Rozdział XIV
Maria Leszczyńska przekonuje się na własnej skórze, że czterech muszkieterów do ochrony to może być troszkę za mało, jak na wycieczkę za miasto
Maria Leszczyńska przekonuje się na własnej skórze, że czterech muszkieterów do ochrony to może być troszkę za mało, jak na wycieczkę za miasto
Zgodnie z tym, co powiedział szanowny pan minister królowa Maria rzeczywiście dwa dni później wybrała się w odwiedziny do swej dobrej znajomej, hrabiny de Holders. Jej królewski małżonek długo próbował ją przekonywać, aby tego nie robiła.
- Moja droga… Wiesz przecież, jak bardzo nie lubię, kiedy wyjeżdżasz z pałacu - tłumaczył jej Ludwik XV.
- Mój drogi, przecież nic mi się nie stanie - odpowiedziała mu z uśmiechem Maria Leszczyńska próbując go uspokoić.
- Ale przecież drogi są bardzo niebezpieczne, a w lasach bywają rozbójnicy - mówił dalej król.
- Na mnie nie ośmielą się napaść - mruknęła dumnie królowa.
Ludwik XV jednak nie odpuszczał.
- Proszę, żebyś została. Wręcz nalegam na to.
Królowa popatrzyła na małżonka z uczuciem lekkiego politowania połączonego z niecierpliwością.
- Wybacz, Ludwiku, lecz ja również nalegam. Obiecałam hrabinie, że ją odwiedzę, a ja cenię sobie swoje słowo. Ty swojego nie?
Król słysząc słowa swojej żony zmieszał się lekko.
- Owszem, ja również je cenię. Ale czyż ona nie może ona cię tutaj odwiedzić?
Maria Leszczyńska słysząc jego pytanie parsknęła śmiechem. Jaki ten jej mąż bywał czasem dziwny.
- Ona? Od śmierci męża nie rusza się na krok ze swojej posiadłości.
- To już nie nasze zmartwienie.
- Może i twoje, Najjaśniejszy Panie, jednak ja czuję się w obowiązku pospieszyć do niej ze słowami otuchy…
- Nadal cię proszę, abyś tego nie robiła.
- Przyznaj, że po prostu jesteś zazdrosny. Myślisz, że być może czeka tam na mnie jakiś przystojny mężczyzna, który chce mnie uwieść.
- Ja?! - król Ludwik XV wydawał się oburzony takim stwierdzeniem - Ja miałbym być zazdrosny? To już troskę o ukochaną osobę nazywa się teraz zazdrością? Zresztą jedź, jeśli tak bardzo tego chcesz. Ale proszę cię, abyś wzięła ze sobą minimalną chociaż eskortę.
- Eskortę? - zdziwiła się królowa Maria Leszczyńska - Ten, kto bierze eskortę, ten pokazuje, że się boi. A ja nie mam zamiaru się bać, ani tym bardziej tego okazywać.
- To nie będzie oznaka strachu, ale zdrowego rozsądku - rzekł król.
- No dobrze, ale pozwolisz, że sama wybiorę ludzi do eskorty z pocztu twoich muszkieterów.
- Zgoda.
Król natychmiast wezwał swego zaufanego człowieka i rozkazał mu, aby zdobył rejestr muszkieterów i przekazał go królowej, która wybrała z niego kilku najlepszych z najlepszych. Sługa szybko i skrupulatnie wykonał swoje polecenie. Nazwiska najbardziej zasłużonych brzmiały następująco: kapitan Andre Trechevile, porucznik Raul Charmentall, sierżant Francois de Morce i Fryderyk de Saudier. Dodajmy, że tego ostatniego królowa wybrała dlatego, że pamiętając ona o tym, iż jest on w wielkiej komitywie z Charmentallem i Morce. Poza chciała dotrzymać obietnicy, jaką dała pani Helenie de Saudier, swojej osobistej i najlepszej przyjaciółce. Pragnęła więc dać jej bratankowi możliwość wykazania się na placu boju. Stąd właśnie wziął się powód, by umieścić go w swojej osobistej eskorcie.
***
- Panowie, szykujcie się, gdyż mamy ważne zadanie do wykonania! - zawołał nieco zdyszany Trechevile, wbiegając do budynku akademii.
