piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 06

Rozdział VI

Niewesoła przygoda pana Colgena, zakończona jednak dobrze dla niego

Jak więc wspominaliśmy w poprzednim rozdziale Jean Pierre Colgen obudził się rano, dokonał porannej toalety, zjadł śniadanie z Luizą i hrabiną de Willer, następnie wsiadł do karety i kazał się wieźć do Paryża. Jego pałacyk znajdował się, jak wyjaśniliśmy wcześniej, niecałe pół dnia drogi od stolicy Francji. Czas najwyższy również powiedzieć, dlaczego właśnie taka odległość dzieliła go od Paryża. Otóż odpowiedź jest prosta. Pan Colgen nie znosił odpoczywać w gwarze i hałasie tego miasta. Miał tego dość na co dzień, więc chciał chociaż w niedzielę odpocząć w ciszy i spokoju. Niedziele były dla niego na tyle ważne, iż uznał, że należy je traktować wyjątkowo. A wyjątkowo, to oznacza: jak najdalej od miasta, jak najbliżej wsi. Zasada ta sprawdzała się całkowicie. Cisza, spokój, domowe zacisze, brak problemów codziennych. Jedną i chyba jedyną wadą takiego mieszkania były te ciągłe podróże z pałacyku do Paryża w poniedziałek rano i z Paryża do pałacu w sobotę wieczorem.
Droga jednak wiodła tam przez las, a w nim, jak powiadano, czasem czaili się bandyci. A ponieważ nie była to Anglia czasów Ryszarda I Lwie Serce, więc grasująca banda (jeśli rzeczywiście taka istniała) nie mogła być wesołą kompanią Robin Hooda, lecz grupą okrutnych rzezimieszków, dla których nie istniało pojęcie miłosierdzia.
Pan Colgen na własnej skórze o tym się przekonał.
Po opisie, który umieściliśmy na początku tego rozdziału Czytelnicy chyba nie będą zdumieni, jeśli powiemy, że w czasie podróży rozległ się nagle strzał z muszkietu oraz głośny okrzyk „Stać!” wypowiedziany grubym i donośnym głosem. Kareta zatrzymała się, a po chwili otworzono przemocą jej drzwi i ukazał się w nich zbój z muszkietem w ręku.
- Wysiadaj pan! - zawołał bandyta.
- Przywykłem do lepszego traktowania - odpowiedział Colgen bardzo dumnym tonem.
- O! Czyżby?! - zawołał rozbójnik ironicznie, udając ukłon - Zatem niech wasza szlachetność raczy stąd wysiąść.
- To już lepiej.
Colgen nie tracąc odwagi wysiadł z karety. Zobaczył skierowane w swoją stronę okrutne fizjonomie bandytów, których, zgodnie ze zwyczajem opisywanym w rozmaitych baśniach, było dwunastu. Wszyscy z potężnymi barami, brodaci i groźni. Każdy miał w ręku muszkiet, dwa pistolety i sztylet. Do boków mieli przypasane szpady lub rapiery. Jedni obszukiwali karetę i służbę, inni zaś pilnowali, aby nikt im nie przeszkadzał, pozostali przyglądali się Colgenowi.
- No proszę, proszę - powiedział najwyższy ze zbójów, który był, jak się domyślił Colgen, ich hersztem - Kogóż mu ty mamy? Toż to pan minister Colgen we własnej osobie.
- Minister?!!! - zawołali chórem zbóje, przerywając swoje zajęcia i uważnie spoglądając na Colgena.
- On sam - odpowiedział dumny jak zawsze minister - A wy jesteście rozbójnikami.
- Nie inaczej - odpowiedział herszt zadowolonym tonem.
- W takim razie, jako minister policji mam zaszczyt wam oznajmić, że jesteście aresztowani. Jeżeli dobrowolnie złożycie broń i poddacie mi się, to obiecuje wam, iż zapewnię wam łagodny rodzaj śmierci.
