Rozdział X
Odwiedziny u panny Luizy
Odwiedziny u panny Luizy
Panna Luiza zamieszkała ze swoją guwernantką, hrabiną Pauliną de Willer, w pałacu rodu Colgenów przy ulicy Słonecznej 5. Zajmowały przestronne apartamenty urządzone z myślą o wygodzie dziewczyny, właśnie wchodzącej w świat ludzi dorosłych. Komnaty zdobiły dobrane z gustem obrazy, rzeźby, wazony i dywany. Ściany mieniły się wesołymi, jasnymi barwami, ponieważ panna Luiza lubiła właśnie takie kolory. Wprawiały ją one w doskonały nastrój. Liczba pokoi może nie przytłaczała wielkością, ale na potrzeby Luizy była wystarczająca. Sypialnia Luizy, jej buduar i gabinet, sypialnia hrabiny, garderoby obu pań, sypialnie służby, salonik i salon. Oczywiście nie zabrakło najważniejszego dla Luizy pokoju - biblioteki. Pomieszczenia tak bardzo ukochanego przez pannę Luizę. Wszystkie jej książki zostały przeniesione do pałacyku, żeby mogła spokojnie mieszkać blisko swoich ukochanych powieści. Colgen osobiście nadzorował prace przy urządzaniu apartamentów córki i dopiero, gdy wszystko było już idealnie wykonane, zgodnie z jego i Luizy zaleceniami przeprowadził tam córkę. Panienka więc ze łzami w oczach pożegnała ojca i te progi, w których się wychowała, a następnie pojechała z guwernantką do pałacyku przy ulicy Słonecznej 5. Nazwa bardzo ciepła i dziewczyna miała nadzieję, że spędzi tu naprawdę przyjemne chwile.
Pierwsze trzy dni upłynęło Luizie dość miło i spokojnie. Ale w końcu, jak się można było domyślać, zatęskniła za nowo poznanym przyjacielem, którego zdążyła polubić całym swoim sercem. Dla tego sympatycznego pana z Gaskonii, Raula Charmentall. Nie wiadomo dlaczego, ale czuła w sercu, że on jest kimś ważnym w jej życiu. Czasami zdawało się, iż zna go od wielu lat. Czuła do niego zaufanie i sympatię. Niejednokrotnie miała wrażenie, że z pewnością gdzieś już go widziała, dawno temu. W jej głowie, nie wiadomo skąd pojawiała się wizja uśmiechniętego, czupurnego chłopca. Pojawiała się, znikała i za moment znowu pojawiała. A potem ukazywały się obrazy kolejnych niań, guwernantek, ojca, wyraźne i doskonale wręcz zapamiętane. Lecz ten chłopiec, wesoły, uśmiechnięty, dobry, czuły, czyżby to pan Raul? Może go znała w dzieciństwie? Tylko dlaczego nie potrafi sobie tego przypomnieć? A może to jej się tylko śniło? Ale z drugiej strony czy to możliwe, żeby sen był aż tak realistyczny, że można by go pomylić z rzeczywistością?
Jedno tylko było całkowicie pewne. Pan Raul naprawdę może być przyjacielem takiej panienki, jak ona i panna Luiza będzie mogła na niego liczyć.
Był jednak jeszcze ktoś inny. Tak, przystojny młodzieniec, przyjaciel Raula. Pan baron de Morce. Bardzo piękny młodzieniec. A do tego jaki odważny! I ta szlachetność bijąca z jego twarzy. Taki by się niewątpliwie nadawał na męża. Nieznające dotychczas wznioślejszych uczuć serduszko panny Luizy, zadrżało. Nigdy jeszcze nie była zakochana, czas więc najwyższy, żeby nadrobić stracone chwile i wreszcie się zakochać. Zwłaszcza w kimś takim, jak ten sympatyczny młodzieniec. Czy jednak nie za szybko z tymi uczuciami? Wiadomo, że uczucia potrafią mylić. Należy na nie uważać. Wpierw trzeba poznać tego pana, polubić go, a dopiero później zdecydować, czy może być jej mężem, czy nie.
