towarzystwo ojca i guwernantki wystarczyło jej zupełnie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie złośliwi ludzie, którzy mówili, że to Colgen nie wypuszcza swojej córki w świat, gdyż obawia się, że wzorem innych córek opuści go, wyjdzie za mąż i nigdy nie wróci do domowego zacisza. Minister zaprzeczał temu, ale ludzie wiedzieli swoje.
- Czas najwyższy, drogi panie, by ją pokazać w towarzystwie - mówiła jej guwernantka, hrabina de Willer - Może by tak po jej dwudziestych czwartych urodzinach wyjechała ze mną do Paryża. Nabierze ogłady i dobrych manier, a przy okazji przestanie być taką pustelnicą.
Postanowił więc pan Colgen posłuchać tej rady i właśnie w ten weekend oznajmił córce, że czy tego ona chce, czy też nie, to po swoich urodzinach rozpocznie życie towarzyskie. I od tej decyzji nie ma odwołania. Luiza przyjęła to ze spokojem i z rozwagą, wpojoną jej przez mądre książki.
To tyle jeśli chodzi o pannę Luizę. Obiecaliśmy powiedzieć też o kimś innym. Pan minister Colgen znał drugą osobę, która potrafiła go podnieść na duchu i rozśmieszyć. Był nim jego sekretarz, szanowny pan Hermann Grusner. Człowiek sumienny i bardzo poważnie podchodzący do swoich obowiązków. Tak jak jego pan zaczynał pracę o wschodzie, a kończył o zachodzie słońca. Jeśli o kimś można było powiedzieć, że był cieniem swego pana, to tylko o Grusnerze.
- On jest naprawdę niezwykły, ten Grusner. Potrafi naprawdę mnie rozśmieszyć tym swoim „Herr Colgen”, albo „Jawohl, Herr minister” - opowiadał o nim pan Colgen swojemu znajomemu - A jaki on dokładny i obowiązkowy. Do pracy podchodzi tak jak ja. Nawet Luiza go lubi, choć obecnie raczej rzadko ma czas na to, aby z nią porozmawiać. Ale pamięta ją z czasów, kiedy była maleńką dziewczynką. To dobry chłopak.
Mówił o nim chłopak, choć Grusner miał już na karku trzy krzyżyki. Weszło mu to jednak w nawyk, gdyż pracował on dla niego od czasu, gdy skończył dziewiętnaście lat.
- Grusner? - zdziwił się przyjaciel - Dziwne nazwisko. Chyba nie francuskie. Do tego te niemieckie zwroty. On nie jest Francuzem?
- Nie, jest Niemcem, chociaż ma francuskie korzenie. Ponoć jego babka była Francuzką. Pochodzi z bardzo szanowanej, urzędniczej rodziny. Jego ojciec utracił majątek na wskutek donosu złośliwego sąsiada. Ponoć miał brać udział w defraudacji pieniędzy ministerstwa spraw zagranicznych a nawet spiskować przeciwko królowi pruskiemu. Ten za to skonfiskował staremu Grusnerowi jego rodzinne dobra i przekazał je donosicielowi. Więc Herr Hermann musi szukać pracy gdzie indziej. W poszukiwaniu zarobku zawędrował aż tutaj, a wiesz pan, że z czego jak z czego, ale jestem dumny ze swojej zdolności oceniania ludzi i dobierania im odpowiednich zajęć. Nie dziw się pan więc, że zatrudniłem go jako sekretarza. Wyręcza mnie przy połowie moich zajęć!
- To nie znalazł by pan dla mnie takiego drugiego pana, a najlepiej dwóch.
- Dlaczego dwóch?
- Ponieważ jak jeden spełnia połowę pracy, to dwóch spełni całą. A ja będę mógł leżeć resztę życia do góry brzuchem.
- Przecież pan całe życie nic innego nie robisz, tylko leżysz do góry brzuchem - skomentował te słowa Colgen.
