piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 01

Rozdział I

W którym jedno serce bezlitośnie złamało drugie, niezwykle w nim zakochane

Roku pańskiego 1725, niecały miesiąc po słynnym małżeństwie Jego Królewskiej Mości Ludwika XV Burbona z Marią Leszczyńską, córką króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, miały miejsce bardzo niezwykle ważne wydarzenia, które chcemy tutaj opisać. Francja przeżywała wówczas swój złoty wiek i nikt się nie spodziewał, że po latach wnuk obecnie panującego króla, również Ludwik (tyle że XVI) i jego żona, także Maria (lecz Antonina) wylądują na szafocie w wyniku słynnej awantury jakobińskiej, która pochłonęła wiele ludzkich istnień. To niestety jednak się wydarzyło i na zawsze miało zmienić oblicze nie tylko Francji, ale i całego świata.
Natenczas jednak nikt o tym nie miał pojęcia ani nie spodziewał się, że one nadejdą. Powróćmy zatem do czasów, w których rozgrywa się nasza opowieść, gdyż wydarzenia, które miały wtedy miejsce, nigdy nie zostały odnotowane w kronikach historycznych, choć powinny zostać one ukazane potomności, co jest głównym celem powieści naszego autorstwa.
Obecnie mamy więc rok 1725. W tym oto roku gwardia królewskich muszkieterów, prawie już całkiem zapomniana przez wszystkich, będzie miała szansę udowodnić, że nadal coś znaczy, a jej członkowie są tak samo odważni i lojalni, jak ich słynni czterej poprzednicy z czasów króla Ludwika XIII. A sytuacja, w jakiej nadarzy im się ta okazja, będzie naprawdę bardzo niebezpieczna. Dynastia Burbonów wówczas o mały włos nie straci korony i to na wiele lat przed wspomnianą już przez nas rewolucją. Na szczęście muszkieterowie, a w tym nasi główni bohaterowie, o których przygodach jest ta opowieść, czuwać będą i wykażą się niezwykłą odwagą, szlachetnością, walecznością oraz ogromnym patriotyzmem. Jeśli po tej zapowiedzi Szacowni Czytelnicy są nadal ciekawi tej opowieści, to prosimy, aby uważnie jej wysłuchali i starali się nie pominąć z niej ani jednego słowa.
A więc zaczynamy.
Mamy zatem piękny, słoneczny dzień. Chociaż jest październik, to jednak do zimy jeszcze daleko, a więc dni nadal zachowują swoje ciepło. Po jednej z ulic Paryża przechadza się właśnie młody szlachcic. Spróbujmy coś sobie o nim powiedzieć.  
Jest to młody człowiek, zaledwie dwudziestosześcioletni. Jego włosy mają ciekawy, brązowy kolor z lekkim odcieniem rudego. Jednak ów odcień jest tak lekki, że trudno go było dostrzec na pierwszy rzut oka. Wąsiki i hiszpańska bródka również mają ten sam piękny odcień ciepłego brązu z rudawymi refleksami. Oczy młodzieńca mają barwę polnych chabrów, jego cera jest gładka i jasna. Zdobi go godny strój francuski, szary kapelusz z żółtym piórem na głowie, jak również idealnie wyczyszczone, skórzane buty z cholewami na nogach. U boku ma przypasaną szpadę, co mówi nam, że nasz bohater jest szlachcicem, gdyż tylko przedstawiciele tego stanu nosić mogli wówczas publicznie broń białą. Młodzieniec cichutko nuci sobie pod nosem popularną piosenkę z tamtych czasów, opowiadającą jak najbardziej o odwzajemnionej miłości, zaś akcent, z jakim owa pieśń jest śpiewana, wskazuje nam niewątpliwie na to, że ów młody człowiek pochodzi z Gaskonii. Takie przynajmniej byśmy wyciągnęli wnioski po pierwszej obserwacji tego pana. I nie pomylilibyśmy się, bo rzeczywiście kawaler Raul Charmentall (tak się bowiem nazywa nasz bohater) jest rodowitym Gaskończykiem, tak samo zresztą jak ów słynny Charles de Batz-Castelmore d’Artagnan albo też Herkules Savinian Cyrano de Bergerac (ten od długiego nosa i fantastycznych opowieści  o swej osobie).
Skoro już tyle wiemy o naszym bohaterze, to spróbujmy teraz odgadnąć, dokąd on się właśnie udaje. Zmierza z pewnością w odwiedziny, na co wskazuje jego piękny ubiór. Wspanialszy, niż ten noszony na co dzień. Zatem, jeśli idzie on w odwiedziny, to do kogo? Do mężczyzny czy do kobiety? Tak, raczej jednak do niewiasty, bowiem trzyma w ręku bukiet kwiatów. Płeć męska nie wymaga takich prezentów jak kwiaty. Oni wolą, gdy przyjaciel przyjdzie do nich z butelką niezłego wina. Kwiatów nie przyjęliby z takim entuzjazmem, to więcej niż pewne. Mogliby nawet posądzić odwiedzającego o coś nieprzyzwoitego. Tak, wobec tego celem odwiedzin musi być niewiasta.
Skoro zatem już wiemy, dokąd nasz bohater się wybiera, zostawmy go na chwilę, by mógł się nacieszyć swoim szczęściem, my zaś pójdźmy w pewne inne miejsce, w którym za chwile zastaniemy naszego dzielnego Gaskończyka. Powinniśmy jednak być tam przed nim, by móc zrozumieć całkowicie fabułę naszej opowieści.