A może tak zaprosić tego pana do siebie, z pierwszą wizytą na nowym miejscu? Tak, to jest myśl. Oczywiście nie samego. Z panem Raulem. To jest doskonały pomysł. Oni sami jej nie odwiedzą, ponieważ są dobrze wychowani. Należy więc ich zaprosić. Czy jednak wypada jej to zrobić? Pewnie tak, przecież nie ma już lat piętnastu. Ale najlepiej będzie zapytać pani Pauliny, co ona o tym sądzi.
Jak pomyślała, tak też zrobiła. Hrabina de Willer nie miała jednak nic przeciwko temu. Nawet przyznała się swej wychowanicy, że już od dawna miała jej to zaproponować. Panie napisały więc bilecik do pana Raula (ostatecznie Luiza na balu poznała go nieco lepiej niż jego przyjaciela) z zaproszeniem do pałacyku przy ulicy Słonecznej 5 na godzinę 12:00, dodając również zaproszenie dla pana Francois, wyrażając nadzieję iż panowie nie zawiodą oczekiwań i odwiedzą je o wyznaczonej porze. Następnie Luiza posłała swoją służącą, by ta zaniosła ów bilecik do akademii muszkieterów, gdzie pan Raul i jego towarzysze zwykli przebywać. Służąca wykonała polecenie, wzbogacając się o luidora od pana Charmentall i całusa od jednego z muszkieterów, któremu z trudem zdołała się wyrwać, gdy ten złapał ją w objęcia. Na szczęście ów zalotnik nie był nachalny i nie ścigał jej. Po prostu nie potrafił sobie odmówić przyjemności ucałowania ładnej dziewczyny.
Wystrojone i przejęte (oczywiście mowa tu o Luizie) panie już dziesięć minut przed dwunastą siedziały w salonie oczekując gości. Punktualnie z wybiciem dwunastej, w salonie pojawił się lokaj anonsując panów Charmentalla i de Morce. Po chwili obaj panowie zostali wprowadzeni do salonu. Panie wstały, żeby ich powitać.
- Są panowie bardzo punktualni - zwróciła się do nich Luiza, wyciągając rękę na powitanie.
- To cecha każdego muszkietera - rzekł z uśmiechem Raul i jako pierwszy ucałował dłoń panienki.
Zaraz za nim powtórzył ten niezwykle szarmancki gest Francois.
- Cieszę się bardzo, panie Charmentall, że spełnił pan moją prośbę i przyprowadził ze sobą swego jakże uroczego towarzysza broni - Luiza uśmiechnęła się delikatnie zerkając lekko na towarzysza Raula - Miło mi, że pan baron nie wzgardził moim zaproszeniem.
- Gdzieżbym śmiał, pani - odpowiedział Francois uśmiechając się lekko zakłopotany wyraźnie okazywanym mu zainteresowaniem - Nigdy bym się nie ośmielił.
- Cieszę się.
Luiza wskazała na swoją guwernantkę.
- A oto moja opiekunka i nauczycielka, pani hrabina Paulina de Willer.
Panowie ucałowali z całym szacunkiem jej dłoń.
- Siądźmy więc - zaproponowała hrabina wskazując dłonią na salon.
Obaj tak właśnie zrobili.
- Jak się paniom podoba Paryż? - zapytał Francois.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedziała Luiza z uśmiechem, który wciąż nie znikał z jej twarzy - Bardzo mi się podoba. To przepiękne miasto. Tyle tylko, że nikogo tu nie znam, więc czuje się tu trochę nieswojo.
- Za to ja znam tu prawie wszystkich i też się czuję nieswojo - dodała wesoło hrabina de Willer - Zbyt wiele znajomych twarzy. Rozumiecie panowie, że to może być bardzo męczące.
- Niewątpliwie - zaśmiał się Francois.
- Przyznam się, droga pani, że Paryż nawet dla mnie jest naprawdę imponujący - rzekł Raul - Ale muszę również powiedzieć, że ustępuje urokowi państwa pałacu na wsi. Taka tam cisza i spokój. Daleko od polityki i problemów wielkiego świata. Daleko od wścibskich oczu.
- O tak, łatwo popełnić zbrodnię - mruknęła tajemniczym głosem hrabina.
Jej głos był na tyle tajemniczy, że aż przeraził obu muszkieterów, choć ci wcale nie należeli do ułomków.
- Słucham? - zapytał Raul.
