piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 16

Rozdział XVI

Minister Colgen nie jest zachwycony z raportu, jaki otrzymał, za to król jest nim bardzo uradowany

Po kolejnym pracowitym dniu Jego Wielmożność pan minister Colgen udał się do swoich prywatnych apartamentów, żeby tam oddać się jak najbardziej zasłużonemu wypoczynkowi. Był z siebie bardzo zadowolony. Udało mu się właśnie namówić króla na ciekawą inwestycję, z której mogą być jedynie zyski, a jeśli zyski, to oczywiście olbrzymie. Oczywiście on, jako wierny i zaufany dworzanin, dostanie od tych zysków swój procent, jakżeby inaczej. W końcu to dzięki niemu ta transakcja została zawarta, więc należy mu się duża część.
Pan minister miał jeszcze inny powód do dumy. Otóż mija już drugi dzień od wyjazdu królowej, a tymczasem nie ma o niej żadnej wiadomości. A jak mawiali starożytni: brak wiadomości to dobra wiadomość. W tym wypadku również się ona sprawdzała. Maria Leszczyńska powinna już wrócić, a tymczasem nadal jej nie ma, co oznacza, że jego plan się powiódł i Febre wykonał swoje zadanie. W tej chwili dla Colgena nie było nic przyjemniejszego niż świadomość, że jego plan się powiódł. Można by powiedzieć, że ich intryga zaczyna się rozwijać tak, jak powinna. Czyli wszystko w porządku. Przy odrobinie szczęścia król do końca nie domyśli się niczego. I to właśnie chodzi.
Colgen postanowił jeszcze przed udaniem się na spoczynek przejrzeć wszystkie papiery dotyczące jego prywatnych spraw majątkowych. Poszedł więc do swego gabinetu. Tam zaś zasiadł przed biurkiem i zajął się swoimi sprawami. Mimo cechującej go prawdziwej skrupulatności trudno było mu skupić się na swojej pracy. Był bowiem bardzo uradowany. Królowej nie ma, on ma wpływ na króla, wszystko się układa po jego myśli. Nic nie było w stanie zepsuć humoru. No, prawie nic.
Do pokoju wszedł nagle służący i zapowiedział jakiegoś tajemniczego jegomościa, który prosi o pozwolenie widzenia się z panem ministrem.
- A jak on wygląda? - zapytał Colgen.
- Jest cały ubrany na czarno i raczej nie budzi zaufania - wyjaśnił lokaj, wzdragając się ze strachu na samo wspomnienie wyglądu tego pana.
- Wpuść go - powiedział Colgen, domyślając się, o kogo chodzi.
Lokaj wyszedł i do pokoju wszedł Febre.
- Co ty tu robisz, ty głupcze?! - zapytał wściekły minister, szczelnie zamykając drzwi - Przecież ci wyraźnie mówiłem, żebyś nie ważył się tu przychodzić!
- Pan minister nie jest zachwycony moją obecnością? - zakpił sobie Febre ironicznym tonem.
- Dziwisz się? - mruknął Colgen - Taka gęba jak twoja, to może się człowiekowi przyśnić w nocy. Chcesz mnie przyprawić o koszmary?
- Wcale nie miałem takiego zamiaru - Febre uśmiechnął się złośliwie.
- Dobrze, już dobrze. Lepiej powiedz, po jakie licho żeś tu przyszedł. Wiesz, że twoja obecność tutaj jest bardzo ryzykowna. Nie cieszysz się popularnością wśród Francuzów.
- Schlebia mi pan, panie ministrze.
- Nie kpij sobie. Mów więc, czego chcesz?
- Złożyć ci raport, panie.
- Jaki raport?
- Raport z naszej ostatniej akcji kryptonim „Królowa”.
- A! To już co innego! - twarz ministra rozjaśniła się - Ale musiałeś fatygować się tutaj osobiście? Nie wystarczyło, że przekazałbyś wieść przez jednego z naszych ludzi?
- Wolałem zrobić to osobiście.
- A zatem mów i nie pomiń żadnego szczegółu. Jak więc się sprawy mają? Czy królowa gnije w naszych lochach? Nie będzie stanowić więcej problemów?
Febre zawahał się. Nie miał pojęcia, w jaki sposób ma powiedzieć pryncypałowi o swojej porażce. Wiedział jednak, że jest to nieuniknione i należy powiedzieć ministrowi prawdę.
