piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 22

Rozdział XXII

Panna Luiza działa

Raul przechadzał się po swoim pokoju i rozmyślał o tym, co wydarzyło się dzisiejszego wieczoru. On wraz Francois, Fryderykiem i Trechevilem zostali wezwani przez króla i królową do sali tronowej. Tam opowiedziano im o kradzieży ważnego dla kraju dokumentu, którego to opublikowanie mogłoby wywołać wojnę. Oczywistym wydaje się fakt, że nie można do tego dopuścić. Zadanie czwórki naszych bohaterów miało więc wyglądać następująco: znaleźć dokument, odzyskać go i dostarczyć do archiwum lub też zniszczyć, gdy nie będzie innego wyjścia. Niby nic prostszego, jednakże Raul już u początku tej misji widział bardzo poważne trudności. Nie chodziło wcale o przepustkę, ponieważ otrzymali ją na czas niezbędny do wykonania zadania. Nie myślał też o niebezpieczeństwach. Ich już dawno przestał się bać. To, czy straci swoje życie, czy też nie, teraz nie miało dla niego żadnego znaczenia. Kraj stał na krawędzi przepaści i jeśli jedynym sposobem uratowania go byłoby oddanie za niego życia, nie zawahałby się przed tym.
Problem polegał na tym, że Raul nie miał pojęcia, jak można ten dokument odzyskać. Jego przyjaciele również tego nie wiedzieli. I to było właśnie największą trudnością w całej tej szaleńczej misji. Przecież nie wiedzieli oni nawet, gdzie ów dokument jest ani kto go ukradł. To były podstawowe pytania, na które powinni umieć sobie odpowiedzieć, aby móc rozpocząć poszukiwania. Ale na razie, jeszcze nie umieli tego dokonać, a ponieważ nie umieli, to nie mogli rozpocząć poszukiwań, bo niby jak? W takiej sytuacji to było niewykonalne.
Charmentall dusił się z wściekłości. Ich kraj był zagrożony, złodziej z dokumentem pewnie jest już w drodze, a oni nie mogli zrobić nic, aby temu zapobiec. Nic a nic. Bo niby co mogli teraz zrobić? Wiadomo, iż w takiej sytuacji należałoby ścigać, łapać i aresztować drani, jednakże nie wiadomo nawet kogo i gdzie ścigać. Wojna z Hiszpanią wisi na włosku, zaś oni mogą jedynie bezczynnie siedzieć. Myśl ta doprowadzała go do szaleństwa.
Gdyby chociaż mieli oni jakiś trop, jakąś wskazówkę, cokolwiek, co mogłoby ich naprowadzić na ślad tych łajdaków. Ale nic. Nic nie mają. To okropne.
- Boże miłosierny - mówił do siebie w myślach Raul - Ześlij nam pomoc. Jakąkolwiek. Coś, co by nam wskazało drogę poszukiwań.
Wtem drzwi się otworzyły i do pokoju weszła jakaś tajemnicza osoba w płaszczu z kapturem. Starannie zamknęła za sobą drzwi, rozejrzała się dookoła i powiedziała:
- Musi pan uciekać, panie Charmentall.
Raul spojrzał na swego gościa ze zdumioną miną.
- Kim jesteś? - zapytał - I dlaczego muszę uciekać?
- Nie pora na wyjaśnienia, mój przyjacielu - odpowiedziała tajemnicza osoba przerażonym głosem - Musi pan się ukryć. Idą po pana.
- Kto?
- Ludzie ministra Colgena. Jest z nimi ten podły człowiek w czerni. Chcą odprowadzić pana do Bastylii pod pretekstem zdrady stanu.
- Zdrady stanu? Dlaczegóż to?
- Żeby pan w więzieniu zmiękł i stał się bardziej uległy. Liczą, że wtedy przyjmie pan ich propozycje.
Raul nie posiadał się ze zdumienia. Słowa tajemniczego gościa wydawały mu się co najmniej dziwne, jednakże nie były pozbawione sensu. A więc Colgen był jego wrogiem pomimo tego, iż Raul uratował mu życie? Dlaczegóż by nie? W końcu politycy nie mają żadnych przyjaciół, a jedynie sojuszników, których bardzo łatwo zmieniają, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Kim jesteś, mój wybawicielu? - zapytał znowu Raul.