Zbóje słysząc jego słowa ryknęli śmiechem.
- Słyszeliście to? Łagodny rodzaj śmierci? A to dobre? On chyba sobie z nas żartuje - śmiali się rozbójnicy.
- Szanowny pan chyba zapomniał, kto jest w czyich rękach - rzekł,uśmiechając się złośliwie ich herszt.
- W czyich rękach jestem, tego nie wiem, gdyż szanowny pan nie raczył mi się przedstawić - odparł Colgen.
- Ach tak, oczywiście, gdzie są moje dobre maniery? - herszt bandy ironicznie ukłonił mu się, zdejmując kapelusz - Pozwoli pan, że mu się przedstawię. Jestem Georges Patersais, znany również pod przezwiskiem Krwawy Georges. Zapewne słyszał pan o mnie?
- A i owszem - odpowiedział Colgen, starając się nie zwracać uwagi na złośliwy ton zbója.
- I zapewne pan wie, iż ci, którzy wpadli w nasze ręce, nie wychodzą ot tak sobie. Muszą zapłacić okup.
- Jeśli tylko o to chodzi, to wyślijcie posłańca do mojego pałacu. Zapłacą tam wam tyle, ile tylko chcecie. Podajcie swoją cenę.
Bandyci przez chwilę narazili się, po czym podali sumę, która mogłaby w sam raz stanowić okup nawet za Ojca Świętego. Colgen doszedł do wniosku, że w pewnym sensie ta suma nawet mu schlebia, gdyż dowodzi jego wartości, więc zgodził się na nią bez wahania.
- Wyślijcie posłańca, a dostaniecie tyle ile żądacie - rzekł Colgen.
- Tak, pewnie, żeby panowie lokaje na zbity pysk go wywalili, bo mu nie uwierzą - mruknął jeden ze zbójów.
- No właśnie, albo mogą go uwięzić i wysłać uzbrojony oddział na pomoc - dodał drugi.
- Więc wyślijcie mnie, a ja wrócę z pieniędzmi.
- Albo z posiłkami - dokończył trzeci zbój.
- Daję wam słowo, że tak nie zrobię. A co jak co, ale danego słowa zawsze dotrzymuję - powiedział Colgen, który poczuł się wówczas urażony kwestionowaniem jego słowności.
- Słowo ministra nic nie znaczy - mruknął czwarty zbój.
- Przykro mi panie Colgen, lecz muszę się z nimi zgodzić - dodał Krwawy Georges z kpiną w głosie - Zawsze tak było, że na sto zdań ministra dziewięćdziesiąt z nich to kłamstwa, a tylko dziesięć jest prawdą, choć i to ostatnie nie jest regułą.
- Moje słowo honoru zalicza się właśnie do tych dziesięciu jakże prawdziwych słów.
- Lepiej jednak wysłać posłańca - zakończył sprawę herszt, po czym wskazał na jednego ze swych ludzi - Hannibal, ty pojedziesz.
- Musimy mieć jednak jakiś znak, aby udowodnić, iż pan Colgen jest w naszych rękach - rzekł wywołany bandyta.
- Może mój pierścień? - zaproponował minister.
- Zgoda - odparł herszt, uśmiechając się ironicznie - Ale razem z palcem.
- Z palcem? - Colgen był przerażony  - Czy ja dobrze słyszałem?
- Tak, dobrze pan słyszał. Weźmiemy twój pierścień, ale tylko razem z palcem.
- A po co wam mój palec?
- Posłaniec będzie dzięki niemu bardziej wiarygodny - wyjaśnił mu Krwawy Georges - Poza tym, damy tak do zrozumienia pańskim bliskim, że nie żartujemy.
W Colgenie odezwał się bohater. Wiedział, iż jeżeli będzie błagał o to, aby bandyci nie obcinali mu palca, nie tylko nie spełnią jego prośby, ale jeszcze wyśmieją go jako tchórza. Nie miał zamiaru okazywać strachu. O nie! Żaden Colgen jeszcze tak nisko nie upadł, aby błagać o litość i on również tego nie zrobi.