***

Panna Francesca de Villervie siedziała przed lustrem w swoim pokoju i powoli, dokładnymi ruchami czesała szczotką swoje piękne, gęste, czarne loki. Rozmyślała przy tym o zbliżającym się nieuchronnie momencie, w którym miała oświadczyć swemu ukochanemu, czy zgodzi się zostać jego żoną. Podczas ostatniego spotkania poprosiła o kilka dni do namysłu i obiecała, że dzisiaj da mu ostateczną odpowiedź. Podjęła decyzję, jednak istniały pewne wątpliwości natury uczuciowej. Czy wybór jest aby na pewno prawidłowy? Czy tylko nie zrobi ona głupstwa? W końcu często musimy ponosić konsekwencje naszych decyzji i to niekiedy do samego końca naszego życia. Nie zawsze tak jest, lecz i takie wydarzenia się przecież zdarzają. W tym wypadku również tak będzie, ponieważ konsekwencje decyzji naszej panny nieprędko się zakończą, o czym wszak dowiecie się później.
Jednakże trzeba wreszcie ogłosić swoją decyzję. Czy można bowiem tak długo zwlekać? To przecież nie uchodzi. Należy wszak zwrócić uwagę na to, że panna Francesca uważała, iż mężczyznom (płci pod każdym względem gorszej od kobiet) wielu rzeczy robić nie uchodzi, zaś kobietom (płci jak najbardziej doskonałej) - wypada dosłownie wszystko. Dlaczego panna Francesca wychodziła z tego założenia? Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Wyobraźcie sobie, Drodzy Czytelnicy, że mężczyzna w przypadku, gdy popełni błąd, jest mu to wypominane prawie do końca jego życia. Traci na pewien czas szacunek swego towarzystwa, w którym się wciąż obraca. Natomiast młoda dama nawet wtedy, gdy popełni jakiś fałszywy krok, natychmiast zatrze jego skutki swoim jakże niezaprzeczalnym wdziękiem. Wszelkie jej zatem wykroczenie będzie wybaczone i zapomniane. Pod tym właśnie względem kobiety całkowicie przewyższają mężczyzn. Mają od nich większe przywileje. I słusznie zresztą, ponieważ niewiasty są wszak piękniejsze i o wiele bardziej uczuciowe. To już samo w sobie daje im przewagę intelektualną nad męskim rodem. Zatem żadna białogłowa nie musi obawiać się swoich decyzji życiowych, gdyż cokolwiek zadecyduje, to na pewno będzie dla niej słuszne.
Oto jak w wielkim skrócie wyglądała logika życiowa panny Francesci. Ale nie jest ona bynajmniej tematem naszej opowieści, więc nie zajmujmy się nią więcej. Opowiedzieliśmy o niej dość i to wystarczy. Zajmijmy się lepiej myślami właścicielki tej jakże wspaniałej logiki.
Wiem co zrobię, pomyślała sobie panna Francesca. Powiem mu takie oto słowa: „Mój drogi panie, moja decyzja brzmi następująco....”. Tak! Będę śmiała i szczera, nie będę łgać. Zresztą brzydzę się kłamstwem. Przekażę mu swoją wolę otwarcie i szczerze. Nie mam się zresztą czego bać.
Tak, zdecydowanie co jak co, ale strach był uczuciem obcym pannie Francesce. Niewiasta owa miała bowiem gorącą południową krew po matce, która była w połowie Włoszką, a w połowie Francuzką. Przyznać musimy, że gwoli ścisłości w matce panny Francesci było więcej cech typowych dla rodaków Dantego, aniżeli rodaków Moliera. Francesca odziedziczyła po swej rodzicielce nie tylko imię, ale również temperament oraz dość niezwykły (delikatnie mówiąc) sposób myślenia. Dziewczyna była śmiała i odważna, choć niekiedy także bardzo lekkomyślna. Te właśnie cechy charakteru zawdzięczała Francesca swojej matce. To one miały w dużej mierze zadecydować o tym, jaką ona podejmie decyzję w tej jakże ważnej dla niej, życiowej sprawie.
Tak, matka panny Francesci była zdecydowanie wspaniałą kobietą. Piękną, pełną temperamentu, popełniającą rozmaite towarzyskie gafy i śmiejącą się ze zgorszenia arystokratycznego otoczenia, które wywoływała swoim zachowaniem. Złośliwi ludzie mówili, że tymi właśnie czynami wpędziła ojca Francesci, a swojego jakże szlachetnego męża, do grobu. Czy to prawda? Trudno nam to teraz powiedzieć po tylu latach. Pan Villervie był bardzo opanowanym człowiekiem, który mógł znieść wszystko i nie przejmować się ekscesami swojej jakże ekscentrycznej małżonki, a przynajmniej na takiego wyglądał. Francesca nie pamiętała go, gdyż zmarł na tyfus, gdy nasza bohaterka była jeszcze dzieckiem. Matkę również pamiętała jak przez mgłę. Wiedziała jedynie tyle, że bardzo ona rozpaczała z powodu śmierci męża i diametralnie się po tym wszystkim zmieniła – w spokojną oraz niezwykle zrównoważoną kobietę. Rok później umarła; jak mówiono poszła w ślad za mężem, którego bardzo kochała. Osieroconą Francescą zajęła się wówczas młodsza siostra jej matki, pani Helena de Saudier, kobieta niezwykle ceniona w towarzystwie i będącą wdową po pułkowniku wojsk królestwa Francji, panu Ludwiku de Saudier. Ale o tej pani opowiemy nieco później.

