Rozdział VII
Bal u ministra
Bal u ministra
Urodzinowe przyjęcie panny Luizy Colgen należało do jednych z najbardziej wykwintnych i najbardziej oczekiwanych w towarzystwie wydarzeń. Pojawił się na nim cały kwiat francuskiej arystokracji. Wszyscy znajomi Colgena przybyli złożyć życzenia jego córce. Co prawda niektórzy z nich przybyli tylko po to, by zjeść za darmo wykwintny posiłek i napić się dobrego wina, lecz nie zmąciło to spokoju i piękna owego przyjęcia. Zaiste, było to wspaniałe wydarzenie kulturalne. Pan minister dokładał wszelkich starań, żeby ludzie nie zapomnieli o nim tak szybko, więc zadbał o każdy szczegół. Pałacyk został udekorowany z najwyższym smakiem i gustem. Liczna służba gotowa na każde skinienie, zaś wina i szampana pan minister wybierał osobiście zwracając przy tym uwagę na rocznik i winnicę z jakiej pochodziły. Podano wyszukane zamorskie potrawy, sprowadzane osobiście przez kapitanów statków handlowych będących w służbie Colgena, a także owoce tropikalne. Podawali te specjały prawdziwi, egzotyczni służący. Krytycy zarzucali panu Jean Pierre, że jest to z jego strony brak patriotyzmu. Bo niby jaki patriota sprowadza do Francji zagraniczną służbę i przepłaca egzotyczne smakołyki ? Na takie zarzuty on jednak odpowiadał:
- Jestem zwolennikiem merkantylizmu, a w takim wypadku popieram eksport naszych towarów za granicę, lecz muszę zauważyć, że wcale nie przeszkadza mi to sprowadzać do Francji, za odpowiednią opłatą celną oczywiście, zagraniczne wyroby. A wiecie dlaczego? Ponieważ ci ludzie, od których skupuję surowce, to i tak nie mają co z nimi zrobić. Rynki wschodnie są nimi nasycone. Sprzedawcy zadowalają się każdą ceną, jaką im oferuję. A poza tym, komu mają ją sprzedawać? Niemcom, a może Austriakom? Oni co prawda dają lepsze gwarancje i niższe opłaty pobierają, ale mają to do siebie, że większość z tych obietnic bezczelnie łamią. Kupcy więc wolą sprzedawać nam, bo i komuż mogliby je zaoferować? Może Polakom, tym pewnym siebie nadętym bufonom w kontuszach z tureckimi ozdobami, zakochanym w tej swojej całej zwariowanej tradycji sarman… sarmask… sarmac… No, jak to się nazywa, Grusner?
- Sarmackiej, Herr Colgen - pośpieszył z odpowiedzią sekretarz.
- No właśnie. Do tego oni nie są otwarci na nowości. Siedzą w tych swoich zwyczajach po uszy i obnoszą się ze swą wyższością intelektualną nad innymi narodami. A jak pojawi się kiedyś jakiś szlachetny pan, który pragnie ukazać im nieco ogłady z wielkiego świata, to zaraz go potępiają i nazywają zdrajcą i wyfraczkowatym lalusiem. Cóż to za brak kultury oraz wychowania. Co to za naród? I podobno oni tam wybierają swojego króla. To już kompletny szczyt głupoty. Kraj, w którym byle szlachcic może zostać władcą, musi w końcu upaść. Ja wam to mówię.
Uśmiechnął się, po czym kontynuował wykład.
- Wracając jednak do tematu, to muszę rzec, że handel taki, jaki ja prowadzę, może wygląda na niezbyt patriotyczny, ale jest z całą pewnością zyskowny. Zbijamy majątki na kupcach ze Wschodu, powiększamy nasz budżet, a do tego mamy okazję wyeliminować z rynku naszych zaciętych wrogów, Habsburgów. To są nasi najwięksi przeciwnicy, więc musimy ich zwalczać wszelkimi sposobami. Zwłaszcza w handlu. To najlepszy sposób. Wojny do niczego nie prowadzą, ale walki gospodarcze i owszem.
Słowa te potrafiły przekonać nawet największych sceptyków, lecz mimo to niektórzy nadal patrząc na pana ministra mruczeli pod nosem różne obraźliwe słówka, takie jak: „wstrętny ciułacz” „żałosny głupiec“ oraz „marnotrawca państwowych pieniędzy”. Nie myślcie jednak, że Colgen nie wiedział o tym, jak nazywają go ludzie. Wiedział bardzo dobrze i nie tylko mu to nie uchybiało, ale nawet się podobało. Wiadomo bowiem, że ten, którego obgaduje szlachta, jest zwykle porządnym człowiekiem i zdobywa szacunek uczciwych ludzi. Poza tym pan minister przestrzega tej zasady, że lepiej niech już mówią cokolwiek, niż nie mają mówić nic. Sławę zapewnia człowiekowi m.in. właśnie ludzkie gadanie.
O ile jednak ludzie potrafili jeszcze zrozumieć zagraniczną służbę i potrawy, nie potrafili pojąć, jak można lubić w angielską literaturę, taką chociażby jak sztuki Szekspira, których pełno w bibliotece jego córki Luizy. Więc jeśli potrawy ze Wschodu uznano za niezbyt patriotyczne, to musicie sobie wyobrazić reakcję niektórych osób na dzieła pochodzące z kraju odwiecznych wrogów Francji. Tej samej Anglii, którą zwalczano równie bezwzględnie, co państwa Habsburgów. Kilka osób, o bardzo ograniczonym intelekcie, było tym oburzone. Nie mogli oni zrozumieć tego stanu rzeczy. Czyż trzymanie w swoich zbiorach dzieł literackich z kraju protestanckiego nie było zbrodnią nie tylko wobec państwa, ale i Kościoła? Jedna z pań zadała niedawno takie pytanie Colgenowi, ten jednak odpowiedział jej tak:
- Pani baronowo, literatura jest rzeczą niezwykle piękną. Pozwala nam rozwinąć swoje horyzonty umysłowe. Nie można więc jej potępiać. Zaś czytanie Szekspira uważam za przejaw rozsądku oraz pragnienie poszerzenia swej wiedzy. Wszakże to pragnienie powinno być obowiązkiem, a także przywilejem każdego rozsądnego człowieka. Tak wielki dramaturg, jakim był Szekspir nie ponosi za to winy, że się urodził w heretyckim kraju. Poza tym to nie pochodzenie autora decyduje o wartości dzieła, tylko jego talent. Ponadto, powiedzcie mi moje panie, która z was zwraca uwagę na to, że autor tego czy owego romansu, w których wy się zacytujecie, był np. galernikiem, uwodzicielem, czy też spiskowcem lub protestantem? Żadna z was. Więc w takim razie fakt, że mam w swoich zbiorach pana Szekspira, nie jest tu bynajmniej zbrodnią, ale dowodem erudycji i otwartości na kulturę innych narodów.
Po wygłoszeniu takich właśnie mądrych uwag pan Colgen zawsze kończył rozmowę, zaś sceptycy, którym zabrakło argumentów milkli pod wrażeniem rozwagi i mocnych słów ministra. On zaś nie przejmował się bynajmniej, czy kogoś przekonał, czy nie. Ważne, że wobec siebie był całkowicie uczciwy.
Wróćmy jednak do przyjęcia urodzinowego panny Luizy. Lokaj stojący przy drzwiach wejściowych co chwilę oznajmiał przybycie kolejnych znamienitych gości. Uprzejmy (i przewidujący) gospodarz natychmiast pojawiał się w pobliżu, żeby ich osobiście uprzejmie powitać i wyrazić nadzieję, że czas spędzony w jego skromnych progach nie będzie dla nich czasem straconym. Najbardziej jednak oczekiwani przybysze jeszcze się nie zjawili. Byli to oczywiście muszkieterowie, panowie Charmentall, de Morce i de Saudier. Przed nimi zjawił się kapitan Andre Trechevile, który co prawda nie należał do przyjaciół Colgena, lecz gospodarz zaprosił go, gdyż uznał, że brak zaproszenia Trechevile’a mógł być odczytany jako obraza przez panów Raula, Francois i Fryderyka, którzy byli z kapitanem w wielkiej przyjaźni. A to w efekcie doprowadzić by mogło do odrzucenia przez nich zaproszenia. Dlatego też Colgen nie ustawał w ukłonach i uprzejmościach, na co dobrze wychowany kapitan odpowiadał tym samym.