Paulina de Willer szybko się jednak uśmiechnęła i zmieniła temat rozmowy:
- Nie ważne. Więc powiada pan, że Paryż jest dla pana za głośny?
- Troszeczkę. Ale jest w nim coś wspaniałego. Nieprawdaż, Francois?
Francois uśmiechnął się do niego.
- O tak, zdecydowanie. Jest w Paryżu takie miejsce, którego nie ma w żadnym innym mieście tego świata.
- Co to za miejsce?
- Nasza akademia muszkieterów. To cudowne miejsce. Mamy tam oddanych przyjaciół.
- Wiem - rzekła panna Luiza - I pewnie za nic nie opuściliby panowie tego miejsca na dłużej niż kilka godzin jednego dnia.
- Tego nie mówię - odpowiedział jej Raul - Jednakże miło jest tam spędzać czas.
- Nie wątpię. Owa słynna męska przyjaźń, braterstwo broni, braterstwo krwi, wspólna walka o szlachetny cel, ratowanie sobie nawzajem życia. To wszystko bardzo zbliża ludzi. Rozumiem to. Szkoda, że my kobiety nie umiemy zawierać aż takich przyjaźni. Zapewne dlatego to właśnie mężczyźni, a przynajmniej niektórzy z nich, mają o nas tak niepochlebne zdanie.
- My się do takich nie zaliczamy - żachnął się Raul.
- Oczywiście - dodał Francois, który praktycznie pożerał już pannę Luizę wzrokiem, tak się w nią uważnie wpatrywał - My dwaj mamy własne zdanie na temat kobiet.
- O! Doprawdy? Mają panowie własne zdanie? A czy wolno nam je poznać? - zapytała wesoło zainteresowana Luiza.
- Przykro mi, ale to tajemnica wojskowa - odpowiedział Francois z konspiracyjnym uśmiechem - Za to jednak powiedzieć pannie mogę, że do mężczyzn, posiadających o kobietach zdecydowanie niepochlebną opinię, należy niewątpliwie nasz kapitan, Andre Trechevile.
Hrabina de Willer zakrztusiła się gorącą czekoladą i zaczęła mocno kaszleć. Na szczęście po chwili doszła do siebie.
- Nic pani nie jest? - zapytał przerażony Raul.
- Nie, nic - odpowiedziała hrabina, podtykając sobie pod nos flakonik z solami trzeźwiącymi - Już wszystko w porządku.
Rozmowa zeszła na literaturę. Tutaj Raul popisał się niezwykłą wiedzą na temat dzieł Moliera i Szekspira, bowiem Trechevile nauczył chłopaka nie tylko sztuki wojennej, ale również umiłowania dobrej literatury. Raul był więc obyty ze światem kulturalnym i lektura literatury angielskiej sprawiała mu przyjemność. Teraz więc z pasją opowiadał o ostatnim przedstawieniu, jakie widział. Był to „Otello”, niezwykła sztuka przedstawiająca historię pewnego Murzyna, który szaleńczo zakochany w swojej żonie Desdemonie, udusił ją niesłusznie posądziwszy o zdradę, a sam następnie, odkrywszy prawdę, przebił się mieczem. W tym wszystkim szczególną uwagę chłopaka zwrócił chorąży Jago, sprawca całej tej zbrodni. On to bowiem sączył jad zazdrości w sercu Otella i sfabrykował dowody jej niby-zdrady. A wszystko dlatego, że nie otrzymał od męża Desdemony upragnionego awansu. Podłe, nieprawdaż?
- Ileż to zła mogą spowodować złość oraz zawiść - mówił Raul doświadczonym głosem - Te cechy są naprawdę bardzo szkodliwe same w sobie. I należy z nimi walczyć, bo inaczej zamienimy się w takich podłych Jagonów, czego wolałbym uniknąć.
- To prawda - odparła panna Luiza - Żal mi biednej Desdemony, bo ona tu była najbardziej pokrzywdzona.
- No, a sam Otello? - zawołał Francois - Jakie on musiał przeżywać katusze myśląc, że ona sypia z jego lojalnym żołnierzem Kasjem. To było straszne.
- Tak to już jest, że zemsta najbardziej dotyka tych, których dotyczy przede wszystkim, a przede wszystkim dotyczyła ona właśnie Otella - rzekła z doświadczeniem w głosie hrabina.