***

Do salonu wszedł właśnie lokaj z wiadomością, że przybył pan Raul Charmentall. Odwaga opuściła wówczas pannę Francescę. Poczuła ona strach i poważne wątpliwości. Znów powróciły dręczące ją wątpliwości. Czy aby jej decyzja jest słuszna? Czy nie będzie tego żałować? Szybko się jednak opanowała i powiedziała tylko jedno, krótkie słowo:
- Prosić!
Służący skłonił się jaśnie panience, po czym wyszedł. Dziewczyna szybko poprawiła ostatni raz swój wygląd zewnętrzny i usiadła w fotelu. Po chwili do pokoju wszedł Raul. Podał pannie Francesce kwiaty, które ona natychmiast podała pokojówce i poleciła włożyć je do wazonu. Młodzieniec ucałował dłoń panny Francesci i usiadł w fotelu naprzeciwko niej. Przez moment oboje nic nie mówili. Widocznie każde z nich obawiało się zacząć.
Na pewno, Drogi Czytelniku bądź Czytelniczko, znasz taką sytuację, że masz właśnie rozpocząć rozmowę, na którą tak długo czekałeś/czekałaś, a jednak, gdy przychodzi niej, nie jesteś już w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Nieprawdaż? Tak to właśnie bywa. Nerwy zżerają Cię od środka i wszystko, czego dotychczas się uczyło lub przygotowywało do powiedzenia publicznie, ulatuje z Twej głowy niczym alkohol z mózgu pijaka zaraz po wytrzeźwieniu.
W końcu jednak ktoś musiał przełamać cieszę i się odezwać. Francesca postanowiła podjąć to wyzwanie.
- Piękną mamy pogodę, nieprawdaż? - stwierdziła.
- O tak, niezwykłą - zgodził się z nią Raul - Istotnie jest ona bardzo piękna.
Znowu na chwilę zapadła niezręczna cisza.
- Domyśla się pani, co mnie do niej sprowadza? - przerwał wreszcie milczenie pan Charmentall.
- O tak - odrzekła ponuro dziewczyna.
- No więc...
- Więc... To jest... Chodzi o to... - jąkała się Francesca.
- Rozumiem - odparł Raul, uśmiechając się delikatnie - To bardzo trudna decyzja i to wszak na całe życie. Jak mówi mój dowódca, kapitan Trechevile: „Z decyzją na całe życie i z wizytą u teściów nie należy się spieszyć”.
Panienka lekko uśmiechnęła się słysząc ten żart. Musiała przyznać, że nawet on ją ubawił. Jednak szybko opanowała swoją niewczesną wesołość i rzekła:
- Będę z panem zupełnie szczera.
- Liczę na to - przerwał jej Raul nieco ironicznym tonem.
Francesca nie zwróciła na to uwagi.
- Otóż podjęłam decyzję.
- No i...?
- No i muszę panu odmówić.
Raul nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia. Odmówić? Jemu? Po tych wszystkich nadziejach, jakie mu dała teraz mówi po prostu „nie”? To mu się nie mieściło w głowie. Nie rozumiał tego, jak owa niewiasta może najpierw dawać mu nadzieję, a później bezlitośnie mu ją odebrać?
- A dlaczegóż to, jeśli wiedzieć? - zapytał po chwili Raul.
Francesca przełknęła ślinę, spojrzała na młodzieńca i powiedziała:
- To może być trudne do zrozumienia. Zwłaszcza dla mężczyzny.
- Ja mimo to postaram się zrozumieć decyzje panienki - powiedział Raul, wstając z fotela.
Jego głos był pełen gniewu. Widać było, że gdyby była mężczyzną, rzuciłby się jej do gardła za taką urazę, jaką właśnie od niej doznał. Chociaż z drugiej strony gdyby była mężczyzną, to nigdy nie składałby jej takich propozycji, jaką złożył.
- Niech zgadnę. Zakochała się pani i ta miłość silniejsza jest od niej, dlatego mnie pani odrzuca. Czyż nie mam racji?
