Rozdział XII
Rozmowa demona z diablicą
Rozmowa demona z diablicą
Raul i Francois kilkakrotnie odwiedzali Luizę Colgen przynosząc jej najnowsze wieści z miasta, jak również ciekawe anegdoty. Panienka chętnie słuchała nowinek przynoszonych doń przez sympatycznych młodzieńców. Cała trójka bawiła się owymi nowinkami w najlepsze przy filiżance czekolady i ciasteczkach. Ostatnio jednak Raul odwiedził Luizę sam, gdyż Francois miał w tym czasie swoje obowiązki do wypełnienia. Panna Colgen przyjęła więc Raula i rozpoczęła z nim interesującą rozmowę poruszającą rozmaite tematy. Rozmawiali o ludzkiej psychologi, literaturze oraz teatrze. Szczególnie podobały im się sztuki Moliera i Szekspira. Rozmowa upływała miło i sympatycznie, w końcu jednak Charmentall musiał wracać do koszar, zaś Luiza do swej ukochanej biblioteczki. Asystująca jej przy każdej wizycie młodzieńców, pani Paulina de Willer poszła do swego swojego pokoju. Tam zaś spędzała zwykle czas na swojej ulubionej, poobiedniej drzemce. Tym razem jednak ktoś jej przeszkodził. Ledwie bowiem weszła do swych apartamentów, gdy usłyszała znajomy głos.
- Tyle piękna, tyle niezwykłego piękna marnowane na przyjmowanie adoracji tego głupka z Gaskonii. Szkoda, wielka szkoda.
W fotelu siedział człowiek w czerni.
Hrabina usiadła na łóżku i patrzyła na niego nic nie mówiąc.
- Zachowujesz się, jak jego przyjaciel - rzekł niespodziewany gość.
- Taki dostałam wszak rozkaz od pana ministra - odpowiedziała mu hrabina obojętnym tonem - Jego rzecz rozkazywać, a nasza rzecz słuchać.
- Owszem, ale czy ty aby, pani, zbytnio nie przesadzasz? - zapytał człowiek w czerni.
- Ja? - pani Paulina była bardzo zdumiona jego pytaniem - To raczej pan przesadzasz i to bardzo. Jesteś pan zwyczajnie zazdrosny.
- Zazdrosny? O kogo? O tego gamonia? Niech pani sobie nie żartuje - zakpił sobie jej gość - Zazdrość nie leży w mojej naturze. Za to w naturze jego przyjaciela i owszem. Obserwuję obu tych panów już od dłuższego czasu i mogę śmiało powiedzieć, że chociaż pan Raul nie należy do ludzi łatwo ulegających emocjom, to jego przyjaciel wręcz przeciwnie. Zazdrość może do niego bardzo pasować Zastanawiam się, jak by tu ją odpowiednio wykorzystać.
- Wyobraź pan sobie, że ja także.
- Czyżby? To się chwali, jednak na razie pozwalasz mu myśleć, że ma w tobie przyjaciela. Jest wobec ciebie taki miły i grzeczny. Stawiam swoją głowę, że ma do pani wielki szacunek. Zmieniłby wszak zdanie, gdyby znał prawdę o pani. No i oczywiście gdyby zobaczył ten śliczny kwiatek na pani ramieniu.
Paulina de Willer wiedziała dobrze, że chodzi mu o czarną lilię, piętno przestępców. Piętno złodziei i prostytutek, choć niekiedy też i heretyków. Piętno wypalane na ramieniu ludziom skazanym, aby w razie wypuszczenia na wolność lub ucieczki z więzienia każdy mógł ich odróżnić od uczciwych ludzi. Człowiek z tym piętnem już nigdy nie był wolny. Każdy mógł go bezkarnie zabić. Człowiek z piętnem był nikim. Wobec ludzi, wobec prawa i nawet wobec Kościoła. Dlatego strach pani de Willer, że ktoś może to piętno odkryć, był jak najbardziej uzasadniony.
- Może pan być spokojny, na pewno o nim nie wie - odpowiedziała mu, z trudem panując nad lękiem.
- To i dobrze - mruknął człowiek w czerni - Bo jakby wiedział, to wówczas mógłby nam nieco przeszkodzić w naszych planach.
Nagle parsknął śmiechem.
- Co jest takiego zabawnego? - spytała hrabina wyraźnie poirytowana jego zachowaniem.
- Proszę wybaczyć, ale śmiech mnie ogarnia, kiedy sobie przypomnę, jak ten młody głupiec starał się tobie przymilić, moja pani - odpowiedział jej rozmówca - Jak się zachowuje uprzejmie wobec ciebie. Ciekawe, co by powiedział, gdyby wiedział, że mamy jego siostrzyczkę, którą on tak bardzo kocha?
- Na pewno byłby wściekły - uśmiechnęła się złośliwie hrabina Paulina de Willer.
- To na pewno. Wówczas nazywałby cię nieco inaczej niż teraz. I nie byłoby to miłe dla ciebie.