- Jakie zadanie? - zapytał Francois, wyraźnie bardzo zdumiony zachowaniem swego dowódcy.
- Zupełnie nowe. Niezwykłe.
- Ale jakie, stryjku, jakie? - spytał Raul.
- Będziemy we czwórkę eskortować karetę Jej Królewskiej Mości, królowej Marii - wyjaśnił naprędce kapitan.
- Eskortować karetę królowej?! - zawołał zdumiony Fryderyk.
- Jej samej.
- To niewiarygodne! - zawołał chłopak.
Czego jak czego, ale takiego zaszczytu skromni muszkieterowie się nie spodziewali. Dlatego wielkie było ich zdumienie, kiedy Trechevile oznajmił im tę jakże radosną nowinę.
- A jednak - mówił kapitan - Niewiarygodne, ale prawdziwe. No więc, zbierajcie się i za dwie minuty macie być gotowi przy pałacu królowej.
- Będziemy za minutę! - rzekł radośnie Raul, stając na baczność.
- Bardzo dobrze. Spocznij - zawołał wesołym głosem rozbawiony zachowaniem młodzieńca Trechevile, po czym wyszedł.
- Wyobraźcie to sobie. Eskortować karetę królowej. Cóż to za zaszczyt! - cieszył się jak dziecko Fryderyk.
- A jeszcze większy może nas spotkać, jak zginiemy za Jej Wysokość - mruknął z kpiną w głosie Francois - Pochowają nas wtedy na cmentarzu na honorowym miejscu. Wyobrażasz to sobie? Wszyscy, co będą przechodzili, będą mogli sobie popatrzeć na nasz nagrobek i przeczytać wyryty na nim napis: „Tu spoczywają czterej dzielni królewscy muszkieterowie. Zginęli w obronie królowej będąc w kwiecie wieku”. Cóż to za zaszczyt!
- Nie drwij sobie lepiej, Francois - powiedział Raul z trudem siląc się na powagę.
Słowa kompana bowiem mocno go rozbawiły, choć próbował udawać, że jest inaczej.
- No właśnie, skończ już - dodał Fryderyk, chociaż w duchu dusił się ze śmiechu.
***
Czterej nasi muszkieterowie w galowych mundurach czekali przed karetą na przybycie dostojnej osoby, którą to mieli chronić. Kiedy tylko królowa wyszła z pałacu stanęli na baczność i zasalutowali. Fryderyk osobiście otworzył Marii Leszczyńskiej drzwi od karocy, zaś Francois wprowadził ją i jej służącą Laurę (z pochodzenia Polkę) do środka. Kiedy już wszystko było już gotowe do drogi woźnica, strzelił z bata i kareta eskortowana ze wszystkich czterech stron przez naszych bohaterów ruszyła w drogę.
Podróżni jechali przez ulicę Paryża, mijali zadziwionych gapiów, dziwiących się temu niezwykłemu widokowi. Nie co dzień bowiem widzi się królową jadącą przez miasto. Był to dla nich naprawdę niezwykły widok. Korzystali więc, póki mogli. Tymczasem powóz wyjechał za miasto i ruszył leśną drogą do zamku hrabiny de Holders. Mijali drzewa, krzaczki i jeziorka. Jak dotąd było cicho i spokojnie. Nic nie zapowiadało niezwykle groźnego niebezpieczeństwa, jakie czaiło się w pobliskich lasach. Było spokojnie. Aż za spokojnie. Taka swoista cisza przed burzą.
- Jak dotąd wszystko w porządku - rzekł Raul do Trechevile.
- Ale w każdej chwili może się to zmienić, więc lepiej miejcie się na baczności - odpowiedział mu kapitan.
Miał rację, zwracając na to uwagę swoim przyjaciołom. Będziemy mieli zresztą okazję się o tym przekonać już wkrótce.