- Tak - potwierdziła Francesca - Ma pan rację. Tak właśnie jest.
To mówiąc młoda dama lekko i z zakłopotaniem opuściła swoją czarnowłosą głowę, w której kłębiło się całe stado różnorakich myśli.
Raul spojrzał ze złością na swą niedoszłą. Jego oczy ciskały w stronę Francesci błyskawice niczym Zeus w kierunku zbuntowanych tytanów podczas tytanomachii.
- I któż to jest ten szczęśliwiec, który zdobył twe serce, pani, podczas gdy ja tego nie umiałem dokonać?
- Hrabia de Charen.
Raul był coraz bardziej zły. Nie był przygotowany w na taką odmowę. Owszem, liczył się z nią, ale prawdę mówiąc nie spodziewał się, że ona nastąpi i to w taki właśnie sposób. W sposób tak ohydny, niemiły i wyjątkowo - jak dla niego - podły. Chłopak poczuł się wykorzystany oraz oszukany.
- Teraz wszystko jasne. Panienka lubi bawić się ludzkimi uczuciami. Najpierw uwodzi się kawalera, a potem, gdy się on jej znudzi, łapiemy na wędkę hrabiego. Jutro zaś zajmiemy się może księciem? A pojutrze być może samym Delfinem? Zresztą, co mnie to obchodzi? Niechże pani będzie szczęśliwa, gdyż ja do pani złości nie chowam. Do widzenia. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy musieli się więcej ze sobą widywać.
Biedak jednak nie wiedział, że wkrótce przewrotny los znowu postawi ich oboje na swojej drodze. Ale my, jako pragnący zaciekawić swoich czytelników autor, nie będziemy uprzedzać faktów.
Raul powiedziawszy to, co chciał powiedzieć, wyszedł z domu i zniknął na ulicy.
Francesca najpierw poczuła rozgoryczenie i żal, ale po chwili smutek jej zastąpiony został przez złość. Niby dlaczego ten chłystek uzurpuje sobie prawa do niej? Czy ona mu coś obiecywała? Nic, zupełnie nic. A jeśli nawet, to cóż z tego? Jakim prawem on śmie robić jej wymówki? Przecież ona kocha innego, a przynajmniej tak czuje w swoim sercu. A gdyby on pokochał inną, to oczywiście by było co innego i miałby na to swoje własne wytłumaczenie. Oczywiście! Typowy, żałosny męski punkt widzenia. Mężczyznom niby wszystko wolno! I jak ma być sprawiedliwość na tym świecie?
Rozmyślania panny Francesci zostały gwałtownie przerwane, a do pokoju weszła pani Helena de Saudier. Miała już ona co prawda czterdzieści dwa lata, ale wciąż była niezwykle uroczą i piękną blondynką. Jej uroda nadal podbijała serca wielu mężczyzn. Panią Helenę otaczały całe rzesze wielbicieli. Była to bowiem kobieta nie tylko piękna, ale i bardzo dobra oraz odważna. Różniła się diametralnie od swojej siostry, gdyż od zawsze była zrównoważona i opanowana, liczyła się też ze zdaniem otaczających ją ludzi. Gdy skończyła szesnaście wiosen wydano ją za mąż, za starszego o piętnaście lat pułkownika Ludwika de Saudier, bardzo w niej zakochanego. Mąż bardzo kochał panią Helenę, ona zaś w czasie trwania ich związku nauczyła się go szanować i z czasem odwzajemniła jego miłość. Niestety, nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza szczęście dwojga ludzi. Po dziesięciu latach małżeństwa pułkownik zmarł, zostawiając zrozpaczonej wdowie cały swój majątek. Dodajmy przy tym, że był to całkiem spory majątek - dwieście tysięcy liwrów. Po śmierci siostry pani Helena zaopiekowała się jej córką, panną Francescą. Kochała ją jak własne dziecko, co jednak nie oznaczało, że patrzyła bezkrytycznie na jej postępowanie. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie zwracała dziewczynie uwagę na to, że jej zachowanie jest chwilami co najmniej niestosowne. Dawała mądre rady, których niestety Francesca zdecydowanie nie lubiła słuchać.