- Zapewne. Więc chyba dobrze, że on o niczym nie wie.
- Owszem. Jednakże, znając wścibski charakter tych Gaskończyków, wkrótce się o tym dowie.
- A jak? - spytała pani Paulina, siadając przy lustrze.
- Kiedy będzie wścibiał swój wredny nochal w sprawy innych ludzi, którzy spokojnie chcą tylko knuć swoje intrygi.
- Wówczas to, mój panie, trzeba będzie mu ten wścibski nos przyciąć.
- Podziwiam twoją mądrość, moja pani - uśmiechnął się w okrutny sposób człowiek w czerni - Ale chyba pozwolisz mi, pani, zasłużyć na ten zaszczyt.
- Oczywiście. Jednak liczę na to, że nie zrobisz pan niczego głupiego, dopóki nie otrzymamy odpowiednich poleceń od pana ministra - rzekła hrabina zapinając naszyjnik na swej pięknej szyi i przeglądając się z nim w lustrze.
- To oczywiste! Wierz mi, pani, że gdyby nie zakaz ministra, to młody Charmentall już dawno spotkałby się ze swoim tatusiem. Ale cóż, rozkaz to rozkaz. Chociaż ręce świerzbią.
- Nie martw się o to, mój panie. Już wkrótce to wszystko się skończy i zerwiemy ze swoją przeszłością raz na zawsze.
- No, nie byłym tego taki pewien.
- A to dlaczego?
- No cóż... Czuję się w obowiązku poinformować panią, że oprócz pana Charmentalla jest tu w Paryżu ktoś jeszcze, kto stoi na naszej drodze do szczęścia.
- Niby kto? - spytała hrabina, odpinając powoli naszyjnik i biorąc do ręki następny.
- Andre Trechevile.
Paulinie de Willer wypadł naszyjnik z ręki na sam dźwięk nazwiska, które właśnie usłyszała.
- To niemożliwe! - zawołała - Nieprawdopodobne!
- A jednak. Pan Andre Trechevile, kapitan muszkieterów i przyjaciel Charmentalla.
- Andre? Mój niedoszły?
- On sam.
Paulina de Willer trzęsła się na całym ciele.
- To niemożliwe. Nieprawdopodobne. Nie on! Raul wspominał mi co prawda o nim, ale nie sądziłam, że on jest tu, na miejscu. Myślałam, że może go gdzieś wysłali z jakąś misją i jest daleko stąd.
Człowiek w czerni widocznie napawał się lękiem kobiety, gdyż mówił dalej ze zwykłym sobie okrucieństwem:
- Zapewniam panią, że on jest w Paryżu. Jest tutaj, w tym mieście. We własnej, że tak powiem osobie. Nie kto inny, tylko on sam. Ten sam pan Andre, którego względy ty, pani, niegdyś odrzuciłaś.
Przerażona hrabina, szybko się opanowała.
- A nawet jeżeli on tu jest, to cóż z tego? Nie wie, gdzie ja jestem, nie ma pojęcia, jak ja się obecnie nazywam. Nic o mnie nie wie. Nie zdoła nam przeszkodzić. To już tylko zniszczony życiem i cierpieniem człowiek w średnim wieku.
- W średnim czy nie, ja bym go nie lekceważył. Znam go równie dobrze jak ty, moja pani, a może nawet i lepiej. Moja banda walczyła z nim wielokrotnie i zawsze przegrywała. To łotr kuty na cztery nogi. Jak on się za coś weźmie, to nie ma przebacz. Wszystko wytropi.
- Nawet jeśli, to jemu też możesz uciąć nosa. No co? - spytała hrabina, widząc na twarzy swego rozmówcy oznakę wahania się - Nie powiesz mi chyba, mój panie, że się go boisz?
- Skądże - odpowiedział człowiek w czerni - Po prostu czuję przed tym człowiekiem respekt. Ty pani też powinnaś.
- Ja? A niby dlaczego?
- Chociażby dlatego, że to nie jest człowiek, którego można ot tak sobie lekceważyć i pani powinnaś wiedzieć o tym najlepiej.
- Zapewniam cię, że wiem. Ja się go nie boję.
- Czyżby? - zakpił sobie człowiek w czerni - Przed chwilą jeszcze drżałaś na sam dźwięk jego nazwiska, a teraz oznajmiasz mi, że się go nie boisz? To śmieszne.
- Może dla pana, ale nie dla mnie.
Człowiek w czerni wstał z fotela i zaczął się przechadzać po pokoju.
- Andre Trechevile jest bardzo honorowy i odważny, a to same zalety. Pokonać go będzie wyjątkowo trudno, zaś zabić, jeszcze trudniej. Jednakże usuwałem już trudniejsze przeszkody z mojej drogi. Tym razem też tak zrobię. Ale tym razem nie zostawię nikogo przy życiu. Nie będzie żadnych cudownie ocalałych dzieci. Zapewniam cię pani, że jak wezmę się do pracy, to wykonam ją z największą sumiennością i dokładnością oraz bez litości. Młody Raul Charmentall ocalał dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności. Teraz tak się nie stanie. Ach, żebym już mógł go zabić! Z jak wielką przyjemnością bym to zrobił. Niestety, nie mogę. Zakaz pana ministra. Już się nie mogę doczekać, kiedy on zacznie się niepotrzebnie interesować naszym planem. Wtedy dostanę pozwolenie na pozbycie się go.