Wreszcie lokaj zaanonsował przybycie muszkieterów. Z cichym okrzykiem „Nareszcie!” minister podbiegł do drzwi i zaczął serdecznie witać swoich niedawnych wybawców, wyrażając przy tym żal, spowodowany nieobecnością pana Fryderyka. Raul usprawiedliwił przyjaciela nagłym atakiem choroby, co sprawiło, że musiał zostać w domu i ominęło go tak wspaniałe przyjęcie.
- Nam też jest smutno z tego powodu – tłumaczył kompana Francois – Bardzo polubiliśmy tego chłopaka, zwłaszcza po tej wspanialej walce z bandytami Krwawego George’a.
- Rozumiem. Walka o wspólny cel łączy ludzi - odpowiedział Colgen - A więc zapraszam panów serdecznie, ale najpierw pozwólcie mi przedstawić was reszcie towarzystwa.
Następnie minister stanął przy stole z przekąskami i chrząknął głośno oraz znacząco. Wszyscy natychmiast zwrócili na niego uwagę.
- Panie i panowie! - zawołał radosnym głosem minister - Mam wielką przyjemność i zarazem zaszczyt przedstawić państwu dwóch wspaniałych ludzi, którzy niedawno wyrwali mnie z rąk groźnych rozbójników szajki Krwawego Georges’a. Gdyby nie oni, nie było by mnie tutaj z wami. Panie i panowie! Oto moi wybawiciele: porucznik Raul Charmentall i sierżant Francois de Morce, muszkieterowie Jego Królewskiej Mości.
I wskazał wymienionych przez siebie ludzi dłonią.
Zewsząd spłynęły gratulacje odwagi i męstwa żołnierzy króla Ludwika. Nasi bohaterowie przyjmowali je z wrodzoną skromnością i rozwagą. Każdy chciał porozmawiać z muszkieterami lub uścisnąć im dłoń. Colgen co chwila wychwalał ich bohaterstwo. Lokaj oznajmił przybycie kolejnych gości, którymi były dwie panie. Minister musiał więc opuścić towarzystwo i przywitać nowo przybyłe osoby. Ich nazwiska Raul nie dosłyszał, ale zwróciło jego uwagę słowo: „pułkownikowa”. Obrócił się i wówczas zobaczył Colgena wprowadzającego za rękę piękną damę, blondynkę w wieku ok. czterdziestu dwóch lat. Obok niej szła młoda dziewczyna. Charmentall rozpoznał je. Były to Helena de Saudier i Francesca.
Co one tu robią? Colgen też je zaprosił? Widocznie tak, gdyż wyrażał właśnie swoją radość, że raczyły przyjąć jego zaproszenie. Ach, ta okropna Francesca. Przyszła tu widocznie drwić z jego nieszczęścia. Bo i po cóż by tu miała przyjeżdżać? Chyba wiedziała, że Raul tu będzie? Oczywiście mogła nie wiedzieć i ich spotkanie tutaj było zgoła przypadkowe. Jeśli jednak wiedziała, to dowodziło, jak bardzo perfidną i złośliwą była osobą. Zresztą, po gruntownym zastanowieniu się, doszedł do wniosku, że mu wszystko jedno. Postara się ją ignorować. Tak, to będzie najlepsze wyjście.
Raul zamknął oczy i kilka razy odetchnął głęboko. Przed oczami stanęło mu wspomnienie, w jaki sposób poznał Francescę. Było to przyjęcie, bardzo podobne do tego. Trechevile został zaproszony na urodziny pani Heleny de Saudier. Z jej mężem nieboszczykiem był w wielkiej przyjaźni. Pani pułkownikowa zawsze go zapraszała z okazji swoich urodzin lub świąt. Na jedno z takich przyjęć Trechevile zabrał ze sobą Raula. Tam właśnie chłopak poznał siostrzenicę ich gospodyni, Francescę de Villervie, którą pułkownikowa zaopiekowała się po śmierci jej rodziców. Dziewczyna była porywcza, impulsywna, ale bardzo piękna, więc nie dziwota, że Raul się w niej zakochał. On również nie wydawał się jej obojętny. Spędzali ze sobą dużo czasu. Namiestnik muszkieterów (Raul był wówczas jeszcze namiestnikiem) dość często odwiedzał panią de Saudier i jej siostrzenicę. Zaskarbił sobie przyjaźń i szacunek tej pierwszej oraz względy i uczucie tej drugiej. Tak przynajmniej sądził. Podczas poufnej rozmowy zapytał ją, czy wyszłaby za niego, gdyby ją o to poprosił. Odpowiedziała, żeby jej dał czas do namysłu i napomknęła, że za wojskowego, którego ciągle nie ma w domu, nie wyjdzie na pewno. Więc porzucił służbę i rozglądał się za małym majątkiem ziemskim, w którym mógłby z nią osiąść na stałe. Ale kiedy przyszedł po odpowiedź na pytanie, czy oficjalnie może prosić o jej rękę … ona odprawiła go z kwitkiem. Cóż.... dobrze, że kapitan przyjął go z powrotem, bo inaczej chłopakowi zostałoby chyba jedynie w łeb sobie strzelić z rozpaczy. A tak będąc na służbie miał zajęcie i nie myślał wiele o swoim złamanym sercu.
Charmentall otworzył oczy i powoli rozejrzał się dookoła sali balowej. Wspomnienia go opuściły i spojrzał ponownie na Francescę. Mimo tego, jak go potraktowała, wciąż coś do niej czuł. I trudno mu było zaprzeczyć, że była ona oszałamiająco piękna. A swoją drogą, czy ona nie przypomina mu kogoś, kogo poznał niedawno? I owszem, nawet bardzo mu tego kogoś przypomina. Ale kogo dokładniej? Nie potrafił sobie przypomnieć.
Lecz na to zawsze będzie czas. Na razie trzeba podejść i się przywitać. Chociaż nie trzeba, oni sami już idą w jego stronę.
- Pozwolę sobie przedstawić paniom moich honorowych gości - rzekł Colgen - Panów Charmentalla i de Morce.
- Z panem Charmentallem już się znamy - odpowiedziała Helena de Saudier, uśmiechając się do Gaskończyka - Miło pana znowu widzieć.
- Mnie panią również, pani Heleno - odparł Raul.
Francesca nadal milczała. Chłopak liczył na to, że przynajmniej go powita, ale przeliczył się. Co prawda dziewczyna, szturchnięta przez ciotkę bąknęła pod nosem coś w rodzaju „Witam pana”, ale zaraz umilkła.
A więc ma zamiar gniewać się na mnie i ignorować, pomyślał Raul. Dobrze, skoro tego chce, to niech tak będzie.
On również nie zwracał na nią uwagi, prowadząc miłą konwersację z jej ciotką oraz ich zacnym gospodarzem. Za to Francois, którego te normy nie obowiązywały, zagadywał śmiało obie te damy. Wyraził również swój wielki podziw dla jej kuzyna, pana Fryderyka de Saudier, bratanka jej ciotki, okazując przy tym smutek z powodu braku młodzieńca na balu. Cóż, choroba nie wybiera. Ale, jacyż oni są podobni, Fryderyk i Francesca. Żadne jeszcze kuzynostwo nie było aż tak podobne do siebie. Jak to jest możliwe, zważywszy na fakt, iż przecież są spokrewnieni tylko poprzez małżeństwo pani pułkownikowej?
Dziewczyna nic jednak na to nie odpowiedziała, nadal milczała i patrzyła co chwilę w przeciwną stronę, jakby bojąc się, że nagle rozpozna ją zazdrosny były amant. Raul jednak nie zwracał na nią uwagi, zaś pana hrabiego de Charen mimo zaproszenia nie było na przyjęciu, gdyż obecnie zmienił klimat na bardziej wilgotny, uciekając przed wierzycielami do Anglii.