***
Febre wraz ze swoimi ludźmi czaił się właśnie w lesie pomiędzy drzewami. Niebawem miała tu przejeżdżać kareta królowej, a tymczasem nie pojawiała się ona. Gwardziści pana ministra, przebrani za rozbójników (którymi nawiasem mówiąc byli przed wstąpieniem do gwardii) zaczęli się już niecierpliwić. Mieli oni wielka ochotę na bójkę i denerwowała ich to opóźnienie w rozpoczęciu akcji. Gdyby nie dowódca, którego bardzo się obawiali, to z nudów rzuciliby się na siebie. Każdy z nich jednak drżał przed Febrem. Jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby w nawet najgorszym zbirze wywołać drżenie nóg. Zawsze ubrany na czarno, czarnym kapeluszu na głowie i blizną na prawym policzku, ciągnącą się do aż ucha, które skrzętnie zasłaniały długie czarne włosy. Jeśli dodać do tego jeszcze czarnego jak bezksiężycowa noc konia, wówczas zrozumiemy, dlaczego niektórzy zwali go „człowiekiem w czerni”. Mamy też nadzieję, że Drodzy Czytelnicy bardziej domyślni niż muszkieterowie pana Trechevile łatwo odgadli, iż groźny morderca Febre to znany z poprzednich rozdziałów naszej opowieści tajemniczy człowiek w czerni, morderca rodziców Raula i osobisty zabójca pana Gastona Charmentall. Jeśli zaś nie dokonali tego, to już o tym wiedzą.
- Jak długo mamy jeszcze czekać? Gdzie oni są? Kiedy wreszcie ich napadniemy? - mruczeli pod nosem zbiry pana ministra, jednak żaden nie ośmielił się wypowiedzieć tego na głos, gdyż zbyt wielki respekt czuli przed swoim dowódcą.
Wtem nagle odezwał się tętent koni i zza pagórka wyjechała kareta z królewskim herbem.
- No, nareszcie - zawołał jeden z gwardzistów - Już myślałem, że umrzemy tu z nudów.
Jednak jedno spojrzenie Febre’a wystarczyło, aby zamilkł w pół słowa.
- Królowa musi być żywa, gdyż jest nam potrzebna - rzekł człowiek w czerni - Pozostałych zabić.
Napastnicy wydali z siebie okrzyk radości i na dany znak wyskoczyli z kryjówki.
***
- Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że mamy towarzystwo - powiedział Raul wskazując palcem na ścigających ich bandytów.
Jego trzej kompanii natychmiast zwrócili uwagę w stronę pędzących w ich kierunku napastników.
- Rzeczywiście - rzekł Trechevile - Ściga nas spory oddział i raczej nie po to, aby zapytać nas o drogę.
- To co robimy? - zapytał Francois de Morce.
Zwykle był on skory do bijatyki, tym razem jednak słusznie oszacował, że przeciwników jest zdecydowanie zbyt wielu, by mogli oni sobie z nimi poradzić w otwartej walce.
- Jak to co? Uciekamy! - zasugerował Fryderyk de Saudier.
- Nie ty tu dowodzisz, Fryderyku, tylko ja, wasz kapitan - zwrócił mu uwagę Trechevile bardzo niezadowolonym tonem.
Niezbyt mu się podobało, że ktoś się rządzi w jego obecności, dlatego musiał przywołać swego muszkietera do porządku.
- Przepraszam, panie kapitanie - rzekł Fryderyk.
- Więc jaka jest decyzja kapitana? - zapytał Raul.
- Uciekamy! - krzyknął głośno dowódca muszkieterów.
Królewscy muszkieterowie pognali królewską karetę, zaś tajemniczy napastnicy ruszyli za nimi.
- Wasza Wysokość pozwoli, że względu na atak zbójów, popędzimy nieco szybciej - zwrócił się do królowej Francois.
- Ależ oczywiście - odpowiedziała królowa z trudem ukrywając swoje zdenerwowanie, jakie wywołała u niej napaść bandytów - Zróbcie to, co uważacie za konieczne w tym przypadku.
Muszkieterom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i popędzili swoje wierzchowce. Stangret również poszedł za ich przykładem.
- Coś mi się wydaje, że mój małżonek miał rację, że mnie ostrzegał - rzekła do Laury Maria Leszczyńska - A branie tylko czterech muszkieterów do ochrony mojej skromnej osoby, to chyba trochę mało jak na wycieczkę poza Paryż.
Kareta z orszakiem oraz ścigający ich bandyci pędzili dalej traktem prowadzącym przez las.
- Moja droga… Wiesz przecież, jak bardzo nie lubię, kiedy wyjeżdżasz z pałacu - tłumaczył jej Ludwik XV.