Głos osoby w płaszczu z kapturem wydawał mu się dziwnie znajomy.
- Przyjacielem - odpowiedział nieznajomy.
Raul pogłaskał delikatnie dłonią rękojeść swojej szpady. Po ostatnich wydarzeniach wolał zachować ostrożność, zwłaszcza przy osobach, które z jakiegoś powodu zakrywają przed nim swoją twarz, tak jak teraz to robi jego tajemniczy nocny gość.
- Jesteś przyjacielem? - zapytał nasz muszkieter wciąż wpatrując się uważnie w swego rozmówcę - Ale jakim?
- Życzliwym.
Po tych słowach tajemnicza postać nareszcie zrzuciła z głowy kaptur i ukazała swoją twarz. Gdy Raul ją zobaczył, to aż jęknął ze zdumienia.
Ową tajemniczą postacią była Luiza Colgen.
- Luiza? - zapytał zdumiony chłopak.
Nazywał ją Luizą, nie zaś panną Colgen, jak  nakazywała grzeczność. Dziewczyna bowiem powiedziała mu, że kiedy będą na osobności, może jej mówić po imieniu i wcale się przy tym nie ma krępować. Początkowo nie szła mu ta sztuka zbyt dobrze, potem jednak udało mu się tego dokonać.
- Tak, to ja. Luiza Colgen - odpowiedziała dziewczyna.
- Ale skąd ty...
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Musisz stąd uciekać!
Wtem do ich uszu dotarł dźwięk mrocznych głosów pytających o niego. Raul i Luiza wyjrzeli szybko zza balustrady i dojrzeli sześć osób rozmawiających o muszkieterze z gospodarzem, który właśnie wskazywał im palcem, w którym to pokoju mieszka pan Charmentall. Czterech z owych sześciu ludzi było gwardzistami pana ministra, pozostali zaś to byli hrabia de Bernice i człowiek w czerni.
- Człowiek w czerni - szepnął Raul mściwym tonem.
Natychmiast skierował swą rękę ku szpadzie. Ale Luiza powstrzymała go łapiąc młodzieńca za ramię.
- Idą tutaj, musimy uciekać - powiedziała.
- Ten człowiek zamordował moich rodziców. Nie pozwolę mu tak spokojnie stąd wyjść!
- Nie masz wyboru, przyjacielu - powiedziała stanowczym głosem Luiza - Twoje życie może ocalić całą Francję. Nie marnuj go zatem tak pochopnie. Bo teraz zginiesz niechybnie, jeśli wdasz się z nim w walkę.
Raul nie miał czasu sobie tego wszystkiego dokładnie przemyśleć, gdyż sześciu ludzi właśnie ruszyło w kierunku jego pokoju. Muszkieter złapał więc Luizę za rękę i zdążył w ostatniej chwili schronić się z nią na strychu, po czym oboje położyli się na podłodze i przez szparę w deskach widzieli, jak ich wrogowie chodzą zdenerwowani po pokoju bezskutecznie próbując go w nim znaleźć.
- Nie ma go tu! - zawołał wściekły de Bernice.
- To widzę, ty głupcze! Pytanie tylko, gdzie on teraz jest?! - mruknął wściekły Febre, a następnie skierował się do gwardzistów - Przeszukać pokój! Tylko dokładnie!
Gwardziści zabrali się do dzieła. Niczego jednak nie zdołali znaleźć, co było dla Raula oczywiste, gdyż przecież nie było go w pokoju.
- Nigdzie go nie ma - zameldowali.
- Sprawdziliście pod łóżkiem? - zapytał Febre.
- Tam także nic.
- Trudno. Najwyżej zaniesiemy panu ministrowi niewesołą nowinę. Zachwycony nie będzie, to pewne, ale mniejsza z tym. Wyjdźcie stąd, muszę przez chwilę pomyśleć.
Czterej gwardziści wyszli. W pokoju zostali tylko Febre i de Bernice.
- Jak myślisz, de Bernice... Jak to jest możliwe, że go tu nie ma choć gospodarz wyraźnie nas zapewniał, że ten człowiek wcale nie wychodził ze swojego pokoju? - zapytał Febre.
- Zakładam, że ktoś go musiał ostrzec - wysunął swój wniosek po krótkim namyśle de Bernice.