- Z tego co wiem, macie rozkaz go tylko postraszyć, gdyby nagle do tego doszło.
- To prawda, ale nikt nam nie zabronił nastraszyć go na śmierć.
- Lepiej, mój drogi panie, nie narażaj się ministrowi. Wielu już mu się naraziło i źle na tym wyszło. Skończyli marnie.
- Owszem, bo skończyli z mojej ręki.
- Tym razem jednak możesz pan skończyć z jego ręki.
- Nie jest aż tak dobry na szpady.
- Więc z ręki kogoś innego, na jego polecenie.
Człowiek w czerni zaśmiał się bezczelnie.
- Jeszcze się taki nie znalazł, co by mnie umiał pokonać, a chociażby dorównać. Nawet Trechevile, przed którym czuję respekt. Więc śmiem w to wątpić.
- Pańska słabość to zbytnia pewność siebie.
- A pani, wiara w swoją urodę i wdzięki, którym ja oprzeć się nie mogę. I choćby miało mnie to zgubić, to nie zaprę się tego.
- Mam nadzieję.
I ta oto para demonów połączyła swe plugawe usta w piekielnym pocałunku.
Ach, gdyby tak Raul mógł słyszeć ich rozmowę.
***
Niestety, nasz młody przyjaciel nie mógł tego usłyszeć. Był bowiem bardzo daleko od miejsca, w którym toczyła się ta rozmowa i usłyszenie czegokolwiek z takiej odległości było niemożliwe. Dlatego też Raul, nie przeczuwając w ogóle, że cokolwiek mu grozi, wracał do koszar, licząc, że znajdzie tam swoich kompanów. Znalazł jednak tylko Fryderyka, ponieważ Francois miał służbę w pałacu, zaś Trechevile wyjechał za miasto w sobie tylko znanym kierunku. Młodzieniec więc zadowolił się towarzystwem nowicjusza muszkieterów i razem spędzili czas na różnych ćwiczeniach w akademii, jak również obserwowaniu zaułków Paryża. Nadal bowiem obowiązywał ich rozkaz obserwowania ulic i aresztowania wszelkiego rodzaju warchołów. Oczywiście, kiedy zajdzie takowa konieczność. Nikogo takiego jednak nie spostrzegli, więc pilnowanie ulic było dla nich dość nużące. Z radością powitali zatem koniec patrolu. Po zakończeniu służby poszli „Pod Złamaną Szpadę” (gdzie obaj mieszkali) na jakże zasłużony odpoczynek.
Raul musiał jednak na chwilowo zrezygnować z planów wypoczynku, odwiedził go bowiem Francois, który przed godziną zakończył swoją służbę w pałacu królewskim. Przybiegł do przyjaciela wyjątkowo zdenerwowany i poczerwieniały.
- Raul, słuchaj, nie uwierzysz, co się wydarzyło! - zawołał w progu.
- A co się stało? - zapytał nasz Gaskończyk.
- Otóż… - Francois ciągle dyszał ze zdenerwowania - Otóż…
- Usiądź lepiej, przyjacielu i mów powoli - zaproponował Raul.
- Dziękuję - rzekł Francois i skorzystał z rady.
Kiedy już zaś wydyszał się do woli i był gotowy do rozmowy, to wówczas rozpoczął swą opowieść.
- Wyobraź sobie, mój drogi... Wracam sobie dzisiaj z koszar… Miałem bowiem uciążliwą służbę w pałacu. No, może nie tyle uciążliwą, co nudną. Stałem na warcie kilka godzin. Nic się nie działo, a mnie bolą szczęki od ziewania z nudów.
- Do rzeczy - mruknął ponuro Raul.
Jego przyjaciel zachichotał delikatnie.
- Masz rację, wybacz. Przechodzę już do sedna. A więc idę sobie ulicą do oberży... Ciemno już wtedy było… Idę więc, już jestem blisko celu, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie, słyszę huk pistoletu i kula wbija się we framugę okna jednego z domów. I to akurat tego, przy którym ja stałem.
- Niesamowite - rzekł Raul słuchając uważnie słów przyjaciela.
Słowa przyjaciela wyraźnie go przeraziły. A więc ktoś musiał polować na pana de Morce. Pytanie tylko kto i dlaczego? Francois był równie mocno przejęty, ciągnął jednak dalej swoją opowieść:
- I to jak niesamowite! Wyobrażasz to sobie? Nieco bliżej i trafiłaby mnie w głowę. Obracam się i rozglądam dookoła, szukając winowajcy, ale nigdzie go nie ma. A przynajmniej ja go nie widzę. Pomyślałem więc, że nie ma co stać i czekać na kogoś, kto nie przyjdzie. Poszedłem więc do oberży, zamówiłem butelkę wina do mojego pokoju. Wchodzę, patrzę, a tam już ktoś jest! Stoi sobie bezczelnie przed oknem i patrzy przez nie na ulicę. Gdy wszedłem, intruz odwrócił się i przemówił:
„Widzę, panie de Morce, że nie posłuchał pan mojej prośby. Panna Luiza nadal jest narażona na pana obecność w swoim domu”.