- Mój drogi, przecież nic mi się nie stanie - odpowiedziała mu z uśmiechem Maria Leszczyńska próbując go uspokoić.
- Ale przecież drogi są bardzo niebezpieczne, a w lasach bywają rozbójnicy - mówił dalej król.
- Na mnie nie ośmielą się napaść - mruknęła dumnie królowa.
Ludwik XV jednak nie odpuszczał.
- Proszę, żebyś została. Wręcz nalegam na to.
Królowa popatrzyła na małżonka z uczuciem lekkiego politowania połączonego z niecierpliwością.
- Wybacz, Ludwiku, lecz ja również nalegam. Obiecałam hrabinie, że ją odwiedzę, a ja cenię sobie swoje słowo. Ty swojego nie?
Król słysząc słowa swojej żony zmieszał się lekko.
- Owszem, ja również je cenię. Ale czyż ona nie może ona cię tutaj odwiedzić?
Maria Leszczyńska słysząc jego pytanie parsknęła śmiechem. Jaki ten jej mąż bywał czasem dziwny.
- Ona? Od śmierci męża nie rusza się na krok ze swojej posiadłości.
- To już nie nasze zmartwienie.
- Może i twoje, Najjaśniejszy Panie, jednak ja czuję się w obowiązku pospieszyć do niej ze słowami otuchy…
- Nadal cię proszę, abyś tego nie robiła.
- Przyznaj, że po prostu jesteś zazdrosny. Myślisz, że być może czeka tam na mnie jakiś przystojny mężczyzna, który chce mnie uwieść.
- Ja?! - król Ludwik XV wydawał się oburzony takim stwierdzeniem - Ja miałbym być zazdrosny? To już troskę o ukochaną osobę nazywa się teraz zazdrością? Zresztą jedź, jeśli tak bardzo tego chcesz. Ale proszę cię, abyś wzięła ze sobą minimalną chociaż eskortę.
- Eskortę? - zdziwiła się królowa Maria Leszczyńska - Ten, kto bierze eskortę, ten pokazuje, że się boi. A ja nie mam zamiaru się bać, ani tym bardziej tego okazywać.
- To nie będzie oznaka strachu, ale zdrowego rozsądku - rzekł król.
- No dobrze, ale pozwolisz, że sama wybiorę ludzi do eskorty z pocztu twoich muszkieterów.
- Zgoda.
Król natychmiast wezwał swego zaufanego człowieka i rozkazał mu, aby zdobył rejestr muszkieterów i przekazał go królowej, która wybrała z niego kilku najlepszych z najlepszych. Sługa szybko i skrupulatnie wykonał swoje polecenie. Nazwiska najbardziej zasłużonych brzmiały następująco: kapitan Andre Trechevile, porucznik Raul Charmentall, sierżant Francois de Morce i Fryderyk de Saudier. Dodajmy, że tego ostatniego królowa wybrała dlatego, że pamiętając ona o tym, iż jest on w wielkiej komitywie z Charmentallem i Morce. Poza chciała dotrzymać obietnicy, jaką dała pani Helenie de Saudier, swojej osobistej i najlepszej przyjaciółce. Pragnęła więc dać jej bratankowi możliwość wykazania się na placu boju. Stąd właśnie wziął się powód, by umieścić go w swojej osobistej eskorcie.
***
- Panowie, szykujcie się, gdyż mamy ważne zadanie do wykonania! - zawołał nieco zdyszany Trechevile, wbiegając do budynku akademii.
- Jakie zadanie? - zapytał Francois, wyraźnie bardzo zdumiony zachowaniem swego dowódcy.
- Zupełnie nowe. Niezwykłe.
- Ale jakie, stryjku, jakie? - spytał Raul.
- Będziemy we czwórkę eskortować karetę Jej Królewskiej Mości, królowej Marii - wyjaśnił naprędce kapitan.
- Eskortować karetę królowej?! - zawołał zdumiony Fryderyk.
- Jej samej.
- To niewiarygodne! - zawołał chłopak.
Czego jak czego, ale takiego zaszczytu skromni muszkieterowie się nie spodziewali. Dlatego wielkie było ich zdumienie, kiedy Trechevile oznajmił im tę jakże radosną nowinę.