Nagle Colgen zaklaskał w ręce. Wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę czekając na to, co on powie.
- Panie i panowie! Moja córka, panna Luiza Colgen!
Wszystkie twarzy spojrzały w kierunku schodów, które gospodarz wskazał ręką. Schodziła po nich niezwykle piękna istota w różowej sukni i białych rękawiczkach. Miała ona śliczne błękitne oczy, włosy koloru brązowego, który jednak w niektórych miejscach przechodził w rudy, urocze różowe usteczka, gładkie policzki i lśniąco białe zęby, widoczna w uśmiechu, często goszczącym na jej twarzyczce. Zeszła z gracją po schodach i podała rękę ojcu, który czekał już na nią na dole. Wszystkim zebranym zabrakło słów. W życiu jeszcze nie widzieli tak pięknej istoty. Urody mogły jej pozazdrościć nawet największe modnisie w całym Paryżu. Bowiem wdzięk panny Luizy był naturalny, podczas gdy tamte zdobywały go w sposób sztuczny, za pomocą ostrego makijażu.
Colgen poprowadził córkę do Raula i Francois i rzekł:
- Pozwól, córeczko. Oto pan Raul Charmentall, porucznik królewskich muszkieterów oraz jego przyjaciel, baron Francois de Morce, sierżant w tej samej formacji. Gdyby nie oni, to nie wiem, czy byś mnie jeszcze widziała żywego. Podziękuj im bardzo i zachowaj o nich ciepłe wspomnienia, bo warci są oni tego.
- Bardzo mi miło poznać panów - przemówiła słodkim głosikiem Luiza.
- Cała przyjemność po naszej stronie, panno Luizo - odparł Raul, całując ją w rękę, którą ona wysunęła w jego stronę.
- A jakżeby inaczej - dodał Francois, czyniąc to samo.
Colgen odprowadził córkę do głównego stołu i posadził na honorowym miejscu. Wszyscy goście również usiedli na swoich miejscach. Następnie Colgen wstał i wyraził swój podziw, jak z tak małej poczwarki, jakim niegdyś była jego córka, wyrósł taki wspaniały motyl. Dodał również, że trzymał córkę w domu chroniąc ją przed wielkim światem. Tłumaczył swoją decyzję tym, iż jeszcze nie nadeszła ku temu pora. Teraz jednak bez przeszkód może ją zabrać do Paryża i zapoznać z tamtejszą arystokracją. Jeśli zaś chodzi o dzisiejszy dzień, to chce, aby jego jedyna pociecha mogła być szczęśliwa i bawiła się znakomicie w tym domu, gdzie przeżyła tyle pięknych chwil, i który będzie zmuszona opuścić. Niech wszyscy więc okażą jej swoją przyjaźń. Następnie życzył córce wszystkiego najlepszego w przyszłości i zaprosił gości na poczęstunek.
Goście zabrali się do wówczas jedzenia. Spożywali posiłek, przy okazji prowadząc nawzajem przyjazne rozmowy. Później, gdy kolacja dobiegła końca Colgen dał znak muzykantom, aby zaczęli grać. Rozpoczęły się tańce. W pierwszej parze śmigała panna Luiza z panem Francois, który uprzedził w tej sprawie Raula. Ten natomiast, z braku partnerki, zaprosił więc do tańca Francescę, jednak nie przemówił do niej ani jednym słowem, choć Luiza i Francois robili to między sobą cały czas aż do ustania muzyki. O czym oni rozmawiali, tego już Raul nie wiedział. Widział jednak ten tępy wyraz twarzy (jak złośliwie go określał Trechevile) i z całą pewnością stwierdził, że jego przyjaciel musiał się w pannie zakochać. To niezwykłe, nieprawdaż? Raz tylko zobaczyć i już pokochać. Ale czyż nie tak samo było z nim i Francescą? Dokładnie tak samo. Z tym, że jego uczucie okazało się pomyłką. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie miał więcej szczęścia.
Pary się zmieniły i Raul porwał do tańca pannę Luizę, podczas gdy Francois ujął za dłoń Francescę. Również Trechevile zamienił się damami z Colgenem, nie zrobił tego jednak z sympatii do niego, ale dlatego, że minister wirował po sali z panią Heleną de Saudier. Trechvile pragnął z nią jeszcze porozmawiać o młodych ludziach, którymi się opiekowali. Kiedy więc zaczęli tańczyć, zapytał:
- Zauważyła pani Raula? Ani razu nie przemówił do pani siostrzenicy. To nie w porządku. To, że są na siebie obrażeni nie oznacza jeszcze, że zaraz cały świat musi o tym wiedzieć.
- To prawda - odpowiedziała pani Helena - Jednakże Francesca sama jest sobie winna. Dlaczego go odtrąciła? Dała chłopakowi nadzieję, a potem mu ją odebrała. Teraz ma za swoje i dobrze jej tak.
- Możliwe, jednakże nie sądzę, aby takie zachowanie było godne muszkietera, a do tego szlachcica. Już ja mu sprawię burę.
Helena de Saudier przytrzymała go jednak za ramię.
- Nie rób pan tego. Oni sami już sobie wypominają swoją zawziętość. Zobaczy pan, że wkrótce się pogodzą.
- Miejmy nadzieję. Zima idzie, a klimat się zmieni na chłodniejszy. Przydałoby się więc jakieś wesele. Nic bardziej nie rozgrzewa zimą niż szalone tańce weselne.
- Możliwe, że będziemy mieli dwa wesela - powiedziała pani Helena zagadkowym tonem.
- Jakże to? - zapytał zaintrygowany jej słowami Trechevile.
- Widziałeś pan Francois i pannę Luizę? Jak oni na siebie patrzyli?
- Owszem, ale czy to jest miłość?
- Jak nie miłość, to co? Może wrzody?
- Skądże, po co zaraz wrzody? Po prostu zauroczenie.
- Wierz mi pan, że od zauroczenia do miłości jest bardzo blisko.
- Tak pani myślisz?
- Nie tylko myślę, ale jestem pewna.
Rozmowa się urwała. Taniec się skończył. Zagrano kolejny utwór, tym razem jednak nie wszyscy tańczyli. Niektórzy odprowadzali partnerki na bok i prowadzili z nimi rozmowę. Tak też zrobił Raul z Luizą.
- Czy wierzy pani w poprzednie wcielenie, panno Luizo? - rozpoczął rozmowę Raul.
- Sama nie wiem. Dlaczego pan mnie o to pyta? - odparła Luiza bardzo zdumiona tym pytaniem.
- Bo nie wiem dlaczego, ale mam takie dziwne wrażenie, że już panią skądś znam. I jakbym od dawna panią lubił i szanował, ale cóż... To tylko złudzenie.
- Możliwe - wyszeptała cichym głosikiem Luiza, ale w duchu poczuła to samo, co Raul.
- Może się mylę, lecz ma pani chyba gaskoński akcent.
- Moja matka wychowywała się w Gaskonii.
- Pamięta ją pani?
- Słabo. Zmarła młodo.
- To tak, jak ja moja. Tyle, że ona zginęła.
- Zginęła? - panna Luiza zwróciła na niego swoje błękitne oczęta.
- Tak. Zabił ją tajemniczy człowiek w czerni, a tuż po tym zabił on również mojego ojca. Przysiągłem wówczas temu łotrowi, że zapłaci mi za to. Jednakże minęło już dwadzieścia lat, a ja jeszcze go nie znalazłem.
Luiza położyła mu dłoń na ramieniu.
- Wierzę, że to się panu uda. Będę się o to modliła wieczorem.
- Dziękuję pani.
- Nie ma za co. Po prostu poczułam do pana ogromną sympatię, której jednak nie potrafię racjonalnie wyjaśnić.
- Ani ja.