- A myśli pani, że można się mścić w nieskończoność? - zapytał Raul.
- Sądzę, że tak - odpowiedziała hrabina de Willer - Niektórzy ludzie tak mają.
- Ale przecież to chore.
- Dla nas tak. Lecz dla tego, co się mści, to zupełnie normalne. A najgorsze jest to, że ludzie, którzy się mszczą, potrafią być bardzo cierpliwi. Mogą czekać na zemstę długie lata, albowiem dla nich zemsta im dłużej odwlekana, tym lepiej smakuje.
Raul spostrzegł w jej oczach błysk zła, ale szybko on zniknął. Hrabina zadzwoniła po służącą i poleciła przynieść czekoladę i ciasteczka.
Młoda dziewczyna, niedawno pracująca u panny Luizy wniosła tacę, ustawiła naczynia na stoliku, dygnęła i wyszła. Była przejęta swoim nowym zajęciem i bardzo lubiła panienkę Luizę. Nie wiadomo jednak dlaczego, ale hrabina nie budziła w niej sympatii, a chwilami wręcz przerażała ją, dlatego też skorzystała ona z okazji i wyszła szybko z pokoju, uciekając przed mrocznym spojrzeniem guwernantki jaśnie panienki.
Po wypiciu czekolady oraz zjedzeniu ciasteczek, muszkieterowie pożegnali się i opuścili pałacyk. Byli bardzo zadowoleni z tej wizyty. Panie również. Takiej ciekawej rozmowy dawno już nie odbyli. Długo jeszcze Luiza myślała o swych rozmówcach.
Wieczorem, gdy nadszedł czas udać się w objęcia Morfeusza, panna Colgen pożegnała się z guwernantką i zniknęła w swoim pokoju. Hrabina zaś przeszła do swojej sypialni. Tam z pomocą służącej przebrała się w nocną koszulę i postanowiła przed snem poczytać ciekawy romans. Wtem do jej pokoju wszedł przez tajne przejście jakiś osobnik w czerni. Był to ten sam pan, który rozmawiał z Colgenem. Człowiek w czerni.
- Kto by pomyślał? - rzekł patrząc na hrabinę - Tyle kobiecego piękna marnowane dla takiej muszkieterskiej hołoty. Szkoda, wielka szkoda.
- Żaden z nich mnie nie adorował, mój panie, jeżeli to pana interesuje - odpowiedziała hrabina, przybierając urażoną minę.
- Szkoda, bo miałbym wówczas pretekst, żeby wyzwać któregoś z nich na pojedynek i zabić w uczciwy sposób - rzekł z ironią człowiek w czerni.
- W uczciwy sposób? - spytała z kpiną w głosie hrabina de Willer - Nie znasz pan znaczenia słowa „uczciwość”.
- Możliwe - odpowiedział jej rozmówca, siadając obok hrabiny na łóżku - Ale znam znaczenie wielu innych słów.
- Na przykład jakiego?
- Podstęp.
- O, w to nie wątpię. Ja też znam to słowo i jego znaczenie. To w dużej mierze synonim oszustwa.
- Dokładnie tak. I teraz pewnie też mnie pani oszukujesz.
Pani de Willer zrobiła minę, która łączyła zarówno zdziwienie, jak i oburzenie.
- Nie rozumiem, o czym pan mówi - powiedziała, wstając z łóżka, po czym zaczęła przechadzać się po pokoju.
- A ja myślę, że pani dobrze rozumiesz, co ja mówię - rzekł człowiek w czerni - Chodzi o to, że przyjmuje pani tych panów u siebie, a do tego jeszcze pozwala się im adorować.
- Adorowali moją wychowanicę, nie mnie.
- Ale panią również, zaś pani przyjmowała to.
- A czemuż bym miała nie przyjmować? Czyż nie jestem jeszcze piękną kobietą? Czy nie mogę podobać się mężczyznom? Poza tym wykonuję jedynie polecenia pana ministra. Robię to, co on mi kazał.
- Widać, że lubisz robić to, co robisz, moja pani - powiedział człowiek w czerni, uśmiechając się i podchodząc do hrabiny - Ja także lubię robić to, co robię i to bardzo.