- A jednak - mówił kapitan - Niewiarygodne, ale prawdziwe. No więc, zbierajcie się i za dwie minuty macie być gotowi przy pałacu królowej.
- Będziemy za minutę! - rzekł radośnie Raul, stając na baczność.
- Bardzo dobrze. Spocznij - zawołał wesołym głosem rozbawiony zachowaniem młodzieńca Trechevile, po czym wyszedł.
- Wyobraźcie to sobie. Eskortować karetę królowej. Cóż to za zaszczyt! - cieszył się jak dziecko Fryderyk.
- A jeszcze większy może nas spotkać, jak zginiemy za Jej Wysokość - mruknął z kpiną w głosie Francois - Pochowają nas wtedy na cmentarzu na honorowym miejscu. Wyobrażasz to sobie? Wszyscy, co będą przechodzili, będą mogli sobie popatrzeć na nasz nagrobek i przeczytać wyryty na nim napis: „Tu spoczywają czterej dzielni królewscy muszkieterowie. Zginęli w obronie królowej będąc w kwiecie wieku”. Cóż to za zaszczyt!
- Nie drwij sobie lepiej, Francois - powiedział Raul z trudem siląc się na powagę.
Słowa kompana bowiem mocno go rozbawiły, choć próbował udawać, że jest inaczej.
- No właśnie, skończ już - dodał Fryderyk, chociaż w duchu dusił się ze śmiechu.
***
Czterej nasi muszkieterowie w galowych mundurach czekali przed karetą na przybycie dostojnej osoby, którą to mieli chronić. Kiedy tylko królowa wyszła z pałacu stanęli na baczność i zasalutowali. Fryderyk osobiście otworzył Marii Leszczyńskiej drzwi od karocy, zaś Francois wprowadził ją i jej służącą Laurę (z pochodzenia Polkę) do środka. Kiedy już wszystko było już gotowe do drogi woźnica, strzelił z bata i kareta eskortowana ze wszystkich czterech stron przez naszych bohaterów ruszyła w drogę.
Podróżni jechali przez ulicę Paryża, mijali zadziwionych gapiów, dziwiących się temu niezwykłemu widokowi. Nie co dzień bowiem widzi się królową jadącą przez miasto. Był to dla nich naprawdę niezwykły widok. Korzystali więc, póki mogli. Tymczasem powóz wyjechał za miasto i ruszył leśną drogą do zamku hrabiny de Holders. Mijali drzewa, krzaczki i jeziorka. Jak dotąd było cicho i spokojnie. Nic nie zapowiadało niezwykle groźnego niebezpieczeństwa, jakie czaiło się w pobliskich lasach. Było spokojnie. Aż za spokojnie. Taka swoista cisza przed burzą.
- Jak dotąd wszystko w porządku - rzekł Raul do Trechevile.
- Ale w każdej chwili może się to zmienić, więc lepiej miejcie się na baczności - odpowiedział mu kapitan.
Miał rację, zwracając na to uwagę swoim przyjaciołom. Będziemy mieli zresztą okazję się o tym przekonać już wkrótce.
***
Febre wraz ze swoimi ludźmi czaił się właśnie w lesie pomiędzy drzewami. Niebawem miała tu przejeżdżać kareta królowej, a tymczasem nie pojawiała się ona. Gwardziści pana ministra, przebrani za rozbójników (którymi nawiasem mówiąc byli przed wstąpieniem do gwardii) zaczęli się już niecierpliwić. Mieli oni wielka ochotę na bójkę i denerwowała ich to opóźnienie w rozpoczęciu akcji. Gdyby nie dowódca, którego bardzo się obawiali, to z nudów rzuciliby się na siebie. Każdy z nich jednak drżał przed Febrem. Jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby w nawet najgorszym zbirze wywołać drżenie nóg. Zawsze ubrany na czarno, czarnym kapeluszu na głowie i blizną na prawym policzku, ciągnącą się do aż ucha, które skrzętnie zasłaniały długie czarne włosy. Jeśli dodać do tego jeszcze czarnego jak bezksiężycowa noc konia, wówczas zrozumiemy, dlaczego niektórzy zwali go „człowiekiem w czerni”. Mamy też nadzieję, że Drodzy Czytelnicy bardziej domyślni niż muszkieterowie pana Trechevile łatwo odgadli, iż groźny morderca Febre to znany z poprzednich rozdziałów naszej opowieści tajemniczy człowiek w czerni, morderca rodziców Raula i osobisty zabójca pana Gastona Charmentall. Jeśli zaś nie dokonali tego, to już o tym wiedzą.