- Kiedyś na pewno to zrozumiemy, ale na razie, skoro się tak lubimy, to obiecajmy sobie, że będziemy służyć sobie pomocą. Widzi pan, ja w poniedziałek jadę do Paryża. Nie znam tam nikogo. Bardzo chciałabym pana prosić, abyś raczył pan odwiedzić mnie i moją guwernantkę w naszym pałacyku na ulicy Słonecznej 5. Lepiej będę się czuła mając świadomość, iż mam przyjaciela w tym wielkim i nieznanym mi świecie.
Raul był tymi słowami bardzo wzruszony.
- Obiecuję spełnić pani prośbę, panno Luizo.
- A więc podajmy sobie oboje ręce na znak przyjaźni - powiedziała uśmiechnięta już całkowicie Luiza, wyciągając swoją dłoń, którą Raul uścisnął, a potem pocałował.
- I jeśli można prosić, to proszę też od czasu do czasu przyprowadzić też swojego przystojnego kolegę - szepnęła chłopakowi na ucho wskazując wzrokiem Francois, rozmawiającego właśnie wesoło przy kieliszku wina z Trechevilem i Colgenem.
- Podoba się on pani? - zapytał bez namysłu Raul, nadal wesoło się uśmiechając.
- Tak, owszem - powiedziała Luiza.
Ale nagle zamknęła sobie usta, udając przerażenie. Potem pogroziła Raulowi palcem i rzekła:
- Panie Charmentall! Jak pan może zadawać mi takie osobiste pytania, zwłaszcza, że zna pan na nie odpowiedź. To nieładnie!
- Błagam panią o wybaczenie, panno Luizo - odpowiedział Raul, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu - Lecz jeśli się on pani podoba, to wówczas ja z przyjemnością go pani przyprowadzę. Choćbym miał go wykopać z pod ziemi.
- Dziękuję panu. Choć to ostatnie chyba nie będzie koniecznie.
- Ja myślę. Francois byłby głupcem, gdyby odrzucił takie zaproszenie.
Dziewczyna dygnęła przed nim i odeszła, posyłając mu na pożegnanie słodki i szczery uśmiech. Raul został sam ze swoimi myślami. Tak uroczej istoty jeszcze nie widział. Co tam Francesca, pal ją licho! Luiza to anioł. Ale ten anioł kocha Francois. W takim razie Raul Charmentall zrobi wszystko, aby go mogła dostać na męża, ponieważ Francois jest jego przyjacielem, a szczęście przyjaciele dla Raula było najważniejsze. Poza tym Charmentall od razu poczuł do panny Luizy ogromne uczucie, jak do rodzonej siostry. Pochodzenia tego uczucia nie umiał odnaleźć. Po prostu to poczuł i już.
W końcu przyjęcie dobiegło końca. Goście zaczęli się rozchodzić. Czekał ich powrót karetami i powozami do domów. Raula i Francois zaprosił do swego powozu Trechevile, gdyż chciał jeszcze z nimi się pośmiać i opowiedzieć parę ciekawych rzeczy. Na razie jednak sam wsiadł i czekał na przyjaciół, aż ci odprawią swoich ludzi z lektykami i oboje jeszcze porozmawiają na temat panny Luizy.
- Czyż ona nie jest piękna? - mówił Francois.
- O tak, niewątpliwie - odpowiedział Raul - Wierz mi lub nie, ale od razu poczułem do niej braterskie przywiązanie. Nie wiem tylko, dlaczego?
- Czy to ważne, chłopie? Ważne, że się w niej nie kochasz, gdyż w takim wypadku musielibyśmy być rywalami, a tego bym nie chciał.
- A ja tym bardziej.
- No i dobrze. W takim razie jeden nie będzie wchodził drugiemu w paradę. A tak w ogóle, to przyjrzałeś się jej wyglądowi zewnętrznemu? Te włosy, te oczy, ten nosek...
- O tak - odpowiedział szczerze Raul.
- A ten pieprzyk na szyi…
Raul zdumiał się, słysząc słowa przyjaciela.
- Jaki pieprzyk? - zapytał.
- Normalny. Na prawej części szyi. O tutaj - Francois wskazał palcem miejsce - Nie widziałeś?
- Nie przyglądałem się jej szyi.
- A ja tak. W końcu razem długo tańczyliśmy. Mówię ci, że jestem w niej na amen zakochany.
- Tak od razu? Już po pierwszym spotkaniu? - zachichotał Raul udając, że nie myśli już o pieprzyku na szyi panny Colgen.
- Oczywiście. A lepiej by było, żeby po drugim?
- Niekoniecznie. Po prostu uważam, że to troszkę za szybko, jak na mój gust.
Dalszą rozmowę przerwało im pojawienie się tajemniczego mężczyzny w wieku ok. trzydziestu lat, w czarnych włosach, szarych oczach dyszących nienawiścią i zawadiackim wąsiku.
- Pan baron de Morce? - zapytał, patrząc na Francois.
- Owszem - odparł zapytany - A kto pyta?
- Moje nazwisko nie jest panu znane, więc nie muszę się przedstawiać - przemówił tajemniczy człowiek, a ton jego głosu wskazywał na zawiść bijącą z jego słów - Mam panu co innego do powiedzenia. Słyszałem waszą rozmowę, panowie i jestem zmuszony pana poinformować, że z pańskich planów matrymonialnych nic nie będzie.
- O! No proszę! A czemuż to?
- Ponieważ ojciec panny Luizy przyobiecał jej rękę komuś innemu. Tak, dobrze się pan domyślasz! Mnie ją przyobiecał. I możesz pan też łatwo zgadnąć, iż plany pana w żadnym razie nie są po mojej myśli. Nie jestem nimi zachwycony.
Francois i Raul byli zdumieni. Więc Luiza miała narzeczonego. I nic nie mówiła? To dziwne. Bardzo dziwne. I jeszcze rzekła Raulowi, że podoba się jej Francois. Cóż za hipokryzja. A może jednak nie? Może ta panna nie wie nic jeszcze o planach tatusia? Albo wie, lecz nie jest im przychylna? Przyjaciele postanowili to sprawdzić zanim odsądzą dziewczynę od czci i wiary.
- Mówi pan, iż szanowny minister Colgen przyobiecał rękę swojej córki panu? - zapytał Raul.
- Tak.
- I pan ją kocha? - dopytywał Francois.
- Tak bardzo, aby bić się o nią z każdym przybłędą, który się koło niej kręci - odpowiedział zalotnik.
Francois o mało nie rzucił się zuchwalca, ale Raul przytrzymał go za płaszcz. On przybłędą? Przecież pochodzi z porządnej, szanowanej rodziny arystokratycznej. Jak więc ten łotr śmie go tak nazywać? Jeżeli ktoś tu jest przybłędą, to tylko ten pan, który rości sobie prawa do pięknej dziewczyny, a nawet nie raczy się przedstawić. Młody baron opanował się jednak i pytał dalej:
- A czy ona, kocha pana?
- Nie. Jeszcze nie. Ale jestem pewien, że jeśli będę często wspominał o mojej miłości, to zdobędę jej wzajemność.
Muszkieter odetchnął z ulgą. Ona nie kocha tego pana. A więc jest jeszcze nadzieja. Nie można jej zmarnować.
- Dlaczego pan nam to mówi? - zapytał Raul - Przecież to podnosi tylko nadzieje mojego przyjaciela.
- Ponieważ jestem szlachcicem i mam swój honor. A honor ów mówi, iż żaden szlachetnie urodzony człowiek nie powinien kłamać. Dlatego nie chce pana barona pocieszyć, ale uczciwe zawiadomić o sprawie. Zapowiadam więc otwarcie. Panna Luiza jest mi przyobiecana i zrobię wszystko, żeby została moją żoną. Wszystko, rozumie pan? Osobiście nie życzę panu złego, ale jeśli wejdzie pan między nas, to gorzko pan tego pożałuje. Będę o nią walczył do ostatniej kropli krwi. I jeśli będzie trzeba, zabiję pana. Czy zostałem dobrze zrozumiany?
- Nadzwyczaj dobrze - odparł Francois, z trudem powstrzymując się przed rzuceniem się na niego.