Słysząc więc, iż wokół dobiegają śmiechy zbójców, którzy sądzili, że się boi, poczuł złość. O, nie ma mowy, nie zobaczą tego, jak on truchleje. Odetchnął więc głęboko i powiedział:
- Dobrze, panowie rozbójnicy. Miejmy to już za sobą. Jestem Jean Pierre Colgen, ze szlachetnego rodu Colgenów, w którym nigdy nie było tchórzy. Róbcie sobie, co chcecie, ja zachowam się godnie. W każdym wypadku. Nie myślcie, że się boję. Żaden Colgen nie splamił swego honoru tchórzostwem i ja będę wierny tej zasadzie. Róbcie swoje.
- Bardzo dobrze - rzekł Krwawy Georges - Panowie, czyńcie swoją powinność.
- Z przyjemnością - odparł jeden ze zbójów, wyjmując nóż.
Colgenowi czoło spłynęło potem, ale wytrwał. Czego jak czego, ale nigdy nikomu nie pokaże się, że się boi. Zwłaszcza nic nie wartej, wyjętej spod prawa bandzie rzezimieszków.
Wtem padł strzał. Zbój, który trzymał w ręku nóż, padł martwy na ziemię. Rozbójnicy rozglądali się, z której strony strzelono, gdy padł drugi strzał i kolejny zbój osunął się bez życia pod nogi herszta.
- Co jest, do stu diabłów?! - zawołał Krwawy Georges rozglądając się dookoła i szukając miejsca, z którego padł strzał.
Zza drzew wyskoczyli dwaj jeźdźcy ubrani w mundury królewskiej gwardii. Muszkieterowie. Z bojowym krzykiem rzucili się na bandytów.
- Chłopcy, na nich! - ryknął herszt i cała jego banda ruszyła na naszych bohaterów.
Młodzieńcy jednak nie przerazili się. Jeden z nich, szatyn, wyjął pistolet i strzelił z niego do najbliższego zbója, który znalazł się w jego pobliżu. Następnie wyjął szpadę i ciął nią przez głowę kolejnego. Potem zeskoczył z konia i rozpoczął zaciętą walkę. Drugi z nich, brunet, odkopnął nogą rozbójnika, który złapał go za popręg od siodła, próbując ściągnąć z wierzchowca. Następnie zeskoczył z konia, dobył szpadę z pochwy i zaatakował. Przez dłuższą chwilę udało mu się utrzymać przeciwników na dystans. Potem wypalił z pistoletu do zbója, który ruszył na niego z nożem. Cały czas jednak nacierało na niego trzech wrogów, tak samo, jak na jego towarzysza. Sytuacja była groźna.
- Jestem z wami, panowie! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - odezwał się krzyk i z lasu wyskoczył kolejny przeciwnik. Był to młody blondyn o gładkiej twarzy, również muszkieter. Wypalił on szybko z dwóch pistoletów do przeciwników swych wiernych przyjaciół. Jedna kula trafiła przeciwnika bruneta w plecy, kładąc go trupem na miejscu. Druga zdruzgotała ramię bandyty, który zaatakował szatyna. Potem zeskoczył ze swojego wierzchowca i ruszył na pomoc szatynowi, na którego nadal nacierało dwóch zbójców.
- No, jesteś nareszcie – mruknął szatyn - Co tak długo?
- Musiałem się napić. Wiesz dobrze, że z wysuszonym gardłem gorzej się biję - odparł zapytany.
- A więc skoro nie masz już suchego gardła, to teraz walcz! Bij, ile wlezie!
Chłopakowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Obaj ostro nacierali na swoich przeciwników. W końcu zmusili zbójców do cofnięcia się. Jeden z nich potknął się o korzeń. Wykorzystał to blondyn i bez litości przebił mu pierś szpadą. Z drugim było trudniej, ale po krótkiej walce i ten został pokonany. Obaj muszkieterowie chcieli natychmiast pognać na pomoc brunetowi, jednak okazało się, że sam świetnie dał sobie radę. Po zaciętym pojedynku zabił jednego ze swoich wrogów, a drugiego ranił w nogę i rękę.
- Dobra robota, chłopie! - zawołał szatyn.
- A jakże! - odpowiedział brunet, kłaniając się wesoło.
Wówczas, zdejmując kapelusz, zauważył, że nie ma on pióra. Okazało się, że podczas walki jeden ze zbójów odciął mu je szpadą.
- To łajdak! - krzyknął brunet, ciskając swój kapelusz na ziemię - Spójrzcie na to! Ściął mi piórko z kapelusza!
- Ciesz się, że nie głowę - mruknął blondyn niezadowolonym tonem.
Na polu walki został tylko herszt, Krwawy Georges. Ten jednak nie miał najmniejszego zamiaru się poddawać.
- Oddaj szpadę, panie, a zachowasz życie! - zawołał do niego szatyn.
- To chodź i weź ją sam, jeśli starczy ci odwagi! - odparł na takie dictum Krwawy George.
- Dobrze, jak sobie życzysz.
Rozpoczął się zacięty pojedynek. Herszt był pewny swego rychłego zwycięstwa. Wierzył, że zwykły młodzik nie mógł się równać z osobą w jego wieku i z takim doświadczeniu. Atakował więc podstępnie i z rozwagą. Przynajmniej na początku, bo szybko odkrył, jak bardzo się pomylił w ocenie swego przeciwnika. Ten bez trudu i ze spokojem odpierał każdy jego cios. Wkrótce spostrzegł, że młody muszkieter po prostu bawi się z nim, unikając decydującego starcia. Zdenerwował się i zaatakował ze zdwojoną siłą. Chłopakowi było coraz trudniej odbijać jego ciosy, robił to jednak z dużą precyzją i nim Krwawy Georges się obejrzał, jego szpada wyleciała z furkotem w krzaki, zaś ten pogardzany przez niego młodzik przyłożył mu ostrze swojej broni do piersi. Herszt chciał się wycofać, ale trafił plecami na drzewo. To był koniec walki.
- Poddajesz się, panie? - zapytał muszkieter.
- Poddaję się - odpowiedział - Nie mam wyboru.
- Pójdziesz teraz z nami do Bastylii, gdzie będziesz czekał na sprawiedliwy wyrok za swoje zbrodnie.
- O nie, nie ma mowy! - zawołał hardo herszt - Nie zobaczysz mnie na szubienicy. Nigdy!
I nim muszkieter zdążył go powstrzymać, bandyta odepchnął go mocno i pochwycił nóż, który miał u pasa. Wbił go w swoją pierś, po czym martwy osunął się na ziemię. Muszkieterowie wpatrywali się w swego przeciwnika z lekkim podziwem w oczach. Owszem, ten człowiek był łajdakiem, to prawda, jednakże śmierć miał honorową, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.
- Kto by pomyślał, że on taki honorowy - rzekł muszkieter szatyn z podziwem w głosie - Wolał umrzeć, niż dać się złapać.
Colgen, który podczas walki odsunął się na bezpieczną odległość, aby nie mieszać się do niej niepotrzebnie, teraz podszedł do nich i zawołał:
- Brawo! Wspaniale! Wyśmienicie! Cóż to za odwaga. I jaki hart ducha! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem! Brawo! - wołał, klaszcząc cały czas w dłonie - Jesteście wspaniali, panowie!
Muszkieterowie dopiero teraz zwrócili na niego uwagę. Wcześniej byli zbyt zajęci walką, by zainteresować się losem osoby, którą uratowali. Teraz jednak ich wzrok skierował się na niego.
- Uratowaliście mi życie, panowie. Dziękuję wam bardzo. Możecie liczyć na moją dozgonną wdzięczność - mówił dalej minister.