- Raul już wyszedł? - zapytała pani Helena.
- Tak - odpowiedziała krótko Francesca.
Nie miała teraz ochoty na rozmowę, a już na pewno nie ze swoją przemądrzałą ciotką, której chyba wydawało się, że pozjadała wszystkie rozumy.
- I jak? Zakładam, że przyjęłaś jego oświadczyny.
- Nie, ciociu.
- Nie przyjęłaś ich?
- Nie.
- A więc to tak... - mruknęła pani Helena, celowo przeciągając wypowiadane przez siebie słowa - Zwodzisz na manowce tego biednego chłopca, którego ja zdążyłam już polubić, a teraz proszę. Odrzucasz go i posyłasz do diabła.
- Nie wiesz, ciociu, dlaczego to zrobiłam! - zawołała Francesca cała oburzona wyrzutami kobiety - Nie znasz pobudek, którymi się kieruję!
- Nie znam i nie chcę ich znać! - odkrzyknęła Helena de Saudier, po czym dodała już ciszej: - Wiem tylko jedno. Nie można się tak bawić ludzkimi uczuciami. Kiedy otrzymujesz prawdziwą miłość, a osoba ofiarująca ci tę miłość jest osobą porządną, to przyjmij lepiej to uczucie z pocałowaniem ręki. Dobrze ci radzę, tak właśnie postępuj.
- A to niby dlaczego?
- A to niby dlatego, że nie jest łatwo znaleźć prawdziwe uczucie. Ten świat jest brudny, ohydny i odpychający.
- Mnie to mówisz, ciociu....
- Tak, tobie. Bo najwyraźniej nie wiesz o tym.
- Wiedz, że zdaję sobie z tego sprawę i to lepiej niż ci się wydaje.
- Śmiem wątpić. Niby jesteś dorosła, a jednak zachowujesz się jak jakiś rozkapryszony bachor, którym najwidoczniej wciąż jesteś.
- Ciociu! Jak możesz?!
- Moja siostrzenico! Dobrze ci radzę, przemyśl sobie to, co teraz ci powiem! Twoja matka traktowała mężczyzn jak zabawki i niczym się nie przejmowała. Ojcem twoim pogardzała, lekceważyła na każdym kroku to, co on mówi, co czuje i wszystko, co go dotyczy. Dopiero wtedy, gdy go straciła, to zrozumiała, ile on dla niej naprawdę znaczył i ile dobrego robił dla nich obojga. Z tobą też tak będzie, zapewniam cię. Teraz się śmiejesz, lecz wkrótce możesz bardzo gorzko zapłakać. Dzisiaj odtrąciłaś mężczyznę, który cię kocha. Jutro ktoś inny w podobny sposób potraktuje ciebie i sama będziesz temu winna.
Francesca na takie dictum już nic nie odpowiedziała pani Helenie. Poszła jedynie do swojego pokoju, zamknęła drzwi i ze złości rozbiła wazon rzucając nim o podłogę. Bo jakim prawem ciotka śmie jej dyktować, co ona ma robić i gdzie powinna lokować swe uczucia? Nikt nie ma do niej prawa tak mówić. Ona przecież sama doskonale wie, co jest dla niej lepsze.

1 komentarz:

Archie pisze...

Francesca, podobnie jak jej matka, lubi się bawić ludzkimi uczuciami, ale niestety takie zachowania nie są rzadkością, choć już wcześniej powinna dać Raulowi do zrozumienia, że nic z ich związku nie będzie, skoro nic do niego nie czuła, a nie przez cały czas go zwodziła, rozkochując go w sobie po to tylko, by na koniec odrzucić jego oświadczyny. Nic dziwnego, że Raul po takiej odmowie poczuł się naprawdę upokorzony, skoro potraktowała go w sposób tak przedmiotowy, w ogóle nie licząc się z jego uczuciami.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...