Tajemniczy człowiek uśmiechnął się ironicznie i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. Młodzieńcy chwilę jeszcze stali wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą on stał, a potem wsiedli do powozu Trechevile’a i odjechali.
- Jestem zwolennikiem merkantylizmu, a w takim wypadku popieram eksport naszych towarów za granicę, lecz muszę zauważyć, że wcale nie przeszkadza mi to sprowadzać do Francji, za odpowiednią opłatą celną oczywiście, zagraniczne wyroby. A wiecie dlaczego? Ponieważ ci ludzie, od których skupuję surowce, to i tak nie mają co z nimi zrobić. Rynki wschodnie są nimi nasycone. Sprzedawcy zadowalają się każdą ceną, jaką im oferuję. A poza tym, komu mają ją sprzedawać? Niemcom, a może Austriakom? Oni co prawda dają lepsze gwarancje i niższe opłaty pobierają, ale mają to do siebie, że większość z tych obietnic bezczelnie łamią. Kupcy więc wolą sprzedawać nam, bo i komuż mogliby je zaoferować? Może Polakom, tym pewnym siebie nadętym bufonom w kontuszach z tureckimi ozdobami, zakochanym w tej swojej całej zwariowanej tradycji sarman… sarmask… sarmac… No, jak to się nazywa, Grusner?
- Sarmackiej, Herr Colgen - pośpieszył z odpowiedzią sekretarz.
- No właśnie. Do tego oni nie są otwarci na nowości. Siedzą w tych swoich zwyczajach po uszy i obnoszą się ze swą wyższością intelektualną nad innymi narodami. A jak pojawi się kiedyś jakiś szlachetny pan, który pragnie ukazać im nieco ogłady z wielkiego świata, to zaraz go potępiają i nazywają zdrajcą i wyfraczkowatym lalusiem. Cóż to za brak kultury oraz wychowania. Co to za naród? I podobno oni tam wybierają swojego króla. To już kompletny szczyt głupoty. Kraj, w którym byle szlachcic może zostać władcą, musi w końcu upaść. Ja wam to mówię.
Uśmiechnął się, po czym kontynuował wykład.
- Wracając jednak do tematu, to muszę rzec, że handel taki, jaki ja prowadzę, może wygląda na niezbyt patriotyczny, ale jest z całą pewnością zyskowny. Zbijamy majątki na kupcach ze Wschodu, powiększamy nasz budżet, a do tego mamy okazję wyeliminować z rynku naszych zaciętych wrogów, Habsburgów. To są nasi najwięksi przeciwnicy, więc musimy ich zwalczać wszelkimi sposobami. Zwłaszcza w handlu. To najlepszy sposób. Wojny do niczego nie prowadzą, ale walki gospodarcze i owszem.
Słowa te potrafiły przekonać nawet największych sceptyków, lecz mimo to niektórzy nadal patrząc na pana ministra mruczeli pod nosem różne obraźliwe słówka, takie jak: „wstrętny ciułacz” „żałosny głupiec“ oraz „marnotrawca państwowych pieniędzy”. Nie myślcie jednak, że Colgen nie wiedział o tym, jak nazywają go ludzie. Wiedział bardzo dobrze i nie tylko mu to nie uchybiało, ale nawet się podobało. Wiadomo bowiem, że ten, którego obgaduje szlachta, jest zwykle porządnym człowiekiem i zdobywa szacunek uczciwych ludzi. Poza tym pan minister przestrzega tej zasady, że lepiej niech już mówią cokolwiek, niż nie mają mówić nic. Sławę zapewnia człowiekowi m.in. właśnie ludzkie gadanie.
O ile jednak ludzie potrafili jeszcze zrozumieć zagraniczną służbę i potrawy, nie potrafili pojąć, jak można lubić w angielską literaturę, taką chociażby jak sztuki Szekspira, których pełno w bibliotece jego córki Luizy. Więc jeśli potrawy ze Wschodu uznano za niezbyt patriotyczne, to musicie sobie wyobrazić reakcję niektórych osób na dzieła pochodzące z kraju odwiecznych wrogów Francji. Tej samej Anglii, którą zwalczano równie bezwzględnie, co państwa Habsburgów. Kilka osób, o bardzo ograniczonym intelekcie, było tym oburzone. Nie mogli oni zrozumieć tego stanu rzeczy. Czyż trzymanie w swoich zbiorach dzieł literackich z kraju protestanckiego nie było zbrodnią nie tylko wobec państwa, ale i Kościoła? Jedna z pań zadała niedawno takie pytanie Colgenowi, ten jednak odpowiedział jej tak:
- Pani baronowo, literatura jest rzeczą niezwykle piękną. Pozwala nam rozwinąć swoje horyzonty umysłowe. Nie można więc jej potępiać. Zaś czytanie Szekspira uważam za przejaw rozsądku oraz pragnienie poszerzenia swej wiedzy. Wszakże to pragnienie powinno być obowiązkiem, a także przywilejem każdego rozsądnego człowieka. Tak wielki dramaturg, jakim był Szekspir nie ponosi za to winy, że się urodził w heretyckim kraju. Poza tym to nie pochodzenie autora decyduje o wartości dzieła, tylko jego talent. Ponadto, powiedzcie mi moje panie, która z was zwraca uwagę na to, że autor tego czy owego romansu, w których wy się zacytujecie, był np. galernikiem, uwodzicielem, czy też spiskowcem lub protestantem? Żadna z was. Więc w takim razie fakt, że mam w swoich zbiorach pana Szekspira, nie jest tu bynajmniej zbrodnią, ale dowodem erudycji i otwartości na kulturę innych narodów.
Po wygłoszeniu takich właśnie mądrych uwag pan Colgen zawsze kończył rozmowę, zaś sceptycy, którym zabrakło argumentów milkli pod wrażeniem rozwagi i mocnych słów ministra. On zaś nie przejmował się bynajmniej, czy kogoś przekonał, czy nie. Ważne, że wobec siebie był całkowicie uczciwy.
Wróćmy jednak do przyjęcia urodzinowego panny Luizy. Lokaj stojący przy drzwiach wejściowych co chwilę oznajmiał przybycie kolejnych znamienitych gości. Uprzejmy (i przewidujący) gospodarz natychmiast pojawiał się w pobliżu, żeby ich osobiście uprzejmie powitać i wyrazić nadzieję, że czas spędzony w jego skromnych progach nie będzie dla nich czasem straconym. Najbardziej jednak oczekiwani przybysze jeszcze się nie zjawili. Byli to oczywiście muszkieterowie, panowie Charmentall, de Morce i de Saudier. Przed nimi zjawił się kapitan Andre Trechevile, który co prawda nie należał do przyjaciół Colgena, lecz gospodarz zaprosił go, gdyż uznał, że brak zaproszenia Trechevile’a mógł być odczytany jako obraza przez panów Raula, Francois i Fryderyka, którzy byli z kapitanem w wielkiej przyjaźni. A to w efekcie doprowadzić by mogło do odrzucenia przez nich zaproszenia. Dlatego też Colgen nie ustawał w ukłonach i uprzejmościach, na co dobrze wychowany kapitan odpowiadał tym samym.
Wreszcie lokaj zaanonsował przybycie muszkieterów. Z cichym okrzykiem „Nareszcie!” minister podbiegł do drzwi i zaczął serdecznie witać swoich niedawnych wybawców, wyrażając przy tym żal, spowodowany nieobecnością pana Fryderyka. Raul usprawiedliwił przyjaciela nagłym atakiem choroby, co sprawiło, że musiał zostać w domu i ominęło go tak wspaniałe przyjęcie.
- Nam też jest smutno z tego powodu – tłumaczył kompana Francois – Bardzo polubiliśmy tego chłopaka, zwłaszcza po tej wspanialej walce z bandytami Krwawego George’a.
- Rozumiem. Walka o wspólny cel łączy ludzi - odpowiedział Colgen - A więc zapraszam panów serdecznie, ale najpierw pozwólcie mi przedstawić was reszcie towarzystwa.