- No, proszę. Widzę, iż od czasu do czasu i ty potrafisz logicznie myśleć - zakpił sobie Febre - Ale mniejsza o twój intelekt. Dobrze mówisz, ktoś tego drania ostrzegł i to nie był byle kto. O naszych planach wiedzieli tylko ludzie z naszego najbliższego otoczenia. Czyli to musiał być ktoś z gwardii.
- Ręczę za moich ludzi.
- Wiem, że jesteś ich kapitanem, de Bernice i honor nakazuje ci tak mówić. Ale nie zapominaj, że faktycznym ich dowódcą jestem ja i to ja decyduję o tym, czy warto za tych ludzi ręczyć, czy też nie.
- Nie zapominaj, że formalnie dowódcą jestem ja, bo ty nie możesz się wszak pokazywać w wytwornym towarzystwie.
Febre prychnął tylko i dalej niczym sęp krążył po pokoju.
- Ty i to twoje wytworne towarzystwo. Jeszcze ono zatańczy tak, jak ja mu zagram. A każdy, kto będzie tańczył nie na tę nutę, zostanie ukarany. Uwierz mi, wiem co mówię.
- Nie wątpię - powiedział de Bernice wpatrując się w niego uważnie - Lecz póki co to towarzystwo, które tak wyśmiewasz, rządzi, więc co za tym idzie ty nie możesz się wychylać.
- Wiem o tym dobrze i to bez twojego głupiego gadania - warknął zdenerwowany Febre - Ale to się wkrótce zmieni. Zapewniam cię.
- A co z Charmentallem? I z całą resztą tej jego bandy?
- Nie stanowią dla nas większego zagrożenia. Co prawda minister kazał go aresztować, a nam się to nie udało, lecz nie ma obawy. Jeśli ten gaskoński wieśniak stanie nam na drodze, to po prostu go usuniemy. Tak jak usunąłem jego głupiego tatusia.
Raul, słysząc te podłe słowa, o mało nie zdemaskował się. Poruszył się bowiem tak gwałtownie, że nędznicy będący w pokoju usłyszeli go.
- Słyszałeś to? - zapytał Febre rozglądając się dookoła.
- Nie. Ja nic nie słyszałem. A co? - zdziwił się de Bernice.
- Nieważne. Pewnie to na dole. Tak czy inaczej Charmentall na pewno się nam nie wymknie. Prędzej czy później dołączy on do swego tatusia.
- No, a ten zdrajca? Przecież on jest groźny. Może nam wszystko zepsuć. Jeśli go nie znajdziemy, musimy liczyć się z porażką.
- Owszem, ale póki jeszcze nic nie wiemy o nim, udajemy, że nic się nie dzieje, zrozumiano?! - zawołał do niego Febre - Ty pilnuj swojej gwardii, a ja z hrabiną zajmę się dokumentem oraz panem Charmentallem. Będziemy wobec niego bezlitośni. A jak już zdołam ustalić, kto go dzisiaj ostrzegł, to wobec tego gaduły też litości mieć nie będę. Zabiję go jak psa!
Kiedy powiedział te ostatnie słowa wyrwał szpadę, po czym wbił ją ze wściekłości w dach pokoju. Ostrze szpady wbiło się pomiędzy głowy Raula i Luizy. Cudem tylko oboje nie krzyknęli. Na szczęście tego nie zrobili. Zaś Febre wyrwał wściekły szpadę z dachu i schował ja do pochwy.
- No i co tak stoisz?! Ruszaj się! Pan minister na nas czeka! - zawołał po chwili z gniewem człowiek w czerni.
To mówiąc wraz z de Bernicem opuścili pokój.
Kiedy już Raul i Luiza upewnili się, że ich przeciwnicy są daleko, odetchnęli z ulgą.
- O mały włos - rzekła dziewczyna - Już myślałam, że nas zauważy.
- Ja też - dodał Raul - A tak właściwie, to jak ty mnie znalazłaś?
- Przecież sam kiedyś mówiłeś, że mieszkasz „Pod Złamaną Szpadą”. Wystarczyło więc tylko zaczekać na ciebie i zobaczyć, do którego pokoju wchodzisz. Reszta już była dziecinnie prosta.
Luiza powiedziała to w taki sposób, jakby informowała go o tym, jaka jest właśnie pogoda na dworze. Raul zaśmiał się lekko słysząc ton, w jakim to mówiła.
- Ale jak wyszłaś z domu sama?
- No cóż... - Luiza wzięła bardzo głęboki wdech - Nie było to łatwe. Musiałam się przebrać i wyjść drzwiami dla służby. Musiałam też uważać, żeby nikt mnie nie zagadał. Służbie wszak ufać nie mogę. Wydaje mi się, że wszędzie w domu są szpiedzy tego diabła.