Poznałem jego głos. Był to ten sam łotr, który nas wtedy zaczepił na balu u ministra. Wiesz, to ten, co sobie uzurpuje prawa do panny Luizy.
- Wiem. Też go pamiętam. Nieciekawy typ.
- Dokładnie. Bardzo nieciekawy. Więc ja, z całym wysiłkiem starając się opanować, rzekłem do niego:
„Trudno się dziwić, skoro sama mnie do tego domu zaprasza”.
„Zaprasza pana przez grzeczność, a pan przez grzeczność następnym razem odmówi” - rzekł on do mnie.
Ja na to, że nie widzę najmniejszego powodu, aby to robić, on zaś, że widzi. Ja pytam, jakiż to powód, on zaś, że mianowicie taki, iż moja obecność w tym domu go drażni. Rzekłem mu więc, iż to nie moja wina ani sprawa, więc nie mam zamiaru na jego żądania przystawać. On zaś spojrzał na mnie ironicznie i powiedział:
„Panie de Morce, jeszcze mało pan wie o świecie. Kiedy ja czegoś sobie nie życzę, to nie może to się stać. A jeśli się staje, wówczas wpadam we wściekłość, a kiedy ja wpadam we wściekłość, to wówczas biada temu, kto mnie zdenerwował. Więc niech lepiej pan uważa”.
Miałem już rękę na rękojeści szpady, ale się opanowałem, on bowiem trzymał swoją na pistolecie. Stwierdziłem (a chyba przyznasz mi rację), że zanim ja zrobię ruch, to on zdąży strzelić i raczej nie chybi.
- Dobrze stwierdziłeś. Lepiej nie kusić losu.
- Dziękuję ci. Też tak sobie od razu pomyślałem, kiedy wymierzył we mnie tę swoją pukawkę. Więc on mi to powiedział, potem zaś zaśmiał się ironicznie i podszedł do drzwi. Ukłonił się i powiedział:
„Jeśli kiedyś zechcesz pan z kimś bić się, to spytaj o hrabiego Filipa de Bernice. Wszędzie panu mnie wskażą. W każdej oberży znane jest to nazwisko”.
„Zakładam, że od najgorszej strony”, stwierdziłem.
„Oczywiście”, on na to.
Już miał wyjść, ale nagle obrócił się do mnie i rzekł:
„A i jeszcze jedno. Nie myśl pan sobie, że chybiłem, strzelając dzisiaj do pana. To było ostrzeżenie skierowane bezpośrednio do pańskiej osoby. Lepiej więc, panie, posłuchaj mojej rady, bo ja, jak chcę, to umiem świetnie strzelać. Następna kula trafi pana w krzyż. Chcę, żeby pan to wiedział i lepiej mnie nie prowokował. Dobranoc”.
Po tych słowach wyszedł i tyle go widziałem. Siedziałem przez chwilę pogrążony w strachu i zdumieniu, a potem, dowiedziawszy się od naszego karczmarza, że tu jesteś, pobiegłem do ciebie, aby ci o tym opowiedzieć.
- Dobrze zrobiłeś - rzekł Raul klepiąc przyjaciela po plecach - To, co mówisz, jest bardzo intrygujące. I dziwne zarazem. Czemu ten człowiek nie zawziął się na mnie, ale akurat na ciebie? Przecież ja też odwiedzam pannę Luizę, a nawet częściej niż ty sam. Dlaczego uczepił się właśnie ciebie? Czy coś mu kiedyś zrobiłeś?
- Nie, pierwszy raz widzę tego człowieka na oczy - zaprotestował Francois - Nie znam też nikogo o takim nazwisku.
- Zatem to naprawdę dziwne.
- Jeszcze jak dziwne. Jednak co z tym zrobić należy?
- No chyba nie przestraszymy się jakiegoś nawiedzonego gamonia? - żachnął się Raul - Nie takich już przekłuwaliśmy szpadą.
- Masz rację, ale jednak w tym gościu coś jest. Jakaś tajemna siła, coś, co mnie od niego odpycha, coś, co sprawia, że drżą mi przed nim nogi. Nie wiem co, ale się dowiem. Ja bym go nie lekceważył.
- Toteż ja nie chcę go lekceważyć, jednakże mimo wszystko, chyba nie chcesz przestać odwiedzać ukochanej tylko dlatego, że jakiś dziwak rości sobie do niej prawo. Zresztą bez jej zgody. A możliwe też, że również bez jej wiedzy.