Jednakże nigdzie nie można było znaleźć drugiego takiego sekretarza jak pan Grusner. Hermann Grusner był jeden jedyny. Człowiek mądry i rozważny. Pracowity i skrupulatny. A do tego powiernik tajemnic swego pana. Znał wszystkie jego plany. Łącznie z owym planem, który miał zmienić losy rodu Colgenów. Posiadał jednak tę zaletę, że milczał jak grób, zachowując dla siebie wszystkie sekrety ministra. Jedynym sposobem aby coś usłyszeć od sekretarza było upicie go. Wtedy być może wymknęłoby mu się jakieś słówko. Ale jeszcze nikt nie wpadł na tak genialny pomysł, by użyć tego sprytnego podstępu, więc tajemnice Colgena były bezpieczne. Na razie.
I wreszcie następuje ostatnia osoba, o której należałoby wspomnieć: hrabina Paulina de Willer. Hrabina nie wyglądała na swój wiek. Co prawda, miała pewne braki w urodzie, jednakże skutecznie maskowała je za pomocą pudru i kosmetyków, którymi tak gardziła Luiza. To właśnie jej powierzył Colgen wychowanie swojej córki, kiedy ta skończyła dziesięć lat. Pani Paulina nauczyła dziewczynę wszystkiego, co powinna wiedzieć dobrze urodzona młoda dama i bardzo dobrze zrobiła. Gdyby bowiem chciała ją uczyć tylko tego, co sama umiała i potrafiła, nie zajęło by to nawet dwóch dni. Nie podważamy tu oczywiście inteligencji pani hrabiny (mówimy o niej pani, gdyż była wdową i to trzykrotną), ale mimo wszystko ówczesne wykształcenie kobiet nie było zbyt wielkie. To, że Luiza stała się taka rozsądna, pochłaniała książki, stale poszerzała swoją wiedzę, było przede wszystkim zasługą jej samej. Jej charakteru. Pani de Willer nauczyła ją jedynie dobrych manier, a nawet na wyraźne żądanie Colgena, sama wzięła się za książki (do których, nawiasem mówiąc, nie miała żadnego zapału), żeby Luiza miała z kim prowadzić konwersacje. Uczyła ją też angielskiego, gdyż języki obce były w modzie, nie mówiąc o pożytku z ich znajomości.
Pani Paulina była kobietą ładną, miała piękne blond włosy i zielone oczy, które przysparzały jej wielu wielbicieli. Jedynie bardzo wprawne oko dostrzegło w nich złośliwość i diabelskie ogniki. A ponieważ często demony przybierają postać kobiet, niektórzy mówili o hrabinie, że jest ona właśnie takim demonem, którzy pojawił się na ziemi aby kusić mężczyzn. Bardzo tajemnicze było owo trzykrotne wdowieństwo, które w wieku trzydziestu pięciu lat było rzadko spotykane. Porównywano ją nawet z biblijną Sarą z Księgi Tobiasza. Tam jednak ingerował Asmodeusz, a tutaj, jak powiadali złośliwi, działała sama hrabina. Jak było naprawdę: trudno zgadnąć. Ona sama tylko znała odpowiedź na to pytanie. Przed całym światem pokazywała się jako biedna kobieta, skrzywdzona przez los. Było oczywiście w tym niewątpliwie trochę prawdy, ale ile prawdy, a ile udawania, tego nie wiedziano. Ona sama skrzętnie ukrywała ten sekret.
Krótko mówiąc, pani de Willer była równie tajemnicza jak Colgen i to był najważniejszy powód wybrania jej na guwernantkę Luizy. Pan minister dostrzegł w niej pokrewną duszę i nie pomylił się. Bowiem Colgen był znany ze swojej umiejętności trafnej oceny ludzi.
Ale wróćmy do momentu, od którego zaczął się ten rozdział.
1 komentarz:
Coś mi się zdaje, że z Colgena i Pauliny byłaby dobrana para, skoro oboje są tacy skryci, tajemniczy i źle im z oczu patrzy. Za to Luiza stanowi całkowite przeciwieństwo Francesci, skoro jest rozsądna, opanowana i poważna. No a jej ojciec to typowy pracoholik, skoro pracuje całe dnie i sprawia mu to wielką przyjemność. Do tego podstępny z niego kombinator i intrygant, skoro stale coś planuje i nikomu nie powierza swych zamiarów, poza zaufanym sekretarzem.
Prześlij komentarz