To mówiąc obrócił on hrabinę twarzą w swoją stronę i pocałował ją namiętnie w usta. Hrabina zaś objęła go mocno za szyję, po czym oddała mu pocałunek, a następnie położyła się na łóżku, ciągnąć mężczyznę ze sobą.
Pierwsze trzy dni upłynęło Luizie dość miło i spokojnie. Ale w końcu, jak się można było domyślać, zatęskniła za nowo poznanym przyjacielem, którego zdążyła polubić całym swoim sercem. Dla tego sympatycznego pana z Gaskonii, Raula Charmentall. Nie wiadomo dlaczego, ale czuła w sercu, że on jest kimś ważnym w jej życiu. Czasami zdawało się, iż zna go od wielu lat. Czuła do niego zaufanie i sympatię. Niejednokrotnie miała wrażenie, że z pewnością gdzieś już go widziała, dawno temu. W jej głowie, nie wiadomo skąd pojawiała się wizja uśmiechniętego, czupurnego chłopca. Pojawiała się, znikała i za moment znowu pojawiała. A potem ukazywały się obrazy kolejnych niań, guwernantek, ojca, wyraźne i doskonale wręcz zapamiętane. Lecz ten chłopiec, wesoły, uśmiechnięty, dobry, czuły, czyżby to pan Raul? Może go znała w dzieciństwie? Tylko dlaczego nie potrafi sobie tego przypomnieć? A może to jej się tylko śniło? Ale z drugiej strony czy to możliwe, żeby sen był aż tak realistyczny, że można by go pomylić z rzeczywistością?
Jedno tylko było całkowicie pewne. Pan Raul naprawdę może być przyjacielem takiej panienki, jak ona i panna Luiza będzie mogła na niego liczyć.
Był jednak jeszcze ktoś inny. Tak, przystojny młodzieniec, przyjaciel Raula. Pan baron de Morce. Bardzo piękny młodzieniec. A do tego jaki odważny! I ta szlachetność bijąca z jego twarzy. Taki by się niewątpliwie nadawał na męża. Nieznające dotychczas wznioślejszych uczuć serduszko panny Luizy, zadrżało. Nigdy jeszcze nie była zakochana, czas więc najwyższy, żeby nadrobić stracone chwile i wreszcie się zakochać. Zwłaszcza w kimś takim, jak ten sympatyczny młodzieniec. Czy jednak nie za szybko z tymi uczuciami? Wiadomo, że uczucia potrafią mylić. Należy na nie uważać. Wpierw trzeba poznać tego pana, polubić go, a dopiero później zdecydować, czy może być jej mężem, czy nie.
A może tak zaprosić tego pana do siebie, z pierwszą wizytą na nowym miejscu? Tak, to jest myśl. Oczywiście nie samego. Z panem Raulem. To jest doskonały pomysł. Oni sami jej nie odwiedzą, ponieważ są dobrze wychowani. Należy więc ich zaprosić. Czy jednak wypada jej to zrobić? Pewnie tak, przecież nie ma już lat piętnastu. Ale najlepiej będzie zapytać pani Pauliny, co ona o tym sądzi.
Jak pomyślała, tak też zrobiła. Hrabina de Willer nie miała jednak nic przeciwko temu. Nawet przyznała się swej wychowanicy, że już od dawna miała jej to zaproponować. Panie napisały więc bilecik do pana Raula (ostatecznie Luiza na balu poznała go nieco lepiej niż jego przyjaciela) z zaproszeniem do pałacyku przy ulicy Słonecznej 5 na godzinę 12:00, dodając również zaproszenie dla pana Francois, wyrażając nadzieję iż panowie nie zawiodą oczekiwań i odwiedzą je o wyznaczonej porze. Następnie Luiza posłała swoją służącą, by ta zaniosła ów bilecik do akademii muszkieterów, gdzie pan Raul i jego towarzysze zwykli przebywać. Służąca wykonała polecenie, wzbogacając się o luidora od pana Charmentall i całusa od jednego z muszkieterów, któremu z trudem zdołała się wyrwać, gdy ten złapał ją w objęcia. Na szczęście ów zalotnik nie był nachalny i nie ścigał jej. Po prostu nie potrafił sobie odmówić przyjemności ucałowania ładnej dziewczyny.