Następnie minister stanął przy stole z przekąskami i chrząknął głośno oraz znacząco. Wszyscy natychmiast zwrócili na niego uwagę.
- Panie i panowie! - zawołał radosnym głosem minister - Mam wielką przyjemność i zarazem zaszczyt przedstawić państwu dwóch wspaniałych ludzi, którzy niedawno wyrwali mnie z rąk groźnych rozbójników szajki Krwawego Georges’a. Gdyby nie oni, nie było by mnie tutaj z wami. Panie i panowie! Oto moi wybawiciele: porucznik Raul Charmentall i sierżant Francois de Morce, muszkieterowie Jego Królewskiej Mości.
I wskazał wymienionych przez siebie ludzi dłonią.
Zewsząd spłynęły gratulacje odwagi i męstwa żołnierzy króla Ludwika. Nasi bohaterowie przyjmowali je z wrodzoną skromnością i rozwagą. Każdy chciał porozmawiać z muszkieterami lub uścisnąć im dłoń. Colgen co chwila wychwalał ich bohaterstwo. Lokaj oznajmił przybycie kolejnych gości, którymi były dwie panie. Minister musiał więc opuścić towarzystwo i przywitać nowo przybyłe osoby. Ich nazwiska Raul nie dosłyszał, ale zwróciło jego uwagę słowo: „pułkownikowa”. Obrócił się i wówczas zobaczył Colgena wprowadzającego za rękę piękną damę, blondynkę w wieku ok. czterdziestu dwóch lat. Obok niej szła młoda dziewczyna. Charmentall rozpoznał je. Były to Helena de Saudier i Francesca.
Co one tu robią? Colgen też je zaprosił? Widocznie tak, gdyż wyrażał właśnie swoją radość, że raczyły przyjąć jego zaproszenie. Ach, ta okropna Francesca. Przyszła tu widocznie drwić z jego nieszczęścia. Bo i po cóż by tu miała przyjeżdżać? Chyba wiedziała, że Raul tu będzie? Oczywiście mogła nie wiedzieć i ich spotkanie tutaj było zgoła przypadkowe. Jeśli jednak wiedziała, to dowodziło, jak bardzo perfidną i złośliwą była osobą. Zresztą, po gruntownym zastanowieniu się, doszedł do wniosku, że mu wszystko jedno. Postara się ją ignorować. Tak, to będzie najlepsze wyjście.
Raul zamknął oczy i kilka razy odetchnął głęboko. Przed oczami stanęło mu wspomnienie, w jaki sposób poznał Francescę. Było to przyjęcie, bardzo podobne do tego. Trechevile został zaproszony na urodziny pani Heleny de Saudier. Z jej mężem nieboszczykiem był w wielkiej przyjaźni. Pani pułkownikowa zawsze go zapraszała z okazji swoich urodzin lub świąt. Na jedno z takich przyjęć Trechevile zabrał ze sobą Raula. Tam właśnie chłopak poznał siostrzenicę ich gospodyni, Francescę de Villervie, którą pułkownikowa zaopiekowała się po śmierci jej rodziców. Dziewczyna była porywcza, impulsywna, ale bardzo piękna, więc nie dziwota, że Raul się w niej zakochał. On również nie wydawał się jej obojętny. Spędzali ze sobą dużo czasu. Namiestnik muszkieterów (Raul był wówczas jeszcze namiestnikiem) dość często odwiedzał panią de Saudier i jej siostrzenicę. Zaskarbił sobie przyjaźń i szacunek tej pierwszej oraz względy i uczucie tej drugiej. Tak przynajmniej sądził. Podczas poufnej rozmowy zapytał ją, czy wyszłaby za niego, gdyby ją o to poprosił. Odpowiedziała, żeby jej dał czas do namysłu i napomknęła, że za wojskowego, którego ciągle nie ma w domu, nie wyjdzie na pewno. Więc porzucił służbę i rozglądał się za małym majątkiem ziemskim, w którym mógłby z nią osiąść na stałe. Ale kiedy przyszedł po odpowiedź na pytanie, czy oficjalnie może prosić o jej rękę … ona odprawiła go z kwitkiem. Cóż.... dobrze, że kapitan przyjął go z powrotem, bo inaczej chłopakowi zostałoby chyba jedynie w łeb sobie strzelić z rozpaczy. A tak będąc na służbie miał zajęcie i nie myślał wiele o swoim złamanym sercu.
Charmentall otworzył oczy i powoli rozejrzał się dookoła sali balowej. Wspomnienia go opuściły i spojrzał ponownie na Francescę. Mimo tego, jak go potraktowała, wciąż coś do niej czuł. I trudno mu było zaprzeczyć, że była ona oszałamiająco piękna. A swoją drogą, czy ona nie przypomina mu kogoś, kogo poznał niedawno? I owszem, nawet bardzo mu tego kogoś przypomina. Ale kogo dokładniej? Nie potrafił sobie przypomnieć.
Lecz na to zawsze będzie czas. Na razie trzeba podejść i się przywitać. Chociaż nie trzeba, oni sami już idą w jego stronę.
- Pozwolę sobie przedstawić paniom moich honorowych gości - rzekł Colgen - Panów Charmentalla i de Morce.
- Z panem Charmentallem już się znamy - odpowiedziała Helena de Saudier, uśmiechając się do Gaskończyka - Miło pana znowu widzieć.
- Mnie panią również, pani Heleno - odparł Raul.
Francesca nadal milczała. Chłopak liczył na to, że przynajmniej go powita, ale przeliczył się. Co prawda dziewczyna, szturchnięta przez ciotkę bąknęła pod nosem coś w rodzaju „Witam pana”, ale zaraz umilkła.
A więc ma zamiar gniewać się na mnie i ignorować, pomyślał Raul. Dobrze, skoro tego chce, to niech tak będzie.
On również nie zwracał na nią uwagi, prowadząc miłą konwersację z jej ciotką oraz ich zacnym gospodarzem. Za to Francois, którego te normy nie obowiązywały, zagadywał śmiało obie te damy. Wyraził również swój wielki podziw dla jej kuzyna, pana Fryderyka de Saudier, bratanka jej ciotki, okazując przy tym smutek z powodu braku młodzieńca na balu. Cóż, choroba nie wybiera. Ale, jacyż oni są podobni, Fryderyk i Francesca. Żadne jeszcze kuzynostwo nie było aż tak podobne do siebie. Jak to jest możliwe, zważywszy na fakt, iż przecież są spokrewnieni tylko poprzez małżeństwo pani pułkownikowej?
Dziewczyna nic jednak na to nie odpowiedziała, nadal milczała i patrzyła co chwilę w przeciwną stronę, jakby bojąc się, że nagle rozpozna ją zazdrosny były amant. Raul jednak nie zwracał na nią uwagi, zaś pana hrabiego de Charen mimo zaproszenia nie było na przyjęciu, gdyż obecnie zmienił klimat na bardziej wilgotny, uciekając przed wierzycielami do Anglii.
Nagle Colgen zaklaskał w ręce. Wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę czekając na to, co on powie.
- Panie i panowie! Moja córka, panna Luiza Colgen!
Wszystkie twarzy spojrzały w kierunku schodów, które gospodarz wskazał ręką. Schodziła po nich niezwykle piękna istota w różowej sukni i białych rękawiczkach. Miała ona śliczne błękitne oczy, włosy koloru brązowego, który jednak w niektórych miejscach przechodził w rudy, urocze różowe usteczka, gładkie policzki i lśniąco białe zęby, widoczna w uśmiechu, często goszczącym na jej twarzyczce. Zeszła z gracją po schodach i podała rękę ojcu, który czekał już na nią na dole. Wszystkim zebranym zabrakło słów. W życiu jeszcze nie widzieli tak pięknej istoty. Urody mogły jej pozazdrościć nawet największe modnisie w całym Paryżu. Bowiem wdzięk panny Luizy był naturalny, podczas gdy tamte zdobywały go w sposób sztuczny, za pomocą ostrego makijażu.