- Nie mam zamiaru przestać odwiedzać pannę Luizę, możesz być tego pewien, mój przyjacielu - powiedział stanowczo Francois.
- No i bardzo dobrze, mój drogi - zakończył rozmowę Raul - I bardzo dobrze.
- Tyle piękna, tyle niezwykłego piękna marnowane na przyjmowanie adoracji tego głupka z Gaskonii. Szkoda, wielka szkoda.
W fotelu siedział człowiek w czerni.
Hrabina usiadła na łóżku i patrzyła na niego nic nie mówiąc.
- Zachowujesz się, jak jego przyjaciel - rzekł niespodziewany gość.
- Taki dostałam wszak rozkaz od pana ministra - odpowiedziała mu hrabina obojętnym tonem - Jego rzecz rozkazywać, a nasza rzecz słuchać.
- Owszem, ale czy ty aby, pani, zbytnio nie przesadzasz? - zapytał człowiek w czerni.
- Ja? - pani Paulina była bardzo zdumiona jego pytaniem - To raczej pan przesadzasz i to bardzo. Jesteś pan zwyczajnie zazdrosny.
- Zazdrosny? O kogo? O tego gamonia? Niech pani sobie nie żartuje - zakpił sobie jej gość - Zazdrość nie leży w mojej naturze. Za to w naturze jego przyjaciela i owszem. Obserwuję obu tych panów już od dłuższego czasu i mogę śmiało powiedzieć, że chociaż pan Raul nie należy do ludzi łatwo ulegających emocjom, to jego przyjaciel wręcz przeciwnie. Zazdrość może do niego bardzo pasować Zastanawiam się, jak by tu ją odpowiednio wykorzystać.
- Wyobraź pan sobie, że ja także.
- Czyżby? To się chwali, jednak na razie pozwalasz mu myśleć, że ma w tobie przyjaciela. Jest wobec ciebie taki miły i grzeczny. Stawiam swoją głowę, że ma do pani wielki szacunek. Zmieniłby wszak zdanie, gdyby znał prawdę o pani. No i oczywiście gdyby zobaczył ten śliczny kwiatek na pani ramieniu.
Paulina de Willer wiedziała dobrze, że chodzi mu o czarną lilię, piętno przestępców. Piętno złodziei i prostytutek, choć niekiedy też i heretyków. Piętno wypalane na ramieniu ludziom skazanym, aby w razie wypuszczenia na wolność lub ucieczki z więzienia każdy mógł ich odróżnić od uczciwych ludzi. Człowiek z tym piętnem już nigdy nie był wolny. Każdy mógł go bezkarnie zabić. Człowiek z piętnem był nikim. Wobec ludzi, wobec prawa i nawet wobec Kościoła. Dlatego strach pani de Willer, że ktoś może to piętno odkryć, był jak najbardziej uzasadniony.
- Może pan być spokojny, na pewno o nim nie wie - odpowiedziała mu, z trudem panując nad lękiem.
- To i dobrze - mruknął człowiek w czerni - Bo jakby wiedział, to wówczas mógłby nam nieco przeszkodzić w naszych planach.
Nagle parsknął śmiechem.
- Co jest takiego zabawnego? - spytała hrabina wyraźnie poirytowana jego zachowaniem.
- Proszę wybaczyć, ale śmiech mnie ogarnia, kiedy sobie przypomnę, jak ten młody głupiec starał się tobie przymilić, moja pani - odpowiedział jej rozmówca - Jak się zachowuje uprzejmie wobec ciebie. Ciekawe, co by powiedział, gdyby wiedział, że mamy jego siostrzyczkę, którą on tak bardzo kocha?
- Na pewno byłby wściekły - uśmiechnęła się złośliwie hrabina Paulina de Willer.
- To na pewno. Wówczas nazywałby cię nieco inaczej niż teraz. I nie byłoby to miłe dla ciebie.
- Zapewne. Więc chyba dobrze, że on o niczym nie wie.
- Owszem. Jednakże, znając wścibski charakter tych Gaskończyków, wkrótce się o tym dowie.
- A jak? - spytała pani Paulina, siadając przy lustrze.
- Kiedy będzie wścibiał swój wredny nochal w sprawy innych ludzi, którzy spokojnie chcą tylko knuć swoje intrygi.
- Wówczas to, mój panie, trzeba będzie mu ten wścibski nos przyciąć.
- Podziwiam twoją mądrość, moja pani - uśmiechnął się w okrutny sposób człowiek w czerni - Ale chyba pozwolisz mi, pani, zasłużyć na ten zaszczyt.
- Oczywiście. Jednak liczę na to, że nie zrobisz pan niczego głupiego, dopóki nie otrzymamy odpowiednich poleceń od pana ministra - rzekła hrabina zapinając naszyjnik na swej pięknej szyi i przeglądając się z nim w lustrze.
- To oczywiste! Wierz mi, pani, że gdyby nie zakaz ministra, to młody Charmentall już dawno spotkałby się ze swoim tatusiem. Ale cóż, rozkaz to rozkaz. Chociaż ręce świerzbią.