Wystrojone i przejęte (oczywiście mowa tu o Luizie) panie już dziesięć minut przed dwunastą siedziały w salonie oczekując gości. Punktualnie z wybiciem dwunastej, w salonie pojawił się lokaj anonsując panów Charmentalla i de Morce. Po chwili obaj panowie zostali wprowadzeni do salonu. Panie wstały, żeby ich powitać.
- Są panowie bardzo punktualni - zwróciła się do nich Luiza, wyciągając rękę na powitanie.
- To cecha każdego muszkietera - rzekł z uśmiechem Raul i jako pierwszy ucałował dłoń panienki.
Zaraz za nim powtórzył ten niezwykle szarmancki gest Francois.
- Cieszę się bardzo, panie Charmentall, że spełnił pan moją prośbę i przyprowadził ze sobą swego jakże uroczego towarzysza broni - Luiza uśmiechnęła się delikatnie zerkając lekko na towarzysza Raula - Miło mi, że pan baron nie wzgardził moim zaproszeniem.
- Gdzieżbym śmiał, pani - odpowiedział Francois uśmiechając się lekko zakłopotany wyraźnie okazywanym mu zainteresowaniem - Nigdy bym się nie ośmielił.
- Cieszę się.
Luiza wskazała na swoją guwernantkę.
- A oto moja opiekunka i nauczycielka, pani hrabina Paulina de Willer.
Panowie ucałowali z całym szacunkiem jej dłoń.
- Siądźmy więc - zaproponowała hrabina wskazując dłonią na salon.
Obaj tak właśnie zrobili.
- Jak się paniom podoba Paryż? - zapytał Francois.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedziała Luiza z uśmiechem, który wciąż nie znikał z jej twarzy - Bardzo mi się podoba. To przepiękne miasto. Tyle tylko, że nikogo tu nie znam, więc czuje się tu trochę nieswojo.
- Za to ja znam tu prawie wszystkich i też się czuję nieswojo - dodała wesoło hrabina de Willer - Zbyt wiele znajomych twarzy. Rozumiecie panowie, że to może być bardzo męczące.
- Niewątpliwie - zaśmiał się Francois.
- Przyznam się, droga pani, że Paryż nawet dla mnie jest naprawdę imponujący - rzekł Raul - Ale muszę również powiedzieć, że ustępuje urokowi państwa pałacu na wsi. Taka tam cisza i spokój. Daleko od polityki i problemów wielkiego świata. Daleko od wścibskich oczu.
- O tak, łatwo popełnić zbrodnię - mruknęła tajemniczym głosem hrabina.
Jej głos był na tyle tajemniczy, że aż przeraził obu muszkieterów, choć ci wcale nie należeli do ułomków.
- Słucham? - zapytał Raul.
Paulina de Willer szybko się jednak uśmiechnęła i zmieniła temat rozmowy:
- Nie ważne. Więc powiada pan, że Paryż jest dla pana za głośny?
- Troszeczkę. Ale jest w nim coś wspaniałego. Nieprawdaż, Francois?
Francois uśmiechnął się do niego.
- O tak, zdecydowanie. Jest w Paryżu takie miejsce, którego nie ma w żadnym innym mieście tego świata.
- Co to za miejsce?
- Nasza akademia muszkieterów. To cudowne miejsce. Mamy tam oddanych przyjaciół.
- Wiem - rzekła panna Luiza - I pewnie za nic nie opuściliby panowie tego miejsca na dłużej niż kilka godzin jednego dnia.
- Tego nie mówię - odpowiedział jej Raul - Jednakże miło jest tam spędzać czas.
- Nie wątpię. Owa słynna męska przyjaźń, braterstwo broni, braterstwo krwi, wspólna walka o szlachetny cel, ratowanie sobie nawzajem życia. To wszystko bardzo zbliża ludzi. Rozumiem to. Szkoda, że my kobiety nie umiemy zawierać aż takich przyjaźni. Zapewne dlatego to właśnie mężczyźni, a przynajmniej niektórzy z nich, mają o nas tak niepochlebne zdanie.
- My się do takich nie zaliczamy - żachnął się Raul.