Colgen poprowadził córkę do Raula i Francois i rzekł:
- Pozwól, córeczko. Oto pan Raul Charmentall, porucznik królewskich muszkieterów oraz jego przyjaciel, baron Francois de Morce, sierżant w tej samej formacji. Gdyby nie oni, to nie wiem, czy byś mnie jeszcze widziała żywego. Podziękuj im bardzo i zachowaj o nich ciepłe wspomnienia, bo warci są oni tego.
- Bardzo mi miło poznać panów - przemówiła słodkim głosikiem Luiza.
- Cała przyjemność po naszej stronie, panno Luizo - odparł Raul, całując ją w rękę, którą ona wysunęła w jego stronę.
- A jakżeby inaczej - dodał Francois, czyniąc to samo.
Colgen odprowadził córkę do głównego stołu i posadził na honorowym miejscu. Wszyscy goście również usiedli na swoich miejscach. Następnie Colgen wstał i wyraził swój podziw, jak z tak małej poczwarki, jakim niegdyś była jego córka, wyrósł taki wspaniały motyl. Dodał również, że trzymał córkę w domu chroniąc ją przed wielkim światem. Tłumaczył swoją decyzję tym, iż jeszcze nie nadeszła ku temu pora. Teraz jednak bez przeszkód może ją zabrać do Paryża i zapoznać z tamtejszą arystokracją. Jeśli zaś chodzi o dzisiejszy dzień, to chce, aby jego jedyna pociecha mogła być szczęśliwa i bawiła się znakomicie w tym domu, gdzie przeżyła tyle pięknych chwil, i który będzie zmuszona opuścić. Niech wszyscy więc okażą jej swoją przyjaźń. Następnie życzył córce wszystkiego najlepszego w przyszłości i zaprosił gości na poczęstunek.
Goście zabrali się do wówczas jedzenia. Spożywali posiłek, przy okazji prowadząc nawzajem przyjazne rozmowy. Później, gdy kolacja dobiegła końca Colgen dał znak muzykantom, aby zaczęli grać. Rozpoczęły się tańce. W pierwszej parze śmigała panna Luiza z panem Francois, który uprzedził w tej sprawie Raula. Ten natomiast, z braku partnerki, zaprosił więc do tańca Francescę, jednak nie przemówił do niej ani jednym słowem, choć Luiza i Francois robili to między sobą cały czas aż do ustania muzyki. O czym oni rozmawiali, tego już Raul nie wiedział. Widział jednak ten tępy wyraz twarzy (jak złośliwie go określał Trechevile) i z całą pewnością stwierdził, że jego przyjaciel musiał się w pannie zakochać. To niezwykłe, nieprawdaż? Raz tylko zobaczyć i już pokochać. Ale czyż nie tak samo było z nim i Francescą? Dokładnie tak samo. Z tym, że jego uczucie okazało się pomyłką. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie miał więcej szczęścia.
Pary się zmieniły i Raul porwał do tańca pannę Luizę, podczas gdy Francois ujął za dłoń Francescę. Również Trechevile zamienił się damami z Colgenem, nie zrobił tego jednak z sympatii do niego, ale dlatego, że minister wirował po sali z panią Heleną de Saudier. Trechvile pragnął z nią jeszcze porozmawiać o młodych ludziach, którymi się opiekowali. Kiedy więc zaczęli tańczyć, zapytał:
- Zauważyła pani Raula? Ani razu nie przemówił do pani siostrzenicy. To nie w porządku. To, że są na siebie obrażeni nie oznacza jeszcze, że zaraz cały świat musi o tym wiedzieć.
- To prawda - odpowiedziała pani Helena - Jednakże Francesca sama jest sobie winna. Dlaczego go odtrąciła? Dała chłopakowi nadzieję, a potem mu ją odebrała. Teraz ma za swoje i dobrze jej tak.
- Możliwe, jednakże nie sądzę, aby takie zachowanie było godne muszkietera, a do tego szlachcica. Już ja mu sprawię burę.
Helena de Saudier przytrzymała go jednak za ramię.
- Nie rób pan tego. Oni sami już sobie wypominają swoją zawziętość. Zobaczy pan, że wkrótce się pogodzą.
- Miejmy nadzieję. Zima idzie, a klimat się zmieni na chłodniejszy. Przydałoby się więc jakieś wesele. Nic bardziej nie rozgrzewa zimą niż szalone tańce weselne.
- Możliwe, że będziemy mieli dwa wesela - powiedziała pani Helena zagadkowym tonem.
- Jakże to? - zapytał zaintrygowany jej słowami Trechevile.
- Widziałeś pan Francois i pannę Luizę? Jak oni na siebie patrzyli?
- Owszem, ale czy to jest miłość?
- Jak nie miłość, to co? Może wrzody?
- Skądże, po co zaraz wrzody? Po prostu zauroczenie.
- Wierz mi pan, że od zauroczenia do miłości jest bardzo blisko.
- Tak pani myślisz?
- Nie tylko myślę, ale jestem pewna.
Rozmowa się urwała. Taniec się skończył. Zagrano kolejny utwór, tym razem jednak nie wszyscy tańczyli. Niektórzy odprowadzali partnerki na bok i prowadzili z nimi rozmowę. Tak też zrobił Raul z Luizą.
- Czy wierzy pani w poprzednie wcielenie, panno Luizo? - rozpoczął rozmowę Raul.
- Sama nie wiem. Dlaczego pan mnie o to pyta? - odparła Luiza bardzo zdumiona tym pytaniem.
- Bo nie wiem dlaczego, ale mam takie dziwne wrażenie, że już panią skądś znam. I jakbym od dawna panią lubił i szanował, ale cóż... To tylko złudzenie.
- Możliwe - wyszeptała cichym głosikiem Luiza, ale w duchu poczuła to samo, co Raul.
- Może się mylę, lecz ma pani chyba gaskoński akcent.
- Moja matka wychowywała się w Gaskonii.
- Pamięta ją pani?
- Słabo. Zmarła młodo.
- To tak, jak ja moja. Tyle, że ona zginęła.
- Zginęła? - panna Luiza zwróciła na niego swoje błękitne oczęta.
- Tak. Zabił ją tajemniczy człowiek w czerni, a tuż po tym zabił on również mojego ojca. Przysiągłem wówczas temu łotrowi, że zapłaci mi za to. Jednakże minęło już dwadzieścia lat, a ja jeszcze go nie znalazłem.
Luiza położyła mu dłoń na ramieniu.
- Wierzę, że to się panu uda. Będę się o to modliła wieczorem.
- Dziękuję pani.
- Nie ma za co. Po prostu poczułam do pana ogromną sympatię, której jednak nie potrafię racjonalnie wyjaśnić.
- Ani ja.
- Kiedyś na pewno to zrozumiemy, ale na razie, skoro się tak lubimy, to obiecajmy sobie, że będziemy służyć sobie pomocą. Widzi pan, ja w poniedziałek jadę do Paryża. Nie znam tam nikogo. Bardzo chciałabym pana prosić, abyś raczył pan odwiedzić mnie i moją guwernantkę w naszym pałacyku na ulicy Słonecznej 5. Lepiej będę się czuła mając świadomość, iż mam przyjaciela w tym wielkim i nieznanym mi świecie.
Raul był tymi słowami bardzo wzruszony.
- Obiecuję spełnić pani prośbę, panno Luizo.
- A więc podajmy sobie oboje ręce na znak przyjaźni - powiedziała uśmiechnięta już całkowicie Luiza, wyciągając swoją dłoń, którą Raul uścisnął, a potem pocałował.
- I jeśli można prosić, to proszę też od czasu do czasu przyprowadzić też swojego przystojnego kolegę - szepnęła chłopakowi na ucho wskazując wzrokiem Francois, rozmawiającego właśnie wesoło przy kieliszku wina z Trechevilem i Colgenem.
- Podoba się on pani? - zapytał bez namysłu Raul, nadal wesoło się uśmiechając.
- Tak, owszem - powiedziała Luiza.