- No, czego milczysz, gamoniu? Zadałem ci pytanie!
- Milczę, ponieważ trudno mi na nie odpowiedzieć.
- Dlaczego? Przecież nasz plan się powiódł. Królowa jest uwięziona, czyż nie tak?
- No, cóż… A mogę w to zdanie wcisnąć jedno słowo więcej?
- Nie jest?! - krzyknął Colgen, ale szybko się opanował, pamiętając, że nie powinien krzyczeć, gdyż mogłoby to ściągnąć niepotrzebnych gapiów - Jak to, nie jest? Co to ma znaczyć?
- To, co mówię. Nie jest naszym więźniem.
- Jak do tego doszło?
- Muszkieterowie.
Colgen spojrzał na niego jak na chorego umysłowo.
- Co „muszkieterowie”?
- Muszkieterowie ją eskortowali.
- Ale ilu? Dwudziestu, trzydziestu? Mówże wreszcie!
- Czterech.
Colgen myślał, że się zaraz udławi ze złości.
- Słucham? Czterech? Popraw mnie, Febre, gdyż wydaje mi się, że się przesłyszałem. Ty powiedziałeś, czterech?
- Tak, panie - odpowiedział Febre zachowując stoicki spokój, choć jemu samemu bynajmniej nie było teraz wesoło.
- A ilu was było?
- Szesnastu.
- Ilu wróciło?
- Trzech, nie licząc mnie.
Minister był wściekły. Zaczął wściekły chodzić po pokoju i wygrażać.
- Czterech muszkieterów. Czterech. Szesnastu moich ludzi nie umiało dać sobie radę z czterema nawiedzonymi żołnierzykami. Śmiechu warte. Czegoś takiego jeszcze na tym świecie nie było.
- Jeszcze ci, panie, nie powiedziałem, kim oni byli.
Colgen spojrzał na niego z kpiną
- Więc w takim razie powiedz mi, kim oni byli, choć nie wydaje mi się, aby ich tożsamość stanowiła dla ciebie odpowiednią wymówkę. A więc mów... Kim są ci muszkieterowie?
- Pańskimi znajomymi.
- To znaczy? Mów dokładnie, co to za jedni, bo wiesz... Ja mam wielu znajomych. Wymień mi ich nazwiska, jeśli łaska.
- Charmentall, de Morce, de Saudier i Trechevile.
Colgen aż ze zdumienia usiadł na fotelu, gdy usłyszał odpowiedź, której w żadnym razie się nie spodziewał.
- Oni? Nie, to niemożliwe.
- A jednak.
- I to oni was pokonali?
- Tak.
Minister zaczął się zastanawiać. Charmentall, jego wybawca, człowiek, do którego poczuł sympatię i miał zamiar później zwerbować go do swoich oddziałów. Ten sam, który niedawno uratował ocalił go przed bandytami Krwawego Georgesa. Ten miły młodzieniec teraz wszedł mu w drogę? Nie, to nie do wiary.
- Spodziewam się, że podczas walki go zabiłeś - mówił dalej Colgen pogrążony wciąż w swoich myślach.
- Nie, mój panie.
- Jak to?
- Jestem zmuszony przypomnieć panu, panie ministrze, że sam mi pan oznajmił, iż tego człeka tknąć mi nie wolno.
- Owszem, ale tylko do czasu, aż nie zacznie się on mieszać do nie swoich spraw. A walka z moimi ludźmi należy niewątpliwie do mieszania się, nie sądzisz?
- Niewątpliwie, to prawda. Czy mam zatem iść i naprawić mój błąd?
- Nie, jeszcze nie. Widzę, że chłopak jest odważny. A co jak co, ale bardzo sobie cenię odwagę. Szkoda by było go zabić. Niech jeszcze trochę sobie pożyje. Na razie. Potem, gdy nadejdzie stosowna chwila, damy mu do wyboru: albo walka za naszą sprawę, albo szafot.
- Jak go znam, to wybierze to drugie.
- Wówczas zostawię go do twojej dyspozycji. Ale na razie lepiej nic nie rób bez mojego rozkazu. On przecież nie wie jeszcze o tym, że ten napad to moja sprawka. Ta niewiedza go ratuje.
- Obawiam się, że ta niewiedza nie jest taki wielka, jakby pan myśli.
- To znaczy?
- Charmentall mnie rozpoznał.
- Rozpoznał?