- Spełniliśmy tylko swój obowiązek - odparł brunet.
- Właśnie, każdy na naszym miejscu postąpiłby to samo - dodał szatyn.
- Sądzę, że nie każdy, ale mniejsza z tym. Jeszcze raz wam bardzo dziękuję, panowie - rzekł z dumą w głosie Colgen.
- Nie ma za co, szlachetny panie - odpowiedział mu szatyn - Ale chcielibyśmy się dowiedzieć, komuż to przybyliśmy z pomocą?
- Jestem Jean Pierre Colgen, minister spraw policji i skarbu. A komuż ja zawdzięczam życie?
- Jakże to, komu, szanowny panie? - zdziwił się blondyn - Nam! Królewskim muszkieterom! Chyba widzi pan nasze mundury?
- Oczywiście, że je widzę, ale mnie chodziło raczej o wasze imiona, panowie.
- Jestem porucznik Raul Charmentall - odparł szatyn - A to moim przyjaciele: sierżant Francois de Morce oraz Fryderyk de Saudier.
Mamy bowiem wielką nadzieję, że Czytelnicy od razu rozpoznał w bohaterskich żołnierzach owe trio muszkieterów, głównych bohaterów naszej opowieści. Sądzimy też, że nie mieliście raczej żadnego problemu z dopasowaniem odpowiedniego koloru włosów do konkretnych osób.
Usłyszawszy nazwisko Charmentall pan Colgen zdumiał się i lekko zachwiał się na nogach.
- Jak pan się nazywa? Mógłby pan powtórzyć nazwisko?
- Raul Charmentall - odparł porucznik, któremu bladość ministra nie uszła bynajmniej uwadze.
Colgen zrobił się nagle blady jak ściana, gdy młodzieniec wymienił swoje nazwisko. Lekko zachwiał się na nogach, omal też nie upadł na ziemię.
- Czy panu słabo? - zapytał zatroskany Raul.
- Nie, nic mi nie jest - odparł szybko minister.
- Ale ja widzę, że coś panu dolega.
- Może chce pan wina, to pana pokrzepi - zaoferował się Francois.
- Nie, dziękuję, już czuję się lepiej.
Było to jednak kłamstwo. Nie czuł się lepiej. Postanowił jednak nie dać nic po sobie poznać. Wyprostował się i rzekł:
- Jak już wspomniałem, jestem wam wdzięczny, panowie. Pozwólcie, że wręczę wam ten skromny dowód mojego szacunku dla was. Nie wiele tego, ale jak przybędę do pałacu, to przyślę wam dziesięć takich.
To mówiąc wyjął on sakiewkę pełną złotych monet i chciał ją wręczyć Raulowi, ten jednak odmówił.
- Nie potrzeba nam tego. Przyjaźń pana ministra w zupełności nam wystarcza.
- Jeśli tak uważacie, to dobrze - rzekł Colgen, chowając sakiewkę - Ale wiedzcie, że dla mnie to żaden kłopot.
Francois patrzył chciwym okiem na woreczek złota i w tym momencie diabli szarpali jego duszę. Zwłaszcza wtedy, gdy usłyszał, że Raul jej nie przyjmuje. Oczywiście, że jej nie przyjmuje, to oczywiste. W końcu jest on całkowicie bezinteresowny, bo taki ma charakter. Jednak on może sobie nie przyjmować, jego sprawa, ale mógłby to robić jedynie w swoim własnym imieniu, a nie w imieniu całej ich trójki. Ale cóż.... Przysłowie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego“ niekiedy nabiera mniej przyjemnego znaczenia.
Colgen zaś zebrał swoich ludzi i szykował się do odjazdu.
- Jeśli jednak chce nam pan pomóc, to proszę zabrać tych łotrów, którzy jeszcze żyją, do Paryża i oddać ich w ręce żandarmerii - powiedział Raul.