- Jakiego diabła?
- Mojego ojca. Zresztą tak właściwie to jakiego ojca? Nazywam go tak już tylko z przyzwyczajenia, bo po tym, co mi ostatnio powiedziałeś, to nie ma on prawa żądać ode mnie, abym go tak jeszcze nazywała. Jednak teraz to nie jest ważne. Przyszłam też do ciebie z ważną wieścią. To mój… ojciec (ach, ten głupi nawyk) ukradł ten traktat. A właściwie nie on, ale Grusner, jego sekretarz. To on go teraz ma, zaś jutro rano ów łotr, człowiek w czerni wraz z moją guwernantką pojadą powozem na spotkanie z hiszpańskim ambasadorem w mieście Forell na prowincji, aby sprzedać mu dokument i wywołać wojnę. Ja mam jechać z nimi, żeby wyglądało to na zwyczajną wycieczkę młodej panienki z opiekunką. Musisz jechać za nami i odzyskać traktat za wszelką cenę. Sama bym go ukradła i ci go przyniosła, ale niestety nie wiem, gdzie on jest. Zdaje się, że Grusner ma go wciąż przy sobie i w odpowiednim momencie przekaże go hrabinie de Willer. Musisz nie dopuścić do tego, żeby dokument dostał się w ręce Hiszpanów. Od tego zależy los naszego kraju. Ale to przecież wiesz. Ja będę się starała co jakiś czas cię informować o ich wszystkich poczynaniach. Będę ci pozostawiać wiadomości na każdym postoju, w którym się zatrzymamy. Przekaż te wieści swoim towarzyszom.
Raul aż z radości ucałował Luizę w policzek.
- Jesteś niezrównana, dziewczyno.
- Wiem o tym - zaśmiała się panna Luiza Colgen - Ale muszę już iść. Powodzenia zatem, a przy okazji, przekaż to Francois.
Po tych słowach pocałowała go czule w czoło.
Raul lekko zarumienił się i powiedział:
- No, wiesz, ale nie wiem, czy ja jestem odpowiednim pośrednikiem. Poza tym, to nie będzie już to samo.
- W takim razie powiedz mu, że go kocham.
- To mu mogę przekazać. Ale pozwolisz, że odprowadzę cię chociaż kawałek. Bo jeszcze cię napadnie jakiś zbój czy inny zbir.
- Nie boję się zbójów ani innych zbirów - zaśmiała się Luiza - Na takich drani mam to.
To mówiąc wyjęła zza sukienki pistolet.
- Umiem się nim posługiwać, kiedy trzeba.
Raul popatrzył na nią z nieukrywanym podziwem. Zuch dziewczyna.
- To dobrze. Jednakże jak zapewne wiesz, taka pukawka to może być za mało, aby się obronić w ciemnej ulicy.
Luiza uśmiechnęła się wesoło.
- Wobec tego mnie eskortuj, panie muszkieterze.
- A żebyś wiedziała, że to zrobię, panienko. Żebyś wiedziała.
To mówiąc użyczył jej swojego ramienia, które oczywiście Luiza z prawdziwą radością przyjęła.

1 komentarz:

Archie pisze...

A zatem dla Raula honor i dobro kraju są ważniejsze i cenniejsze ponad własne życie i zapewne jego towarzysze broni mają dokładnie takie samo zdanie w tej kwestii. Inaczej nie służyliby przecież w królewskiej gwardii. Luiza z kolei postanowiła się zbuntować przeciw swemu ojcu (choć mam coraz większe wątpliwości co do tego, czy wielce szanowny minister Colgen rzeczywiście jest jej ojcem) i zacząć mu się sprzeciwiać, kiedy dowiedziała się, że dąży on do uwięzienia jej najlepszego przyjaciela i doprowadzenia do wojny z Hiszpanią. Naprawdę rozsądna z niej dziewczyna i do tego odważna. Nie lęka się ryzyka i kłopotów, jakie może na siebie sprowadzić, pomagając muszkieterom wbrew swemu ojcu i guwernantce, którzy są siebie warci.

Rozdział 24

Rozdział XXIV Trechevile organizuje naradę wojenną Następnego dnia kapitan Trechevile zebrał w swoim mieszkaniu swych trzech kompanów i ...