- Tak. Walczył ze mną i rozpoznał mnie. Był tym bardzo zdumiony i tylko temu zdumieniu zawdzięczam to, że jeszcze żyję.
- No patrz. Ale jak on mógł cię poznać po dwudziestu latach?
- Po tym.
To mówiąc Febre odsłonił włosy, ukazując odcięty kawałek ucha.
- Czy to…
- Tak, to jego robota. To on zostawił mi tę pamiątkę wtedy i po niej mnie teraz poznał. Obawiam się, że może węszyć i szukać mnie. A wówczas stanie się dla nas niebezpieczny.
- Racja. Trzeba będzie coś dla niego wymyślić. Pomyślę jeszcze nad tym. A ty na razie wracaj do siebie, tylko tak, aby cię nie widzieli. A przy okazji, wezwij do mnie Grusnera, stoi w holu.
Febre opuścił pokój ministra i po chwili wszedł do niego sekretarz.
- Ja, Herr Colgen? - zapytał.
- Sytuacja wymyka się spod kontroli. Musimy przyspieszyć działanie. Odczekamy trzy dni, a potem zrealizujemy nasz projekt. Wówczas ty udasz się do kancelarii królewskiej i… wiesz, co masz zrobić.
- Wiem, Herr Minister - odparł Niemiec łamaną francuszczyzną.
- To dobrze. To bardzo dobrze.

***

W tym samym czasie, kiedy minister wysłuchiwał raportu Febre’a, król słuchał opowieści o napadzie na karocę. Królowa znakomicie wręcz go relacjonowała, nie pomijając przy tym żadnych szczegółów, nawet tych bardzo groźnych.
- A nie mówiłem, ci moja droga, że nie powinnaś tam jechać? - mówił Ludwik XV bardzo całą historią przejęty.
- Ależ mój drogi, przecież nic mi się nie stało - tłumaczyła się swemu mężowi Maria Leszczyńska.
- Ale przecież mogło się stać. Zastanawiałaś się, co ja bym wtedy zrobił? Jakbym się wtedy czuł?
- Na pewno umiał byś się pocieszyć, mój panie - zaśmiała się lekko królowa Francji.
- Jakże to?
- Cóż, mój panie mężu... Na dworze jest przecież mnóstwo kobiet, o wiele piękniejszych ode mnie, które z pewnością chętnie podjęłyby się misji pocieszenia króla jegomości - stwierdziła z lekką goryczą królowa.
Ludwik XV zarumienił się lekko słysząc jej słowa.
- Kochana moja… Wiesz przecież, że nie zasłużyłem na takie słowa.
- Nie wątpię, panie mój. Dzisiaj jeszcze nie zasłużyłeś. Ale co będzie jutro? Czy w zwyczaju wielkich królów (do których ty się wszak zaliczasz) nie leży właśnie takie podejście do sprawy uczuciowej?
Król Francji jeszcze bardzie spłonął rumieńcem na takie słowa własnej małżonki, które bynajmniej nie były pozbawione prawdy.
- Możliwe, niekiedy tak już bywa… Jednak ja cię kocham, pani i nie powinnaś wątpić w moje uczucie.
- Ależ ja wcale nie wątpię. Jednak po prostu próbuję dostrzec prawdę.
- Prawda często zależy od punktu naszego widzenia. Jednakże to teraz bez znaczenia. Czy pamiętasz może, moja pani, nazwiska tych bohaterskich muszkieterów, którzy cię ocalili?
- Oczywiście, mój panie. Specjalnie dla ciebie je zapamiętałam.
- Więc mów, co to za ludzie?
Król zawsze interesował się sprawami dotyczącymi jego muszkieterów. Ciekawy był więc, którzy z nich okazali się tak odważni, wierni i lojalni wobec tego, a raczej wobec kogo - osoby dla niego najdroższej.
- Jeden z nich to kapitan muszkieterów, Andre Trechevile.
- Trechevile. Słyszałem o nim. Dzielny człowiek. Któż jeszcze?
- Porucznik Raul Charmentall.
- Zastępca dowódcy. Ciekawe. Widziałem go parę razy. Taki młody i taki odważny. A następni?
- Sierżant Francois de Morce, młody baron.
- Nie znam go, ale koniecznie muszę poznać. Ktoś jeszcze?
- No i Fryderyk de Saudier.
- De Saudier? Wydaje mi się, że słyszałem gdzieś to nazwisko.
- Owszem, jedna z moich przyjaciółek się tak nazywa.