- Nie martw się o to, mój panie. Już wkrótce to wszystko się skończy i zerwiemy ze swoją przeszłością raz na zawsze.
- No, nie byłym tego taki pewien.
- A to dlaczego?
- No cóż... Czuję się w obowiązku poinformować panią, że oprócz pana Charmentalla jest tu w Paryżu ktoś jeszcze, kto stoi na naszej drodze do szczęścia.
- Niby kto? - spytała hrabina, odpinając powoli naszyjnik i biorąc do ręki następny.
- Andre Trechevile.
Paulinie de Willer wypadł naszyjnik z ręki na sam dźwięk nazwiska, które właśnie usłyszała.
- To niemożliwe! - zawołała - Nieprawdopodobne!
- A jednak. Pan Andre Trechevile, kapitan muszkieterów i przyjaciel Charmentalla.
- Andre? Mój niedoszły?
- On sam.
Paulina de Willer trzęsła się na całym ciele.
- To niemożliwe. Nieprawdopodobne. Nie on! Raul wspominał mi co prawda o nim, ale nie sądziłam, że on jest tu, na miejscu. Myślałam, że może go gdzieś wysłali z jakąś misją i jest daleko stąd.
Człowiek w czerni widocznie napawał się lękiem kobiety, gdyż mówił dalej ze zwykłym sobie okrucieństwem:
- Zapewniam panią, że on jest w Paryżu. Jest tutaj, w tym mieście. We własnej, że tak powiem osobie. Nie kto inny, tylko on sam. Ten sam pan Andre, którego względy ty, pani, niegdyś odrzuciłaś.
Przerażona hrabina, szybko się opanowała.
- A nawet jeżeli on tu jest, to cóż z tego? Nie wie, gdzie ja jestem, nie ma pojęcia, jak ja się obecnie nazywam. Nic o mnie nie wie. Nie zdoła nam przeszkodzić. To już tylko zniszczony życiem i cierpieniem człowiek w średnim wieku.
- W średnim czy nie, ja bym go nie lekceważył. Znam go równie dobrze jak ty, moja pani, a może nawet i lepiej. Moja banda walczyła z nim wielokrotnie i zawsze przegrywała. To łotr kuty na cztery nogi. Jak on się za coś weźmie, to nie ma przebacz. Wszystko wytropi.
- Nawet jeśli, to jemu też możesz uciąć nosa. No co? - spytała hrabina, widząc na twarzy swego rozmówcy oznakę wahania się - Nie powiesz mi chyba, mój panie, że się go boisz?
- Skądże - odpowiedział człowiek w czerni - Po prostu czuję przed tym człowiekiem respekt. Ty pani też powinnaś.
- Ja? A niby dlaczego?
- Chociażby dlatego, że to nie jest człowiek, którego można ot tak sobie lekceważyć i pani powinnaś wiedzieć o tym najlepiej.
- Zapewniam cię, że wiem. Ja się go nie boję.
- Czyżby? - zakpił sobie człowiek w czerni - Przed chwilą jeszcze drżałaś na sam dźwięk jego nazwiska, a teraz oznajmiasz mi, że się go nie boisz? To śmieszne.
- Może dla pana, ale nie dla mnie.
Człowiek w czerni wstał z fotela i zaczął się przechadzać po pokoju.
- Andre Trechevile jest bardzo honorowy i odważny, a to same zalety. Pokonać go będzie wyjątkowo trudno, zaś zabić, jeszcze trudniej. Jednakże usuwałem już trudniejsze przeszkody z mojej drogi. Tym razem też tak zrobię. Ale tym razem nie zostawię nikogo przy życiu. Nie będzie żadnych cudownie ocalałych dzieci. Zapewniam cię pani, że jak wezmę się do pracy, to wykonam ją z największą sumiennością i dokładnością oraz bez litości. Młody Raul Charmentall ocalał dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności. Teraz tak się nie stanie. Ach, żebym już mógł go zabić! Z jak wielką przyjemnością bym to zrobił. Niestety, nie mogę. Zakaz pana ministra. Już się nie mogę doczekać, kiedy on zacznie się niepotrzebnie interesować naszym planem. Wtedy dostanę pozwolenie na pozbycie się go.
- Z tego co wiem, macie rozkaz go tylko postraszyć, gdyby nagle do tego doszło.
- To prawda, ale nikt nam nie zabronił nastraszyć go na śmierć.
- Lepiej, mój drogi panie, nie narażaj się ministrowi. Wielu już mu się naraziło i źle na tym wyszło. Skończyli marnie.
- Owszem, bo skończyli z mojej ręki.
- Tym razem jednak możesz pan skończyć z jego ręki.
- Nie jest aż tak dobry na szpady.
- Więc z ręki kogoś innego, na jego polecenie.
Człowiek w czerni zaśmiał się bezczelnie.
- Jeszcze się taki nie znalazł, co by mnie umiał pokonać, a chociażby dorównać. Nawet Trechevile, przed którym czuję respekt. Więc śmiem w to wątpić.