- Z przyjemnością to zrobię - odparł minister i wydał służbie odpowiednie rozkazy.
Lokaje związali mocno czterech pozostałych przy życiu zbójów, a następnie przywiązali ich do tyłu karety.
- Zabralibyśmy ich sami, ale nam nie po drodze - rzekł Francois - Jedziemy na wieś odpocząć trochę od obowiązków i zgiełku Paryża.
- Rozumiem - odparł minister - Ja też często spędzam czas na wsi.
Muszkieterowie już mieli odjeżdżać, gdy nagle minister zawołał „Zaczekajcie”, wychylił się z karety i powiedział:
- Jeśli nie przyjęliście złota…
- Tylko on nie przyjął - mruknął pod nosem Francois, patrząc na Raula wilkiem.
Ale szybko dostał lekki cios w bok łokciem od Fryderyka. Dlatego zamilkł już i więcej się nie odzywał.
- … to może przyjmiecie zaproszenie na urodziny mojej córki Luizy, które odbywają się w tę sobotę. Będziecie honorowymi gośćmi.
Muszkieterowie rozpromienili się na twarzach, słysząc tę propozycję.
- To możemy przyjąć - odpowiedział Raul.
- A więc do zobaczenia w sobotę wieczorem!
Woźnica strzelił batem i kareta pognała w siną dal, ciągnąc za sobą rannych zbójców. Muszkieterzy zaś skierowali konie w stronę swojego celu, wiejskiego zajazdu.
- Wiecie, od tej całej walki, zachciało mi się pić - powiedział Francois - Napiję się wina, a wy?
- Nie dziękuję - rzekł Raul.
- Ja również - powiedział Fryderyk.
- Trudno, ale nie wiecie co tracicie.
- Wiemy za to, że stracimy parę zębów, jeżeli przez picie na koniu zlecimy na ziemię - mruknął Charmentall.
- Nie zachowuj się jak Trechevile - odparł nieco już zły de Morce i pociągnął z butelki.
Pił jednak tak mocno, że nie zauważył nisko wystającej gałęzi i za nim przyjaciele zdążyli go ostrzec, uderzyła ona dzielnego muszkietera w czoło i strąciła z konia na ziemię.
Raul i Fryderyk wybuchli śmiechem widząc, co się stało.
- Co w tym takiego śmiesznego? - spytał zły Francois.
- Wszystko - odparł Fryderyk, dusząc się ze śmiechu, a po chwili dodał - Ja wiedziałem, że alkohol szkodzi, ale nie, że aż tak.
- Francois, mój drogi – rzekł Raul, pomagając wstać przyjacielowi - A ileż to ja razy mamy ci powtarzać prostą zasadę jeźdźca? „Jeśli jedziesz, to nie pij”. Tak trudno to zapamiętać?
- Teraz to zapamiętam - mruknął Francois, powoli podnosząc się z ziemi - Wbiła mi się ta prawda mocno w głowę.
- A i owszem. Bardzo mocno - parsknął śmiechem Fryderyk - Tak mocno, że aż ci ta prawda guza nabiła.

1 komentarz:

Archie pisze...

Trzeba przyznać, że z Colgena jest doprawdy odważny i nad wyraz dumny człowiek, skoro nie stracił w ogóle zimnej kwi w obliczu tak wielkiego niebezpieczeństwa, które groziło mu ze strony tych niecnych zbójów i nie dał im się zastraszyć nawet wówczas, gdy nosili się z zamiarem ucięcia mu palca. Miał doprawdy wielkie szczęście, że trzech walecznych muszkieterów znajdowało się akurat w pobliżu i przybyło mu na ratunek, choć jego reakcja wywołana nazwiskiem Raula jest naprawdę podejrzana. Czyżby to właśnie on stał za śmiercią jego rodziców? Bo po takim człowieku jak on, to się można wszystkiego spodziewać, skoro jest taki chytry i podstępny i lubi działać w ukryciu.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...