- Ach tak, rzeczywiście. Teraz sobie przypominam. Czy to jej syn?
- Nie. Ten młodzieniec to bratanek jej zmarłego męża.
- No proszę. Muszę koniecznie zobaczyć tę dzielną czwórkę. Gdzie oni teraz są?
- W pokoju obok. Kazałam im zaczekać.
- Więc niech wejdą.
Królowa nakazała więc wprowadzić czterech panów.
Już po chwili weszli oni do sali i ukłonili się głęboko.
- Jesteśmy wam wdzięczni, panowie, za ocalenie naszej królewskiej małżonki - rzekł król uroczystym tonem - Bardzo wdzięczni. Chcielibyśmy okazać, jak bardzo jesteśmy zadowoleni z waszej postawy. Czy macie jakieś prośby? Postaramy się je spełnić.
Muszkieterowie znów się ukłonili, w końcu przemówił Trechevile.
- Najjaśniejszy Panie, już sama możliwość widzenia Waszej Wysokości to dla nas najlepsza nagroda.
- To prawda - dodał Raul - Dla nas to najwyższa nagroda, ta pochwała z ust naszego króla oraz królowej.
Francois spojrzał się na niego tak samo jak wtedy, gdy Charmentall nie chciał przyjąć nagrodę od Colgena. Dlaczego ten Raul zawsze musi być taki szlachetny i bezinteresowny aż do przesady? Co im szkodziło przyjąć nagrodę, na którą oczywiście w pełni sobie zasłużyli? Naprawdę, on kiedyś z tym Charmentallem osiwieje.
Ludwik XV uśmiechnął się pobłażliwie do muszkietera.
- Jesteśmy wzruszeni, jednak nie jest naszym życzeniem pozostawienie waszego czynu bez nagrody. Nalegam więc, abyście ją przyjęli.
- Jeśli takie jest życzenie Waszej Królewskiej Mości - rzekł Trechevile kłaniając się usłużnie.
- Takie jest właśnie nasze życzenie - powiedział z uśmiechem na twarzy Ludwik XV - Otóż, moja małżonko, co ofiarujemy tym panom?
Maria Leszczyńska pomyślała i rzekła:
- Pan de Saudier nie ma jeszcze stopnia wojskowego.
- W takim razie czynimy go sierżantem.
Król natychmiast podszedł do stołu i wypisał odpowiednią nominację, którą następnie wręczył Fryderykowi. Chłopak nisko ukłonił się władcy i wzruszony z trudem wymruczał podziękowania.
- Panie de Morce, jesteś waszmość sierżantem. Jesteś z tego stopnia zadowolony, jak mniemam. Cóż jednak byś powiedział, gdybym uczynił cię namiestnikiem?
Francois ukłonił się lekko.
- Czułbym się zaszczycony, Najjaśniejszy Panie.
- A zatem czuj się zaszczycony... namiestniku.
Król podszedł do stołu i wypisał kolejną nominację, którą wręczył Francois. Ten zaś kłaniał się kilkakrotnie władcy dziękując za jego łaskę.
- Teraz pan, panie Charmentall - Ludwik XV zwrócił swe oczy na Raula - Jakie są twoje marzenia?
- Mam jedno marzenie, Wasza Królewska Mość... Służyć Francji oraz memu królowi, choć to wszak jedno i to samo. Chciałbym jeszcze, jeśli Bóg pozwoli, odkryć prawdę o śmierci moich bliskich.
- Jak to? Ktoś ci umarł, panie Charmetall?
- Moi rodzice. Zginęli podstępnie zamordowani przez tajemniczego człowieka w czerni. Chciałbym, aby oni wrócili lub żebym mógł dopaść łotra, który ich zabił. Tego Wasza Królewska Mość, z całym szacunkiem, raczej nie może zrobić, więc nie proszę o nic.
- W takim wypadku - rzekła królowa - Racz przyjąć to ode mnie, jak od swej matki.
To mówiąc zdjęła z szyi medalik z Matką Boską, po czym zawiesiła go dzielnemu muszkieterowi na szyi.
- Niech cię on chroni, kawalerze i wspomoże w walce ze złem oraz w odnalezieniu łotra, którego ścigasz.
Następnie podała mu rękę, którą on ucałował.
- A ty, kapitanie, wybacz, że zostawiamy cię na końcu, ale też musisz otrzymać nagrodę - powiedział uroczyście Ludwik XV.