- Pańska słabość to zbytnia pewność siebie.
- A pani, wiara w swoją urodę i wdzięki, którym ja oprzeć się nie mogę. I choćby miało mnie to zgubić, to nie zaprę się tego.
- Mam nadzieję.
I ta oto para demonów połączyła swe plugawe usta w piekielnym pocałunku.
Ach, gdyby tak Raul mógł słyszeć ich rozmowę.
***
Niestety, nasz młody przyjaciel nie mógł tego usłyszeć. Był bowiem bardzo daleko od miejsca, w którym toczyła się ta rozmowa i usłyszenie czegokolwiek z takiej odległości było niemożliwe. Dlatego też Raul, nie przeczuwając w ogóle, że cokolwiek mu grozi, wracał do koszar, licząc, że znajdzie tam swoich kompanów. Znalazł jednak tylko Fryderyka, ponieważ Francois miał służbę w pałacu, zaś Trechevile wyjechał za miasto w sobie tylko znanym kierunku. Młodzieniec więc zadowolił się towarzystwem nowicjusza muszkieterów i razem spędzili czas na różnych ćwiczeniach w akademii, jak również obserwowaniu zaułków Paryża. Nadal bowiem obowiązywał ich rozkaz obserwowania ulic i aresztowania wszelkiego rodzaju warchołów. Oczywiście, kiedy zajdzie takowa konieczność. Nikogo takiego jednak nie spostrzegli, więc pilnowanie ulic było dla nich dość nużące. Z radością powitali zatem koniec patrolu. Po zakończeniu służby poszli „Pod Złamaną Szpadę” (gdzie obaj mieszkali) na jakże zasłużony odpoczynek.
Raul musiał jednak na chwilowo zrezygnować z planów wypoczynku, odwiedził go bowiem Francois, który przed godziną zakończył swoją służbę w pałacu królewskim. Przybiegł do przyjaciela wyjątkowo zdenerwowany i poczerwieniały.
- Raul, słuchaj, nie uwierzysz, co się wydarzyło! - zawołał w progu.
- A co się stało? - zapytał nasz Gaskończyk.
- Otóż… - Francois ciągle dyszał ze zdenerwowania - Otóż…
- Usiądź lepiej, przyjacielu i mów powoli - zaproponował Raul.
- Dziękuję - rzekł Francois i skorzystał z rady.
Kiedy już zaś wydyszał się do woli i był gotowy do rozmowy, to wówczas rozpoczął swą opowieść.
- Wyobraź sobie, mój drogi... Wracam sobie dzisiaj z koszar… Miałem bowiem uciążliwą służbę w pałacu. No, może nie tyle uciążliwą, co nudną. Stałem na warcie kilka godzin. Nic się nie działo, a mnie bolą szczęki od ziewania z nudów.
- Do rzeczy - mruknął ponuro Raul.
Jego przyjaciel zachichotał delikatnie.
- Masz rację, wybacz. Przechodzę już do sedna. A więc idę sobie ulicą do oberży... Ciemno już wtedy było… Idę więc, już jestem blisko celu, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie, słyszę huk pistoletu i kula wbija się we framugę okna jednego z domów. I to akurat tego, przy którym ja stałem.
- Niesamowite - rzekł Raul słuchając uważnie słów przyjaciela.
Słowa przyjaciela wyraźnie go przeraziły. A więc ktoś musiał polować na pana de Morce. Pytanie tylko kto i dlaczego? Francois był równie mocno przejęty, ciągnął jednak dalej swoją opowieść:
- I to jak niesamowite! Wyobrażasz to sobie? Nieco bliżej i trafiłaby mnie w głowę. Obracam się i rozglądam dookoła, szukając winowajcy, ale nigdzie go nie ma. A przynajmniej ja go nie widzę. Pomyślałem więc, że nie ma co stać i czekać na kogoś, kto nie przyjdzie. Poszedłem więc do oberży, zamówiłem butelkę wina do mojego pokoju. Wchodzę, patrzę, a tam już ktoś jest! Stoi sobie bezczelnie przed oknem i patrzy przez nie na ulicę. Gdy wszedłem, intruz odwrócił się i przemówił:
„Widzę, panie de Morce, że nie posłuchał pan mojej prośby. Panna Luiza nadal jest narażona na pana obecność w swoim domu”.
Poznałem jego głos. Był to ten sam łotr, który nas wtedy zaczepił na balu u ministra. Wiesz, to ten, co sobie uzurpuje prawa do panny Luizy.
- Wiem. Też go pamiętam. Nieciekawy typ.
- Dokładnie. Bardzo nieciekawy. Więc ja, z całym wysiłkiem starając się opanować, rzekłem do niego:
„Trudno się dziwić, skoro sama mnie do tego domu zaprasza”.
„Zaprasza pana przez grzeczność, a pan przez grzeczność następnym razem odmówi” - rzekł on do mnie.