Ale nagle zamknęła sobie usta, udając przerażenie. Potem pogroziła Raulowi palcem i rzekła:
- Panie Charmentall! Jak pan może zadawać mi takie osobiste pytania, zwłaszcza, że zna pan na nie odpowiedź. To nieładnie!
- Błagam panią o wybaczenie, panno Luizo - odpowiedział Raul, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu - Lecz jeśli się on pani podoba, to wówczas ja z przyjemnością go pani przyprowadzę. Choćbym miał go wykopać z pod ziemi.
- Dziękuję panu. Choć to ostatnie chyba nie będzie koniecznie.
- Ja myślę. Francois byłby głupcem, gdyby odrzucił takie zaproszenie.
Dziewczyna dygnęła przed nim i odeszła, posyłając mu na pożegnanie słodki i szczery uśmiech. Raul został sam ze swoimi myślami. Tak uroczej istoty jeszcze nie widział. Co tam Francesca, pal ją licho! Luiza to anioł. Ale ten anioł kocha Francois. W takim razie Raul Charmentall zrobi wszystko, aby go mogła dostać na męża, ponieważ Francois jest jego przyjacielem, a szczęście przyjaciele dla Raula było najważniejsze. Poza tym Charmentall od razu poczuł do panny Luizy ogromne uczucie, jak do rodzonej siostry. Pochodzenia tego uczucia nie umiał odnaleźć. Po prostu to poczuł i już.
W końcu przyjęcie dobiegło końca. Goście zaczęli się rozchodzić. Czekał ich powrót karetami i powozami do domów. Raula i Francois zaprosił do swego powozu Trechevile, gdyż chciał jeszcze z nimi się pośmiać i opowiedzieć parę ciekawych rzeczy. Na razie jednak sam wsiadł i czekał na przyjaciół, aż ci odprawią swoich ludzi z lektykami i oboje jeszcze porozmawiają na temat panny Luizy.
- Czyż ona nie jest piękna? - mówił Francois.
- O tak, niewątpliwie - odpowiedział Raul - Wierz mi lub nie, ale od razu poczułem do niej braterskie przywiązanie. Nie wiem tylko, dlaczego?
- Czy to ważne, chłopie? Ważne, że się w niej nie kochasz, gdyż w takim wypadku musielibyśmy być rywalami, a tego bym nie chciał.
- A ja tym bardziej.
- No i dobrze. W takim razie jeden nie będzie wchodził drugiemu w paradę. A tak w ogóle, to przyjrzałeś się jej wyglądowi zewnętrznemu? Te włosy, te oczy, ten nosek...
- O tak - odpowiedział szczerze Raul.
- A ten pieprzyk na szyi…
Raul zdumiał się, słysząc słowa przyjaciela.
- Jaki pieprzyk? - zapytał.
- Normalny. Na prawej części szyi. O tutaj - Francois wskazał palcem miejsce - Nie widziałeś?
- Nie przyglądałem się jej szyi.
- A ja tak. W końcu razem długo tańczyliśmy. Mówię ci, że jestem w niej na amen zakochany.
- Tak od razu? Już po pierwszym spotkaniu? - zachichotał Raul udając, że nie myśli już o pieprzyku na szyi panny Colgen.
- Oczywiście. A lepiej by było, żeby po drugim?
- Niekoniecznie. Po prostu uważam, że to troszkę za szybko, jak na mój gust.
Dalszą rozmowę przerwało im pojawienie się tajemniczego mężczyzny w wieku ok. trzydziestu lat, w czarnych włosach, szarych oczach dyszących nienawiścią i zawadiackim wąsiku.
- Pan baron de Morce? - zapytał, patrząc na Francois.
- Owszem - odparł zapytany - A kto pyta?
- Moje nazwisko nie jest panu znane, więc nie muszę się przedstawiać - przemówił tajemniczy człowiek, a ton jego głosu wskazywał na zawiść bijącą z jego słów - Mam panu co innego do powiedzenia. Słyszałem waszą rozmowę, panowie i jestem zmuszony pana poinformować, że z pańskich planów matrymonialnych nic nie będzie.
- O! No proszę! A czemuż to?
- Ponieważ ojciec panny Luizy przyobiecał jej rękę komuś innemu. Tak, dobrze się pan domyślasz! Mnie ją przyobiecał. I możesz pan też łatwo zgadnąć, iż plany pana w żadnym razie nie są po mojej myśli. Nie jestem nimi zachwycony.
Francois i Raul byli zdumieni. Więc Luiza miała narzeczonego. I nic nie mówiła? To dziwne. Bardzo dziwne. I jeszcze rzekła Raulowi, że podoba się jej Francois. Cóż za hipokryzja. A może jednak nie? Może ta panna nie wie nic jeszcze o planach tatusia? Albo wie, lecz nie jest im przychylna? Przyjaciele postanowili to sprawdzić zanim odsądzą dziewczynę od czci i wiary.
- Mówi pan, iż szanowny minister Colgen przyobiecał rękę swojej córki panu? - zapytał Raul.
- Tak.
- I pan ją kocha? - dopytywał Francois.
- Tak bardzo, aby bić się o nią z każdym przybłędą, który się koło niej kręci - odpowiedział zalotnik.
Francois o mało nie rzucił się zuchwalca, ale Raul przytrzymał go za płaszcz. On przybłędą? Przecież pochodzi z porządnej, szanowanej rodziny arystokratycznej. Jak więc ten łotr śmie go tak nazywać? Jeżeli ktoś tu jest przybłędą, to tylko ten pan, który rości sobie prawa do pięknej dziewczyny, a nawet nie raczy się przedstawić. Młody baron opanował się jednak i pytał dalej:
- A czy ona, kocha pana?
- Nie. Jeszcze nie. Ale jestem pewien, że jeśli będę często wspominał o mojej miłości, to zdobędę jej wzajemność.
Muszkieter odetchnął z ulgą. Ona nie kocha tego pana. A więc jest jeszcze nadzieja. Nie można jej zmarnować.
- Dlaczego pan nam to mówi? - zapytał Raul - Przecież to podnosi tylko nadzieje mojego przyjaciela.
- Ponieważ jestem szlachcicem i mam swój honor. A honor ów mówi, iż żaden szlachetnie urodzony człowiek nie powinien kłamać. Dlatego nie chce pana barona pocieszyć, ale uczciwe zawiadomić o sprawie. Zapowiadam więc otwarcie. Panna Luiza jest mi przyobiecana i zrobię wszystko, żeby została moją żoną. Wszystko, rozumie pan? Osobiście nie życzę panu złego, ale jeśli wejdzie pan między nas, to gorzko pan tego pożałuje. Będę o nią walczył do ostatniej kropli krwi. I jeśli będzie trzeba, zabiję pana. Czy zostałem dobrze zrozumiany?
- Nadzwyczaj dobrze - odparł Francois, z trudem powstrzymując się przed rzuceniem się na niego.
Tajemniczy człowiek uśmiechnął się ironicznie i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. Młodzieńcy chwilę jeszcze stali wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą on stał, a potem wsiedli do powozu Trechevile’a i odjechali.
1 komentarz:
Colgen to naprawdę inteligentny człowiek, pełen ogłady i kultury. Na wszystko potrafi znaleźć właściwą odpowiedź i mądrze zbić każde oskarżenie skierowane w jego stronę. Helena z kolei jest wielką optymistką, skoro sądzi, że Raul wróci do Francesci, a Francois poślubi Luizę. Oni wszyscy zdecydowanie zbyt szybko zawierają przyjaźnie i się zakochują, skoro potrafią obdarzyć się zaufaniem już po pierwszym spotkaniu, ale miejmy nadzieję, że nie będą tego żałować, choć powinni być ostrożniejsi, tym bardziej że Francois, przez swoje zauroczenie Luizą, zdołał już sobie znaleźć wroga, z którego słów wynika, że to człowiek nieustępliwy i groźny. Do tego rości sobie nie wiadomo jakie prawa do Luizy, postrzegając ją niemal jak swoją własność. I zauważyłem też, że Francois najbardziej z nich wszystkich lubi sobie wypić. xD
Prześlij komentarz