- Jak długo mamy jeszcze czekać? Gdzie oni są? Kiedy wreszcie ich napadniemy? - mruczeli pod nosem zbiry pana ministra, jednak żaden nie ośmielił się wypowiedzieć tego na głos, gdyż zbyt wielki respekt czuli przed swoim dowódcą.
Wtem nagle odezwał się tętent koni i zza pagórka wyjechała kareta z królewskim herbem.
- No, nareszcie - zawołał jeden z gwardzistów - Już myślałem, że umrzemy tu z nudów.
Jednak jedno spojrzenie Febre’a wystarczyło, aby zamilkł w pół słowa.
- Królowa musi być żywa, gdyż jest nam potrzebna - rzekł człowiek w czerni - Pozostałych zabić.
Napastnicy wydali z siebie okrzyk radości i na dany znak wyskoczyli z kryjówki.
***
- Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że mamy towarzystwo - powiedział Raul wskazując palcem na ścigających ich bandytów.
Jego trzej kompanii natychmiast zwrócili uwagę w stronę pędzących w ich kierunku napastników.
- Rzeczywiście - rzekł Trechevile - Ściga nas spory oddział i raczej nie po to, aby zapytać nas o drogę.
- To co robimy? - zapytał Francois de Morce.
Zwykle był on skory do bijatyki, tym razem jednak słusznie oszacował, że przeciwników jest zdecydowanie zbyt wielu, by mogli oni sobie z nimi poradzić w otwartej walce.
- Jak to co? Uciekamy! - zasugerował Fryderyk de Saudier.
- Nie ty tu dowodzisz, Fryderyku, tylko ja, wasz kapitan - zwrócił mu uwagę Trechevile bardzo niezadowolonym tonem.
Niezbyt mu się podobało, że ktoś się rządzi w jego obecności, dlatego musiał przywołać swego muszkietera do porządku.
- Przepraszam, panie kapitanie - rzekł Fryderyk.
- Więc jaka jest decyzja kapitana? - zapytał Raul.
- Uciekamy! - krzyknął głośno dowódca muszkieterów.
Królewscy muszkieterowie pognali królewską karetę, zaś tajemniczy napastnicy ruszyli za nimi.
- Wasza Wysokość pozwoli, że względu na atak zbójów, popędzimy nieco szybciej - zwrócił się do królowej Francois.
- Ależ oczywiście - odpowiedziała królowa z trudem ukrywając swoje zdenerwowanie, jakie wywołała u niej napaść bandytów - Zróbcie to, co uważacie za konieczne w tym przypadku.
Muszkieterom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i popędzili swoje wierzchowce. Stangret również poszedł za ich przykładem.
- Coś mi się wydaje, że mój małżonek miał rację, że mnie ostrzegał - rzekła do Laury Maria Leszczyńska - A branie tylko czterech muszkieterów do ochrony mojej skromnej osoby, to chyba trochę mało jak na wycieczkę poza Paryż.
Kareta z orszakiem oraz ścigający ich bandyci pędzili dalej traktem prowadzącym przez las.
1 komentarz:
No ja tam się od razu domyśliłem, że Febre musi być tym ubierającym się na czarno psychopatą, po tym co powiedział na jego temat Colgen w poprzednim rozdziale. Muszę też zwrócić Autorowi uwagę na pewną drobną rzecz, a mianowicie: Autor napisał, że Fryderyk jest siostrzeńcem Heleny, podczas gdy on jest jej bratankiem. A Trechevile to naprawdę mądry i roztropny człowiek, mający głowę na karku. Podoba mi się to, że prywatnie pozwala swoim muszkieterom mówić do siebie po imieniu i w żaden sposób nie wywyższa się ponad nich, mimo że jest od nich znacznie starszy i bardziej doświadczony, a do tego stanowi ich kapitana. Jest naprawdę świetnym kompanem i dowódcą, który naprawdę zna się na rzeczy.
Prześlij komentarz