- Oczywiście - dodał Francois, który praktycznie pożerał już pannę Luizę wzrokiem, tak się w nią uważnie wpatrywał - My dwaj mamy własne zdanie na temat kobiet.
- O! Doprawdy? Mają panowie własne zdanie? A czy wolno nam je poznać? - zapytała wesoło zainteresowana Luiza.
- Przykro mi, ale to tajemnica wojskowa - odpowiedział Francois z konspiracyjnym uśmiechem - Za to jednak powiedzieć pannie mogę, że do mężczyzn, posiadających o kobietach zdecydowanie niepochlebną opinię, należy niewątpliwie nasz kapitan, Andre Trechevile.
Hrabina de Willer zakrztusiła się gorącą czekoladą i zaczęła mocno kaszleć. Na szczęście po chwili doszła do siebie.
- Nic pani nie jest? - zapytał przerażony Raul.
- Nie, nic - odpowiedziała hrabina, podtykając sobie pod nos flakonik z solami trzeźwiącymi - Już wszystko w porządku.
Rozmowa zeszła na literaturę. Tutaj Raul popisał się niezwykłą wiedzą na temat dzieł Moliera i Szekspira, bowiem Trechevile nauczył chłopaka nie tylko sztuki wojennej, ale również umiłowania dobrej literatury. Raul był więc obyty ze światem kulturalnym i lektura literatury angielskiej sprawiała mu przyjemność. Teraz więc z pasją opowiadał o ostatnim przedstawieniu, jakie widział. Był to „Otello”, niezwykła sztuka przedstawiająca historię pewnego Murzyna, który szaleńczo zakochany w swojej żonie Desdemonie, udusił ją niesłusznie posądziwszy o zdradę, a sam następnie, odkrywszy prawdę, przebił się mieczem. W tym wszystkim szczególną uwagę chłopaka zwrócił chorąży Jago, sprawca całej tej zbrodni. On to bowiem sączył jad zazdrości w sercu Otella i sfabrykował dowody jej niby-zdrady. A wszystko dlatego, że nie otrzymał od męża Desdemony upragnionego awansu. Podłe, nieprawdaż?
- Ileż to zła mogą spowodować złość oraz zawiść - mówił Raul doświadczonym głosem - Te cechy są naprawdę bardzo szkodliwe same w sobie. I należy z nimi walczyć, bo inaczej zamienimy się w takich podłych Jagonów, czego wolałbym uniknąć.
- To prawda - odparła panna Luiza - Żal mi biednej Desdemony, bo ona tu była najbardziej pokrzywdzona.
- No, a sam Otello? - zawołał Francois - Jakie on musiał przeżywać katusze myśląc, że ona sypia z jego lojalnym żołnierzem Kasjem. To było straszne.
- Tak to już jest, że zemsta najbardziej dotyka tych, których dotyczy przede wszystkim, a przede wszystkim dotyczyła ona właśnie Otella - rzekła z doświadczeniem w głosie hrabina.
- A myśli pani, że można się mścić w nieskończoność? - zapytał Raul.
- Sądzę, że tak - odpowiedziała hrabina de Willer - Niektórzy ludzie tak mają.
- Ale przecież to chore.
- Dla nas tak. Lecz dla tego, co się mści, to zupełnie normalne. A najgorsze jest to, że ludzie, którzy się mszczą, potrafią być bardzo cierpliwi. Mogą czekać na zemstę długie lata, albowiem dla nich zemsta im dłużej odwlekana, tym lepiej smakuje.
Raul spostrzegł w jej oczach błysk zła, ale szybko on zniknął. Hrabina zadzwoniła po służącą i poleciła przynieść czekoladę i ciasteczka.
Młoda dziewczyna, niedawno pracująca u panny Luizy wniosła tacę, ustawiła naczynia na stoliku, dygnęła i wyszła. Była przejęta swoim nowym zajęciem i bardzo lubiła panienkę Luizę. Nie wiadomo jednak dlaczego, ale hrabina nie budziła w niej sympatii, a chwilami wręcz przerażała ją, dlatego też skorzystała ona z okazji i wyszła szybko z pokoju, uciekając przed mrocznym spojrzeniem guwernantki jaśnie panienki.