- Moją nagrodą jest zaszczyt służenia ci, Najjaśniejszy Panie - odparł jak zwykle skromny Trechevile.
- Ale na pewno masz jakieś marzenie - dopytywał się dalej król.
- Owszem, Najjaśniejszy Panie. Wszak jednak wątpię w to, abym został marszałkiem Francji albo przynajmniej pułkownikiem i księciem.
- Od razu na pewno nie - zaśmiał się król, słysząc te słowa.
- Więc sam widzisz, Najjaśniejszy Panie.
- Mam jednak nadzieję, że zamiast tego przyjmiesz żołd dwukrotnie większy, niż otrzymywałeś dotychczas?
Trechevile ukłonił się i gorąco podziękował królowi.
- Możecie odejść, panowie.
Muszkieterowie wyszli, kłaniając się nadal z całą uniżonością.
- Co za dzień - powiedział Francois, kiedy tylko wyszli.
- Właśnie - powiedział Raul wciąż wzruszony darem, jaki otrzymał od królowej - Zupełnie niezwykły dzień.
- Nareszcie mam stopień wojskowy - cieszył się jak dziecko Fryderyk.
- A ja większy żołd - dodał Trechevile.
- No właśnie. Niezwykła jest hojność naszego władcy, nie uważacie? - zapytał Francois.
- Owszem - potwierdził kapitan.
- A propos, to o co chodzi z tym mordercą twoich rodziców, Raul? - zapytał de Morce.
- Właśnie - rzekł świeżo mianowany sierżant - Tyle się już znamy, a jeszcze nam nie opowiedziałeś tej historii.
Raul poczuł się smutny na samo wspomnienie swoich rodziców. Mimo wszystko uznał, że przyjaciele jego zasługują na poznanie prawdy.
- O, to bardzo smutna opowieść - wyjaśnił.
- Ale chętnie jej posłuchamy - rzekł z zapałem Francois.
- A jakże - dodał Fryderyk - Jeśli się na kimś mścisz, to chętnie byśmy się dowiedzieli na kim. Może ci pomożemy.
- Przecież nazwa „człowiek w czerni” i tak nic wam nie mówi.
- No nie - potwierdził zawiedzionym głosem de Morce - Jednak trochę nam pomaga. Opowiedz wszystko, proszę.
- Opowiedz nam, chłopcze - dołączył do próśb swoich podwładnych Trechevile - Ja co prawda znam tę historię, ale i tak z chęcią jej posłucham.
Raul wreszcie zmiękł pod wpływem tych próśb.
- No dobrze, ale chodźmy do mojego pokoju w oberży „Pod Złamaną Szpadą”. Tam będzie wygodniej mi opowiadać.
- No i pić wino - dodał Francois.
- A pewnie - zaśmiał się Raul odzyskując częściowo humor.
- A więc, moi panowie - powiedział Trechevile, udając uroczysty ton - „Jeden na wszystkich“, to zdecydowanie źle brzmi. Takiej jak nasza grupa, nie starczy jedna butelka wina. „Lecz wszyscy na jednego“... O! To już brzmi zdecydowanie lepiej. Co sądzicie o tym?
Jego przyjaciele sądzili oczywiście, że przysłowie to doskonale wręcz odpowiada ich pragnieniom. I udali się do oberży, aby natychmiast móc je zrealizować.

1 komentarz:

Archie pisze...

To znaczy, że Raulowi, w dniu śmierci swoich rodziców, udało się obciąć temu niegodziwcowi kawałek ucha, po czym po latach go poznał, mimo że miał wówczas zaledwie sześć lat i ledwo uszedł z życiem, po tym jak ten podły łotr przebił go szpadą? Zapewne odpowiedź na te pytanie poznam w następnym rozdziale, w którym Raul opowie o wszystkim swoim wiernym kompanom i towarzyszom broni, którzy w pełni zasłużyli sobie na awans, podwyższoną pensję i wdzięczność Ich Królewskich Mości. Nie rozumiem tylko tego, dlaczego król i królowa zwracają się do siebie per „pan” i „pani”, skoro są małżeństwem, choć zdążyłem już zauważyć, że w tamtych czasach było to najzupełniej normalne, że bliskie sobie osoby zwracały się do siebie zupełnie tak, jakby były sobie obce, choć dla mnie jest to strasznie sztuczne i niedorzeczne, ale takie panowały wtedy zwyczaje, które nam mogą wydawać się naprawdę dziwne.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...