Ja na to, że nie widzę najmniejszego powodu, aby to robić, on zaś, że widzi. Ja pytam, jakiż to powód, on zaś, że mianowicie taki, iż moja obecność w tym domu go drażni. Rzekłem mu więc, iż to nie moja wina ani sprawa, więc nie mam zamiaru na jego żądania przystawać. On zaś spojrzał na mnie ironicznie i powiedział:
„Panie de Morce, jeszcze mało pan wie o świecie. Kiedy ja czegoś sobie nie życzę, to nie może to się stać. A jeśli się staje, wówczas wpadam we wściekłość, a kiedy ja wpadam we wściekłość, to wówczas biada temu, kto mnie zdenerwował. Więc niech lepiej pan uważa”.
Miałem już rękę na rękojeści szpady, ale się opanowałem, on bowiem trzymał swoją na pistolecie. Stwierdziłem (a chyba przyznasz mi rację), że zanim ja zrobię ruch, to on zdąży strzelić i raczej nie chybi.
- Dobrze stwierdziłeś. Lepiej nie kusić losu.
- Dziękuję ci. Też tak sobie od razu pomyślałem, kiedy wymierzył we mnie tę swoją pukawkę. Więc on mi to powiedział, potem zaś zaśmiał się ironicznie i podszedł do drzwi. Ukłonił się i powiedział:
„Jeśli kiedyś zechcesz pan z kimś bić się, to spytaj o hrabiego Filipa de Bernice. Wszędzie panu mnie wskażą. W każdej oberży znane jest to nazwisko”.
„Zakładam, że od najgorszej strony”, stwierdziłem.
„Oczywiście”, on na to.
Już miał wyjść, ale nagle obrócił się do mnie i rzekł:
„A i jeszcze jedno. Nie myśl pan sobie, że chybiłem, strzelając dzisiaj do pana. To było ostrzeżenie skierowane bezpośrednio do pańskiej osoby. Lepiej więc, panie, posłuchaj mojej rady, bo ja, jak chcę, to umiem świetnie strzelać. Następna kula trafi pana w krzyż. Chcę, żeby pan to wiedział i lepiej mnie nie prowokował. Dobranoc”.
Po tych słowach wyszedł i tyle go widziałem. Siedziałem przez chwilę pogrążony w strachu i zdumieniu, a potem, dowiedziawszy się od naszego karczmarza, że tu jesteś, pobiegłem do ciebie, aby ci o tym opowiedzieć.
- Dobrze zrobiłeś - rzekł Raul klepiąc przyjaciela po plecach - To, co mówisz, jest bardzo intrygujące. I dziwne zarazem. Czemu ten człowiek nie zawziął się na mnie, ale akurat na ciebie? Przecież ja też odwiedzam pannę Luizę, a nawet częściej niż ty sam. Dlaczego uczepił się właśnie ciebie? Czy coś mu kiedyś zrobiłeś?
- Nie, pierwszy raz widzę tego człowieka na oczy - zaprotestował Francois - Nie znam też nikogo o takim nazwisku.
- Zatem to naprawdę dziwne.
- Jeszcze jak dziwne. Jednak co z tym zrobić należy?
- No chyba nie przestraszymy się jakiegoś nawiedzonego gamonia? - żachnął się Raul - Nie takich już przekłuwaliśmy szpadą.
- Masz rację, ale jednak w tym gościu coś jest. Jakaś tajemna siła, coś, co mnie od niego odpycha, coś, co sprawia, że drżą mi przed nim nogi. Nie wiem co, ale się dowiem. Ja bym go nie lekceważył.
- Toteż ja nie chcę go lekceważyć, jednakże mimo wszystko, chyba nie chcesz przestać odwiedzać ukochanej tylko dlatego, że jakiś dziwak rości sobie do niej prawo. Zresztą bez jej zgody. A możliwe też, że również bez jej wiedzy.
- Nie mam zamiaru przestać odwiedzać pannę Luizę, możesz być tego pewien, mój przyjacielu - powiedział stanowczo Francois.
- No i bardzo dobrze, mój drogi - zakończył rozmowę Raul - I bardzo dobrze.
1 komentarz:
Jak to możliwe, że hrabina okazała się być tą podłą morderczynią, która złamała Trechevile’owi serce i zabiła jego brata, skoro on twierdzi, że na własne oczy widział, jak kat dokonał na niej egzekucji? Czyżby udało jej się w jakiś sposób podstawić na swoje miejsce bardzo podobną do siebie kobietę, tak aby wszystkich zmylić, gdy tymczasem jej samej udało się jakimś cudem uciec z więzienia i powrócić po latach ze zmienionym nazwiskiem, jako guwernantka Luizy? Skoro tak, to musi być naprawdę bardzo sprytna i przebiegła. Francoisowi z kolei musi naprawdę zależeć na znajomości z Luizą, skoro zamierza nadal się z nią spotykać, choć dobrze wie, że tym samym naraża życie, bo ten szaleniec, który rości sobie prawa do jej ręki, wydaje się naprawdę niebezpieczny, toteż Francois powinien mieć się przed nim na baczności.
Prześlij komentarz