Po wypiciu czekolady oraz zjedzeniu ciasteczek, muszkieterowie pożegnali się i opuścili pałacyk. Byli bardzo zadowoleni z tej wizyty. Panie również. Takiej ciekawej rozmowy dawno już nie odbyli. Długo jeszcze Luiza myślała o swych rozmówcach.
Wieczorem, gdy nadszedł czas udać się w objęcia Morfeusza, panna Colgen pożegnała się z guwernantką i zniknęła w swoim pokoju. Hrabina zaś przeszła do swojej sypialni. Tam z pomocą służącej przebrała się w nocną koszulę i postanowiła przed snem poczytać ciekawy romans. Wtem do jej pokoju wszedł przez tajne przejście jakiś osobnik w czerni. Był to ten sam pan, który rozmawiał z Colgenem. Człowiek w czerni.
- Kto by pomyślał? - rzekł patrząc na hrabinę - Tyle kobiecego piękna marnowane dla takiej muszkieterskiej hołoty. Szkoda, wielka szkoda.
- Żaden z nich mnie nie adorował, mój panie, jeżeli to pana interesuje - odpowiedziała hrabina, przybierając urażoną minę.
- Szkoda, bo miałbym wówczas pretekst, żeby wyzwać któregoś z nich na pojedynek i zabić w uczciwy sposób - rzekł z ironią człowiek w czerni.
- W uczciwy sposób? - spytała z kpiną w głosie hrabina de Willer - Nie znasz pan znaczenia słowa „uczciwość”.
- Możliwe - odpowiedział jej rozmówca, siadając obok hrabiny na łóżku - Ale znam znaczenie wielu innych słów.
- Na przykład jakiego?
- Podstęp.
- O, w to nie wątpię. Ja też znam to słowo i jego znaczenie. To w dużej mierze synonim oszustwa.
- Dokładnie tak. I teraz pewnie też mnie pani oszukujesz.
Pani de Willer zrobiła minę, która łączyła zarówno zdziwienie, jak i oburzenie.
- Nie rozumiem, o czym pan mówi - powiedziała, wstając z łóżka, po czym zaczęła przechadzać się po pokoju.
- A ja myślę, że pani dobrze rozumiesz, co ja mówię - rzekł człowiek w czerni - Chodzi o to, że przyjmuje pani tych panów u siebie, a do tego jeszcze pozwala się im adorować.
- Adorowali moją wychowanicę, nie mnie.
- Ale panią również, zaś pani przyjmowała to.
- A czemuż bym miała nie przyjmować? Czyż nie jestem jeszcze piękną kobietą? Czy nie mogę podobać się mężczyznom? Poza tym wykonuję jedynie polecenia pana ministra. Robię to, co on mi kazał.
- Widać, że lubisz robić to, co robisz, moja pani - powiedział człowiek w czerni, uśmiechając się i podchodząc do hrabiny - Ja także lubię robić to, co robię i to bardzo.
To mówiąc obrócił on hrabinę twarzą w swoją stronę i pocałował ją namiętnie w usta. Hrabina zaś objęła go mocno za szyję, po czym oddała mu pocałunek, a następnie położyła się na łóżku, ciągnąć mężczyznę ze sobą.
1 komentarz:
Raul i Francois naprawdę są kulturalni i dobrze wychowani, jak na prawdziwych dzentelmenów przystało. Do tego Raul jest wykształcony i oczytany, a to naprawdę dobrze o nim świadczy, zwłaszcza w oczach Luizy, która jest naprawdę inteligentną i wykształconą osobą. Z kolei Paulina, mówiąc na temat mściwości, miała na myśli z całą pewnością Colgena, którego plany dobrze zna albo też się ich domyśla, bo przecież on przez większość swego życia planował zemstę na swoim kuzynie, gdyż czuje się przez niego niedoceniany, mimo że dzierży w swoich rękach ważne funkcje państwowe, które powinny być sprawowane przez dwie osoby. Na domiar złego Paulina okazała się być kochanką tego podłego i niegodziwego zbrodniarza, którego największą pasję stanowi zabijanie niewinnych ludzi i przez którego Raul stracił rodziców, a i sam o mało co nie postradał wówczas życia, gdyby nie Trechevile, który w porę się nim zaopiekował, wówczas gdy przybył z wizytą do jego rodziców.
Prześlij komentarz